Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Wysublimowany smak ortolana

krogulec14
Niebawem opuszczą nas piękne ortolany. Bardzo je lubię za śpiew, za ciekawy image. Kiedyś mylono się biorąc jego śpiew za pierwsze akordy V Symfonii Ludwiga van Beethovena. Populacja tych ptaków na terenie Unii Europejskiej wynosi 150 000 par lęgowych, z czego Polskę zamieszkuje ich jedna piąta.
Ortolany na trasie jesiennych przelotów chwytane są od tysiącleci. Łowcy chwytali je za pomocą pułapek ustawionych na skoszonych polach w trakcie ich powrotu na zimowiska w Afryce. Następnie wykłuwano im oczy ortolan. Uważano, że ociemniałe ptaki mają lepszy apetyt.
Pewnie to wysoce barbarzyńskie traktowanie ortolana ma tradycję w nakrywaniu serwetką, podawanym do konsumpcji ptakom, oczu. Mają się w tym kryć resztki wstydu powodowane potwornością wysublinowanego smaku.
„Pod jesień ortolan tak się mocno spasa, - pisał w "Ptakach krajowych" Władysław Taczanowski - iż często dochodzi do nadzwyczajnych rozmiarów i staje się wówczas bardzo poszukiwanym i wysoce cenionym przysmakiem w krajach Europy południowej, gdzie się specyjalnie jego łowieniem zajmują”. Nasz ornitolog nie wiedział pewnie, że do ortalonożerców należał między innymi sam Alexandre Dumas
Teoretycznie ortolan we Francji chroniony od końca lat 90-tych ubiegłego wieku. Papierowa ochrona nie dała żadnych efektów. Przyczyną tego byli między innymi czołowi szefowie kuchni, na których potrzeby pracowała spora rzesza kłusowników. Zdaniem ich zakaz łowienia ptaków "podkopuje wieki tradycji, obyczajów i promuje czarny rynek z wygórowanymi cenami". Jeden z nich, Michel Guérard, nazywa danie z ortolana "wołaniem z głębi serca".
Francuska Liga Ochrony Ptaków twierdzi, że w latach 1999 - 2007 spadła o 30 procent.
Schwytane ortolany są więzione w ciemności w celu nabrania odpowiedniej masy ciała. Następnie żywcem topione w armaniaku. Za odpowiednio przyrządzonego ptaka płaci się nawet ponad 100 funtów! Przypomnę, waży on około 25 gram!
Wiodący kucharze francuscy nawołują w przypadku ortolana do nawrotu do tradycji. 
Barbarzyńskiej, ale narodowej, francuskiej.

 Tfl3nJqkoaGAVbkir8hcZ92QIRMIBNUVKBdyfFsV1

Ortolan, fot. Tomasz Nowakowski 

Ryjcio i...

krogulec14

Napisałem, wysłałem! Teraz niech się Piotr Brysacz nad redagowaniem męczy.:-D 
Zbyszek zamówił 6 egzemplarzy! :-Joanna umieści reklamę na swojej stronie. Michał opracuje strategię zareklamowania produktu.

My z Piotrem prześcigamy się nad pomysłami. Będzie git!
"Ścieżkę dobrych ptaków" zaraz zacznę pisać. Na razie dla zabawy. Ale jak ktoś ją będzie chciał, to polecą z nią na ostro.  
No i nie zrezygnowałem z pomysłu nad "Dykcjonarzykiem frazeologicznym". Stoję z robotą nad nim z braku źródeł, ale to się kiedyś zmieni.
Czwarta książka ma być o Fredzie. Obiecałem to żonie. A żonom słowa obiecanego się dotrzymuje.
A Fred już pod drzwiami za spacerem czeka. Na szczęście mam jeszcze dzień urlopu. :
Czego jeszcze chcieć?  
W ferworze kończenia książki zapomniałem niemalże o całym świecie. A ty tymczasem Justyna Kierat w Polak potrafi wydaje edukacyjną bajkę, której głównym bohaterem jest chrząszcz Ryjcio. Tu mamy szczegóły.

39606979_918768391648016_7632734738481938432_n

Euforie i zwątpienia

krogulec14
Jeszcze dzień najwyżej dwa i... skończę pracę nad "Kalendarzem ptaków". Później pracował będzie Piotr Brysacz, a ja zastanawiał się będę nad "Ścieżką dobrych ptaków". Wróci do mnie luz, wróci spokój. Bo na razie we mnie kipią emocje. Takie wewnętrzne sztormy emocjonalne. Nie ukrywam, że ostatnio parcie na słowo "autor" jest we mnie olbrzymie.
Emocje kipią we mnie od paru miesięcy. Od czasu gdy Piotr zapowiedział, że jeśli zdążę z tekstem do końca sierpnia, to książka wyjdzie jeszcze tej jesieni. Od czasu gdy przyjął moją sugestię na serię przyrodniczą w "Paśnym Buriacie". Piotr chyba nie pogniewa się gdy oznajmię iż po kapitalnym "Czyżyku na drogę" ukaże się mój "Kalendarz ptaków". A później będzie, o ile dobrze pamiętam, książka o Puszczy Białowieskiej. A podzieliłem się jeszcze z naczelnym "Paśnego Buriata" jeszcze innym pomysłem.
Pisaniu "Kalendarza ptaków" towarzyszą mi od samego początku skrajne emocje. Euforia, bo czasami nawet zadowolony jestem ze swojego pisania. I totalne zwątpienie. No bo gdzie mi z tymi bazgrołami tam do Kalliope. I szukanie walki ze zwątpieniem myślą, że Piotr chyba wiedział co robi biorąc ode mnie ów tekst.
Żyję wewnętrznie na bardzo bogato. I z wielkim strachem. No bo jak będzie klapa? I te moje pozytywne dla Was emocje pójdą do kosza z napisem "Grafomania".
A jeśli "Kalendarz ptaków" zaskoczy, to od stycznia czekam na oferty na "Ścieżkę dobrych ptaków", gdzie będzie zdecydowanie więcej moich spojrzeń na przeróżne ptaki. Jakie one są, to każde z nas widzi. Ale myślę, że nie mniej ważne jest to jak my je widzimy.
PS. Myślę, że "Czyżyk na drogę", którego jeszcze raz gorąco polecam, w jakimś stopniu będzie dobrym wprowadzeniem do lektury "Kalendarza ptaków".

 0P5A772401

Płomykówka, fot. Zbigniew Miszon
Swoją drogą to ta fotografia mogłaby być tematem oddzielnego wpisu. Mówiącego o tym, że dajemy komuś coś i dostajemy w zamian coś innego. Coś równie cennego. Dostajemy, choć nie byliśmy nastawieni na branie.

 

W parku Puy du Fou

krogulec14
W parku Puy du Fou w francuskim mieście Les Epesses trwają gorączkowe przygotowania nowych pracowników do sprzątania. Co ciekawe będą nimi... gawrony!
Inicjatorem tej idei jest sokolnik, Christophe Gaborit. Długo obserwował on ciekawe zachowania tych ptaków, aż wpadł na bardzo ciekawy pomysł przeszkolenia ich w sprzątaniu okolicy. Jego pomysł, chociaż prosty, jest genialny. Ptaki wkładając śmieci do otworu w drewnianej skrzyni, otrzymywały w zamian za to odpowiedni smakołyk. Gaborit uważa, że ten sposób może okazać się prawdziwą ekologiczną rewolucją.
Mężczyzna od 2000 roku szkoli gawrony za pomocą wspomnianej skrzynki. Jego konstrukcja przypomina trochę pudła używane przez magików. Kiedy ptak wkłada drobny kawałek w odpowiedni otwór w drewnie, otrzymuje nagrodę w postaci pokarmu.
Trudno przewidzieć jaki skutek odniesie cała próba zatrudnienia. Już w trakcie ćwiczeń gawrony wykazały się sporą przebiegłością. Próbowały oszukiwać swojego szkoleniowca. Kiedy zabrakło śmieci wkładały do skrzynki małe kawałki drewna.
O założeniu gawronich związków zawodowych do tej pory nie było mowy...

vTT2haJRQxN4gqDYMsVeHSzAhJmXqDXWiSdn3WNp

Gawron, fot. Piotr Górny   piotr-gorny.pl 

Lelek na dobranoc

krogulec14

O Festiwalu literackim Patrząc na Wschód dowiedziałem się zbyt późno by się wybrać. Za to już teraz planuję wyjazd na przyszłoroczny festiwal. Teraz, póki co, mam dla Was relację z niego dzięki specjalnemu Szpiegowi "Plamki mazurka", który tam był. Życzę przyjemnej lektury:

*   *   *

Obietnica... Za decyzją o wyruszeniu w podróż kryje się obietnica przeżyć niezwykłych. Nawet nie oczekiwanie, ale właśnie obietnica, że zdarzy się coś, co zapamiętane zostanie i stanie się opowieścią snutą w gronie znajomych i nieznajomych, że oto po przekroczeniu progu domostwa, ledwo za jedną i drugą górką, stała się ta rzecz właśnie. Ta, czyli nie wiadomo do końca co. Spotkanie, wzruszenie, myśl, widok, zachwyt. Bo tych mniej radosnych przeżyć przecież się nie spodziewamy i nie zakładamy, że mogą nam się przydarzyć.

Wyjazd na festiwal literacki Patrząc na Wschód do Budy Ruskiej był właśnie taką obietnicą wzruszeń, spotkań, przemyśleń, obrazów i słów nie na wiatr rzucanych. Obietnicą spełnioną, bo za jednym laskiem, za kawałkiem puszczy, za Czarną Hańczą z niebem odbitym w nurcie, za kolejnym zakrętem i polem sposobiącym się do jesieni, stoi chata ptakami malowana. A za tą chatą, za otwartą na oścież bramą, na podwórku, które zdobywa się przechodząc obok pachnącej żywicą sterty sosnowego drewna, ławy stoją dla gości przygotowane. Piotr Brysacz dwoi się i troi, czasami odrywając się od stoiska z książkami, by tam dobre słowo rzucić, a gdzie indziej uśmiech. Piotr Malczewski przemyka w podcieniu chałupy, a to głośniki poprawiając, a to do laptopa mknąc, bo czas kolejną prezentację zacząć.

Goście na ławach siadają, raczą się smalczykiem z ogórkiem małosolnym, owocowymi lodami i literaturą na najwyższym poziomie. I tak jest dobrze, zwyczajnie, a zarazem jakoś odświętnie, jakby dzień w dzień niedziela się zdarzała z nabożeństwem i koralikami zachwytów nizanymi na różaniec.

Obraz nienapisanej książki

Czas jest dla siebie, nie dla nas. Mija nie oglądając się na to, że jeszcze nie jesteśmy gotowi. Może dlatego zaczynamy festiwal od niedosytu. Przyjeżdżamy w trakcie prezentacji Piotra Malczewskiego „Suwalszczyzna” i tylko przez szparę w drzwiach dane nam jest zdjęcie zimorodka zobaczyć. Ścisk taki, że nie można się wepchać do salki, w której trwa pokaz.

Czekamy więc cierpliwie na nasz czas, na to, aż zacznie się kolejne spotkanie, a tymczasem zanurzamy się w słowach rzuconych na ladę, w morzu możliwości, w bogactwie wyboru. Powtarzamy w czasie festiwalu, że patrzenie na książki jest niebezpieczne. Rujnuje bez litości domowy budżet.

Spotkanie pierwsze. Mateusz Marczewski, autor książki „Koliste jeziora Białorusi” opowiada o tym, że reportaż jest marzeniem o pokazaniu, jak wygląda świat poza naszą ulicą, że pisanie to zbieranie i układanie okruchów, z których mimochodem powstanie obraz. Każdy z nas przynosi więc z podróży inną opowieść utkaną z własnej wrażliwości. Mateusza opowieść o Białorusi jest więc odzwierciedleniem tego, czego doświadczył, choć jak zaznacza, gdyby miał ją napisać jeszcze raz, nie tworzyłby już kolażu utkanego z historii narodu. Opowiedziałby swoją subiektywną opowieść, o własnym odczuwaniu, własnym doświadczaniu Białorusi, bo choć własne doświadczenie jest najbardziej nieprawdziwe, to jednak pozostaje najbardziej uczciwe wobec czytelnika. Mateusz mówi też, że jego książka nie odpowiada na pytanie o to, jaka jest Białoruś. Mówi, że definicje są przekleństwem, a ten kraj jest kobietą w ciągłej przemianie, nieuchwytną i do końca niezrozumiałą.

Zaraz potem historię nienapisanej książki, bo takie też się zdarzają, opowiada obrazem Beata Hyży-Czołpińska. Pokaz filmu „Ostatnia książka Ryszarda Kapuścińskiego” puentują rozważania o tym, jak zaczęłaby się opowieść o Pińsku, rodzinnym mieście Ryszarda Kapuścińskiego. Opowieść, która miała być ostatnim słowem reportażysty. Zanurzamy się w świat przeszły zdjęć z przedwojennego Pińska, w świat szeptuch i mieszkańców wsi Kudrycze, w której czas się zatrzymał. Słuchamy o tym, że w tworzeniu opowieści najważniejszy jest czas, jaki możemy poświęcić rozmówcom. Bo nie da się już, natychmiast, bo trzeba zbudować nastrój i zaufanie.

Wieczór rozważań o tożsamości, o zakorzenieniu w miejscu i kulturze, kończy spotkanie z Małgorzatą Szejnert wokół książki „Usypać góry. Historie z Polesia”. Na początku anegdota o tym, jak do Małgorzaty Szejnert przyszedł Mariusz Szczygieł z tematem, że właściciel pogryzł psa i pies ma wściekliznę. - No dobrze, ale o czym to ma być? - zapytała szefowa działu reportażu w Gazecie Wyborczej. Bo reportaż to przecież coś więcej niż zdarzenie.

W krainie proroków, szeptuch i Staroobrzędowców

Kolejne dni festiwalu prowadzą nas przez kolejne światy. Nic nie jest przypadkowe, kolejne opowieści się zazębiają i sprawiają, że z coraz większym uczuciem patrzymy na wschód. Pokaz slajdów Marka Doleckiego „Kraina Proroków i kraina Marka” zostawia nas z wiedzą o tym, że na wschodzie odradzają się prorocy, ci widzący, którzy w czasach ostatecznych potrafią egzystencjonalny niepokój wytłumaczyć i uciszyć.

Ze świata proroków do świata buriackich lamów i szamanów przenoszą nas Jędrzej Morawiecki i Albert Jawłowski. Ale to także podróż do naszego wnętrza, bo przecież nie sposób nie zgodzić się z tym, że w życiu najważniejsze jest nie stracić zainteresowania światem, nie zgorzknieć, nie zgnuśnieć. - Mam nadzieję, że będę słyszał, że będę zadawał pytania, był ciekaw odpowiedzi i wiedział, że te odpowiedzi niczego ostatecznie nie załatwią – mówi Albert. A poza tym, nie można kategoryzować, bo rzeczywistość jest wielowątkowa - nic nie jest lepsze i nic nie jest gorsze, mniej czy bardziej oczywiste.

Dzień drugi opowieścią o Gruzji kończą Anna Dziewit-Meller i Marcin Meller. Książka „Gaumardżos. Opowieści z Gruzji” inspiruje barwną rozmowę o tym, że w tym kraju wszystko jest albo czarne, albo białe, a z szarością mają problemy.

Kolejny dzień to spotkania z Dariuszem Fedorem, redaktorem naczelnym magazynu „Kontynenty” i Zofią Pilasiewicz, autorką książki „Podróż”. To drugie spotkanie zaczynamy z ciepłem w sercu, bo przed nami przysiada pan z dwójką dzieci. – Chodźcie, babcia będzie opowiadać - mówi. - A dlaczego babcia? - dziwią się się kilkulatki, a pan odpowiada po prostu – Bo to babci podróż -

A Zofia Pilasiewicz opowiada, jak od spływów Czarną Hańczą, nad którą mieszka, zaczęło się spływanie rzek rosyjskich . Opowiada o tym, jak zaczęła ją interesować relacja człowiek – przyroda i dokąd ją to zaprowadziło. I opowiadając o swojej podróży posiłkuje się słowami innego pisarza, że najlepszym sposobem podróżowania jest odczuwanie.

Zmysły odgrywają najważniejszą rolę tego wieczoru. Po spotkaniu z Krzysztofem Snarskim wokół książki „Staroobrzędowcy. Historia, wiara, tradycja” oglądamy film Krzysztofa Kiziewicza „Gabowe Grądy” i słuchamy reportażu radiowego Joanny Sikory „Grądy starej wiary”. Reportaż radiowy płynie w przestrzeń już po zmroku, gdy nad chałupą Piotra Malczewskiego rozkwitają gwiazdy. Zanurzamy się bezgranicznie w świat dźwięków, pieśni i słów o lęku przed ostatecznym przemijaniem miejsc, ludzi i wiary. Zanurzamy się w ten świat w miejscu, gdzie niegdyś mieszkali staroobrzędowcy, a dziś ich potomkowie siedzą wraz z nami na ławach i przypominają „Jesteśmy. Jeszcze nie przeminęliśmy”.

Czyżyk na drogę

To nasz ostatni festiwalowy dzień, choć przed innymi jeszcze jedna literacka uczta. To dzień na poznawanie świata wokół literackiego obejścia. Odkrywamy jaszczurkę zwinkę, banię na łące nad Czarną Hańczą, rzekę, w której nie było okazji się zanurzyć. Patrzymy na kwiaty, na zieloność, na wieloniebieskość nieba. Wdychamy pełne zielnych zapachów powietrze i smakujemy słowa.

- Proszę zamknąć oczy i uważnie słuchać. Ja słyszę i państwo usłyszą tętent kopyt konia Pegaza, szum jego skrzydeł... - tak zaczyna się spotkanie z profesorem Andrzejem Strumiłło. Legendą, osiadłą w pobliskiej Maćkowej Rudzie. Profesor opowiada o swoim życiu, sztuce, budowaniu własnego miejsca na świecie i największej pasji – koniach arabskich.

Kolejną ucztą dla nas staje się rozmowa. Trudno opisać jej wartość, bo rozmówcy z książki Piotra Brysacza „Czyżyk na drogę. Rozmowy o przyrodzie” siedzą tu przed nami wraz z autorem i dopowiadają opowieści z książki. Anna Kamińska, Krzysztof Czyżewski, Stanisław Łubieński, Lechosław Herz – każda postać to inna opowieść, którą łączy miłość do natury. Wynosimy z tego spotkania krzepiące przekonanie, że z przyrodą nie jest tak najgorzej, jak by się mogło wydawać. I zdanie, które padło w kontekście moszczenia się w jakiejś geograficznej czy kulturowej przestrzeni i które wraca do nas po wielokroć, że jeśli chce się mieć dach nad głową, to trzeba go tak zbudować, żeby nie przesłaniał nieba.

Na zakończenie spotkanie z Iloną Wiśniewską, autorką książek „Białe” i Hen”. Opowieść o Spitsbergenie i powietrzu tak czystym, że pozbawionym zapachów. A może jednak tak właśnie pachnie lód?

Wracamy do siebie, do swojego świata przez leśne dukty oświetlone blaskiem księżyca. Wracamy przez mgły wyobrażeń, przemyśleń i te znad Czarnej Hańczy. Z szosy, wyodrębniony z mroku światłami samochodu, podrywa się lelek. Nie jesteśmy w stanie wysłowić tego zachwytu. Trafił nam się ptasi rarytas, lelek na dobranoc.

 _CKO7328

Lelek, fot. Cezary Korkosz   www.cezarykorkosz.pl 

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci