Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Breloczki z ptakami

krogulec14

Od czasu do czasu budzi się we mnie... łowca talentów! Znaleźć kogoś kto para się twórczością artystyczną, a ptaki w niej stanowią jeden z tematów, jest dla mnie czymś przyjemnym.

Tym razem zupełnie przypadkowo poznałem ArteMinime Renaty Kubik. Nie ukrywam, że miniaturki ptaków malowane przez Renatę zrobiły na mnie wrażenie. Jako, że tematyka ptasia jest mi bardzo bliska, to zaraz pomyślałem o Zlocie. Kto wie, może skuszę Izę na wystawienie breloczków?
A Was, o ile spodobał się mazurek, zapraszam do poznania innych prac Renaty.

22279486_1688241247887369_7433983217179000131_n

Gęsi Michała Kruszony

krogulec14

Powoli kończy się Jesień Gęsi Zbożowej na "Plamce mazurka". Myślę, że bardzo ciekawym jej zakończeniem będzie świetny tekst Michała Kruszony o gęsiach, jako takich wszystkich. Zapraszam: 

* * *

Konstanty Ildefons Gałczyński nazwał wymyślony przez siebie najmniejszy teatrzyk świata Zielona Gęś. Począwszy od maja 1946 roku, kolejne jego odsłony przedstawiał, każdego tygodnia, w krakowskim "Przekroju". Szczypał w nim rodaków, drażniąc i denerwując, co przydałoby im się również teraz.

Powiada się o mało rozgarniętej dziewczynie: głupia gęś. Jednocześnie rzymska tradycja przypisuje gęsiom uratowanie Wiecznego Miasta. Jest więc gęś ptakiem bardzo wieloznacznym i postrzeganym na różne sposoby. Bez wątpienia wkład gęsi w rozwój cywilizacji jest niemały. Gęsi puch w pościeli rozgrzewał ludy Północy. W jego otoczeniu odbywały się ekscytujące doświadczenia, wzbogacające kulturę erotyczną ludzkości. Było to środowisko wyjątkowo przyjazne człowiekowi i niedostępne w kulturach, w których gęsi nie występowały lub gdzie nie było potrzeby otaczania się puchem. Podczas darcia gęsiego pierza powstała niejedna opowieść i ludowa pieśń. Pierze darło się zimową porą, w zamkniętych, ciepłych pomieszczeniach. Tak miejsce, ja i sytuacja miały siłę kulturotwórczą wręcz nie do przecenienia.
 
Bywały też gęsi doskonałą służbą alarmową. Skoro swym gęganiem uratowały Rzym, ostrzegając mieszkańców w 390 roku p.n.e. przed nadchodzącymi Gallami, to na mniejszą skalę mogły taką przysługę oddać każdemu domostwu. Wykorzystywano zatem praktyczne gęganie jako żywy alarm, strzegący nawet wojskowych obozowisk. Nie ma w świecie zwierzęcia lepiej niż gęś wyczuwającego człowieka - taki pogląd powszechny był w średniowiecznej Europie.
Gęsi bywają pożywieniem. Najwięcej na ten temat mogą powiedzieć Niemcy, którzy zjedli ich przez wieki kilkaset milionów. Francuzi z kolei wymyślili dla tego ptaka szczególny rodzaj cierpienia, polegający na tuczeniu jego wątroby. Wszystko przez to, że, jak sami twierdzą, mają delikatne podniebienia i zamiłowanie do wyrafinowanej sztuki kulinarnej. Znalazło się w niej miejsce dla pasztetu z gęsich wątróbek, odpowiednio za życia otłuszczonych.
 
Gęś posiada tyle przymiotów, że traktowano ją jako zwierzę dobrze wróżące. Kojarzona była z macierzyństwem. Bawiono się też, wołając gąski do domu. Te odpowiadały: "Boimy się". "A czego?" - pytała matka gęś. "Wilka złego" - dopowiadały gąski. Ta zabawa wyraża wielką tęsknotę i przywiązanie do matczynego łona; do dziś wyzwala wielkie emocje u dzieci.
Wiedzieli o tym doskonale bracia Grimm, czyniąc z gęsi bohaterkę wielu swoich, często strasznych, bajek: Matka gęś, Lis i gęsi, Gęsiareczka, Złota gęś; niech te przykłady wystarczą, aby uwierzyć moim słowom. Gdy lis trafił na łąkę pełną tłustych gęsi, pozwolił im się pomodlić przed śmiercią. Popełnił błąd, jak chce bajka, i gęsi zaczęły gęgać. Tak jedna po drugiej gęgają do dzisiaj, wznosząc swe modły. A lis czeka.
 
Po czesku gęś zwana jest jako hus i jako taka miała wielki wpływ na losy środkowej Europy. Mistrz Jan Hus był wielce szanowanym rektorem uniwersytetu w Pradze. Walczył o czeską świadomość narodową. Jako duchowny wygłaszał kazania po czesku. Jego przeciwnicy mówili wówczas, że "gęga". Wrogó miał silnych - walczył z papiestwem. Sto lat przed Lutrem krytykował świecką władzę papieży i kupczenie odpustami. To była wybitna i wielka gęś. Hus nie docenił jednak ówczesnej, katolickiej przebiegłości i wiarołomstwa. Zaufał królowi Zygmuntowi Luksemburskiemu. Mając jego gwarancję nietykalności, przybył na sobór w Konstancji, gdzie 6 lipca 1415 roku spłonął na stosie. Stos ustawiono poza murami miasta, katowscy pomocnicy zdarli z Mistrza ubranie i nałożyli na niego nasączoną smołą koszulę. Kyrie elejson powtarzał Mistrz palony żywcem na stosie gałęzi. Śmierć Husa wywołała lawinę. Od tego czasu minęło blisko 600 lat, a Czesi konsekwentnie nie chodzą do kościoła. Spotykając się pod olbrzymim praskim pomnikiem Jana Husa, dają wyraz swojemu nastawieniu do urzędu papieskiego, mając go za teatr dla ubogich.
"Dzisiaj upieczecie chudą gęś, ale za sto lat od teraz usłyszycie śpiewającego łabędzia, którego zostawicie nieupieczonego i żadna pułapka ani sieć nie złapie go dla was" - tak w obliczu stosu przepowiadał Hus wystąpienie Marcina Lutra., w którego herbie widniał wizerunek łabędzia. Prażanie przypominają sobie te słowa za każdym razem, kiedy przechodzą przez rynek swojego starego miasta. Mistrz Jan spogląda tam na nich z monumentalnego pomnika. Hus nie był wstydliwy ani ostrożny, a takimi widział gęsi Arystoteles.
 
U zarania dziejów z wielkiego kosmicznego jaja wykluł się "Wielki Gęgacz". Wprowadził on swym gęganiem hałas, przerywając odwieczną kosmiczną ciszę. W taki sposób powstał zgiełk świata - tłumaczyli wieczny ruch starożytni Egipcjanie. W panteonie olimpijskim jeździł na gęsi Eros. W Rzymie gęś podobnie kojarzona była z miłością i wiernością, szanowały ją za to zwłaszcza mężatki. W środkowej Europie za lecznicze uchodziły nawet gęsie ekskrementy zalecane jako antidotum na choroby. Nic nie przebiło jednak wkładu, jaki w rozwój cywilizacji wniosło gęsi pióro. Szekspir, Chopin, Mickiewicz, Mozart, Cervantes... - cała encyklopedyczna lista osób wypełniona nazwiskami luminarzy ze wszystkich dziedzin kultury i nauki byłaby bezradna bez gęsich piór, tak jak ja bez komputera.
 
Gęś, a raczej gąskę, spotykamy w różnych kontekstach. Pijemy z gąsiorka, chodzimy gęsiego, górale grają na gęślach nieopodal góry zwanej Gęsią Szyją. W lesie zbieramy grzyby zwane potocznie gąskami. Nawet mój przyjaciel Osa produkuje gąski z aluminium. Sprzedaje je potem do hut w całej Europie jako odtleniacz niezbędny do wytopu stali.
 
* * *
 
Źródło: Michał Kruszona "Kulturalny atlas ptaków" Zysk i S-ka 2009 r. Poznań
 
 p245
 
Gęsi (białoczelne), fot. Jacek Zięba    www.obrazynatury.art.pl

Jak człowiek zwrócił ptaszkom piosenkę - bajka eskimoska

krogulec14
"W przytulnym gniazdku mieszkały sobie trzy małe ptaszki, trzy śniegułki. Śniegułka-mama latała codziennie po pokarm dla dzieci, a pisklęta siedziały w gniazdku i śpiewały swoją piosenkę.
Gdy tylko słoneczko pojawiało się na niebie, śniegułki zaczynały śpiewać:
 
Słoneczko, ogrzej ziemię swymi promieniami,
bo ptaszętom wtedy zrobi się wesoło,
bo śniegułki wtedy swym dzieciom
naznoszą liszek i muszek sporo.
Hej, ho! Hej, ho! Hej, ho, ho, ho!
 
Piosenkę śniegułek słychać było bardzo daleko. Usłyszał ją kruk. Przyleciał do piskląt i mówi:
— Ładnie śpiewacie. Zaśpiewajcie no jeszcze raz, ale głośniej.
Pisklęta zamknęły oczka i zaśpiewały, jak tylko mogły najgłośniej. Wtedy kruk mocno chwycił swoim dziobem piosenkę, .wyszarpnął ją śniegułkom i poleciał do gniazda na skałach. Przyleciał do domu i zaśpiewał:
 
Słoneczko, ogrzej ziemię swymi promieniami,
bo wybiegną wtedy z norek wszystkie myszy,
bo wrony wtedy swym dzieciom
szybko dostarczą łatwej zdobyczy.
Hej, kra! Hej, kra! Hej, kra, kra, kra!
 
Powróciła śniegułka-mama do gniazda, patrzy, a pisklęta gorzko płaczą.
— Dlaczego płaczecie, dzieci? Kto was skrzywdził? — pyta.
Pisklęta odpowiadają jej przez łzy:
— Chytry kruk zabrał nam piosenkę.
— Ojejej! — zmartwiła się śniegułka-mama. — A wiecie może, dokąd kruk poleciał?
— A tam, w tamtą stronę, gdzie skały sterczą nad morzem.
— Nie płaczcie. Zaraz zawołam człowieka z łukiem. On nam pomoże.
Poleciała śniegułka do myśliwego. Przyleciała, usiadła koło ziemianki i spogląda na drzwi. Zobaczył ją myśliwy i pyta:
— Czego sobie życzysz, maleńka śniegułko?
— Dobry człowieku, ty wszystko potrafisz. Pomóż nam. Kruk zabrał moim dzieciom piosenkę.
Myśliwy zastanowił się i powiedział:
— Ładna jest wasza piosenka. Tak bardzo lubiłem jej słuchać każdego ranka! Pokaż mi, dokąd poleciał kruk.
— Gniazdo kruka jest na tych skałach nad morzem.
Wziął myśliwy łuk i strzały i poszedł w kierunku skał.
A śniegułka poleciała za nim.
Podszedł myśliwy do skały, a kruk siedzi sobie i mrużąc oczy śpiewa:
 
Słoneczko, ogrzej ziemię swymi promieniami,
bo wybiegną wtedy z norek wszystkie myszy,
bo wrony wtedy swym dzieciom
szybko dostarczą łatwej zdobyczy.
Hej, kra! Hej, kra! Hej, kra, kra, kra!
 
„Zaraz dam ci nauczkę, ty stary krzykaczu!" — pomyślał myśliwy i zaczął w kruka celować.
Kruk niczego nie widzi i nie słyszy. Rozwarł dziób szeroko, wysunął język i śpiewa. A piosenka śniegułek wije się na samym końcu kruczego języka.
Napiął myśliwy łuk i wypuścił strzałę. Strzała poleciała i wyrwała piosenkę z kruczego dzioba, wraz z koniuszkiem języka. Piosenka zaczęła spadać ze skały do morza, a śniegułka pochwyciła ją w locie i poleciała do gniazda, do swoich dzieci.
Stracił kruk piosenkę razem z koniuszkiem języka. Od tej pory kruki nie mają głosu; nie umieją śpiewać, tylko kraczą.
A śniegułki, gdy tylko wyjrzy poranne słoneczko, znowu śpiewają:
 
Słoneczko, ogrzej ziemię swymi promieniami,
bo ptaszętom wtedy zrobi się wesoło,
bo śniegułki wtedy swym dzieciom
naznoszą liszek i muszek sporo. Hej, ho! Hej, ho!
Hej, ho, ho, ho!
 
Tak śpiewają śniegułki i wspominają dobrego myśliwego, który zwrócił im piosenkę."
 
***
Źródło: "Bajki północy", Nasza Księgarnia, Warszawa 1988
 
 96d06f719b176398a0abaf9d536edc55
 
Śnieguła, fot. Cezary Pióro   www.cezarypioro.pl 

Francuskie barbarzyństwo

krogulec14
O kuliku wielkim napisałem do tej pory na blogu na razie wszystko co chciałem. Opisałem między innymi fakt, że znikają one w Polsce w zastraszającym tempie. W latach 1981 -84 w dolinie Noteci występowało jakieś 135 -150 par lęgowych, a w latach 2003 -11 już tylko 30 -35 par. Podobnie jest w całej Polsce, gdzie w tych latach populacja spadła z 650 -700 par spadła do 240 -330.
Na pewno wielki wpływa na taki stan rzeczy osuszanie podmokłych terenów, nadmierne koszenie, czy też zaniechanie koszenia, co powoduje zarastanie terenu a kulik wymaga otwartych przestrzeni. Wymienione czynniki powodują, że kulik wielki, dzielny wojownik znad podmokłych łąk, nie daje rady podołać wymogom XXI wieku. Do tego dochodzi jeszcze najgroźniejszy czynnik, wzmożona presja drapieżników potrafiąca zniszczyć nawet 90% gniazd!
Na świetny pomysł ochrony kulików wielkich przed drapieżnikami wpadli nasi przyrodnicy. Podmiana jaj na identycznie wyglądające atrapy zaczęły zdawać egzamin. Jaja i atrapy zmieniane są dwa raz. Pierwszy krótko po zniesieniu, drugi tuż przed wykluwaniem piskląt. W międzyczasie jaja są oczywiście sztucznie inkubowane. W przypadku gdy pary kulików wielkich porzuciły gniazda pisklęta chowane były w wolierach, bez kontaktu z ludźmi i wypuszczane. Młode zdawały egzamin momentalnie po wypuszczeniu, gdy tylko uzyskały lotność, do odpowiedniego biotopu, przystępując do żerowania. Przed wypuszczaniem ptaki zostają jeszcze obrączkowane.
Początki ochrony kulika wielkiego w Polsce mogłyby napawać optymizmem. Dorosłe ptaki wodziły swoje pisklęta, młode wychowane w wolierach adaptowały się dobrze w swoim środowisku...
Kilka dni temu koło Guerande w północno-zachodniej Francji znaleziony został zastrzelony młody kulik wielki, który w tym roku został zaobrączkowany w dolinie Obry. I to nie był pierwszy ptak, który w Polsce został uchroniony przed drapieżnikami. Przypuszcza się, że w latach 2013 -14 na wybrzeżach Francji mogło być zabitych nawet 7000 osobników tego ginącego u nas gatunku. Francuscy myśliwi mogą polować na kuliki wielkie od 8 sierpnia do 20 stycznia. Mogą też polować na inne ptaki siewkowe, takie jak czajka, krwawodziób, batalion, kwokacz, brodziec śniady, kszyk, siewka złota, czy siewnica.
Na koniec przypomnę, że nasza populacja gatunku oscyluje w granicach 240 -330 par lęgowych.
Źródło: ochronakulika.pl

xXiPi0EJqRRcxmywPEauO3MFupUp0uRoypxiCgy8

Kulik wielki, fot. Grzegorz Zimny grzegorzimny.manifo.com 

Dwanaścioro ptasiarzy i ogon

krogulec14
Jakoś nie poszczęściło mi się do osobistego poznania Stanisława Łubieńskiego. Kiedy byłem współorganizatorem Spotkania z Rzeczpospolitą Ptasią w Wilanowie w 2016 roku to nie mógł nań się stawić. Podobnie wyszło ze Zlotami Obywateli Rzeczpospolitej Ptasiej w Słońsku. Autora znakomitych "Dwunastu srok za ogon", a zarazem zdobywcę nagrody NIKE w głosowaniu czytelników będę miał przyjemność poznać 25 marca 2017 roku na Festiwalu Fotografii Przyrodniczej "Przyroda Warta Poznania". Nie omieszkam zabrać swojego egzemplarza "Dwunastu srok za ogon" aby uzyskać na nim autografu autora.
A o samej książce bardzo ciekawie opowiedział na swoim blogu, kilka razy na "Plamce mazurka" przedstawiany, Piotr Panek:
 
* * *

Zacznę od tego, że nie cierpię na Birding Compulsive Disorder. To ważne stwierdzenie, bo ten wpis będzie o książce, która właśnie opisowi tego schorzenia jest poświęcona, nawet jeśli autor miał inne intencje. Chodzi o „Dwanaście srok za ogon” Stanisława Łubieńskiego.

Nie cierpię na BCD, mimo że ze Staszkiem Łubieńskim zdarzyło mi się oglądać te same ptaki w parku Szczęśliwickim, któremu poświęca rozdział „Ażurowy zwierz nad Glinkami”. Właśnie wtedy zrobiłem pierwsze zdjęcie obrączki na nodze mewy. Jednak to Staszek je wysłał do bazy, ja zacząłem to robić później (ten wpis). Dla mnie jednak park Szczęśliwicki to przede wszystkim miejsce, gdzie nie tylko przylatują różne gatunki mew, ale rosną różne gatunki sosen, a bardziej interesuje mnie, skąd tam się wziął sitowiec nadmorski niż bernikla kanadyjska.

Nie cierpię na BCD objawiające się wg opisu Łubieńskiego nagłym hamowaniem samochodu na widok przelatującego niecodziennego ptaka. Wręcz przeciwnie, zwykle mimo zauważenia czegoś ciekawego jadę dość długo, szukając jakiegoś dogodnego miejsca na poboczu, a obiekt, który chcę dokładniej oglądnąć, bezsensownie się oddala. Natomiast znam osobiście opisany w tej książce sposób prowadzenia samochodu – w dużych gumiakach, przez które prawie nie czuje się pedałów, ale których nie chce się co chwila wzuwać i zzuwać. Znam też ten typ dróg, z kruszonym eternitem z pobliskiej wsi w charakterze utwardzenia.

Kiedy czytam o innej drodze, asfaltowej z rozjechaną wiewiórką, też oczywiście to znam. Podobnie jak wiem, co znaczy rów melioracyjny w poprzek łąki, którego nie da się przeskoczyć i który sprawia, że cel odległy o kwadrans nagle okazuje się odległy o godzinę. Znam też te młodzieżowe wyjazdy „na ptaki”, w których owszem, obserwuje się ciekawe gatunki, ale ważniejsze są inne doświadczenia.

Oczywiście, moja żona zapewne nie zgodzi się z tą samodiagnozą. Ją moje nagłe przerywanie zwykłego spaceru w celu wyciągnięcia aparatu z zoomem na widok zaobrączkowanej ptasiej nogi ma prawo irytować. Ale to naprawdę nic w porównaniu z przypadkami miłośników ptaków opisywanymi przez Łubieńskiego.

„Dwanaście srok…” właśnie jest książką o obserwowaniu ptaków bardziej niż o samych ptakach. Autor jest ptakolubem, zgodnie z tym, co opisywałem dawno temu tutaj. On sam nie lubi tego określenia, woli „ptasiarza”, ale skromnie zastrzega, że ornitologiem nie jest. Jest też zaprzeczeniem tego, co pisałem we wpisie bliźniaczym – bo jest stuprocentowym inteligentem, ale o ile wykształcił się w kulturoznawstwie i niejakie sukcesy na tym polu odnosi, o tyle jego hobby jest właśnie ptasiarstwo. Ja jednak pozostanę przy swoim zdaniu co do ptakolubstwa, bo według mnie ten zbiór słowiańskich morfemów dobrze oddaje ornito-filię.

Dzięki wykształceniu, ale i już pewnej praktyce, tak książkowej, jak na łamach czasopism, jego talent literacki miał szansę objawić się w „Dwunastu srokach…” z różnych stron. Zręcznie przeskakuje z reportażu do dziennika, z biografii (po części auto-) do eseju popularnonaukowego. Ostatecznie należy więc tę książkę zaszufladkować w kategorii popularnonaukowej.

A to kategoria wciąż na polskim rynku bardzo skromna. I wciąż budowana głównie przez tłumaczenia. „Dwanaście srok za ogon” to oczywiście inna popularyzacja nauki niż uprawiana przez naukowców takich jak Dawkins, Gould czy Hawking. Bliższa jest już bardziej humanizującym opowieściom Dröschera, a najbardziej Lorenza, który zresztą w „Dwunastu srokach…” też się pojawia w roli epizodycznej. Przeskoki te występują w obrębie rozdziałów, z których większość to przeplataniec dwóch głównych wątków, np. reportażu z jakiejś wyprawy w poszukiwaniu ptaków czy ptasiarzy i popularyzującego opisu jakiegoś zagadnienia ornitologicznego. Czasem są wplatane cytaty.

Tytuł właśnie nawiązuje do tego przeskakiwania. Łubieński przyznaje, że rozdziały nie tworzą spójnej fabuły. Jest ich dwanaście i każdy jest o czymś innym, a przy okazji każdy jest kilkuwątkowy. Moim zdaniem to żaden zarzut. Mógł wymyślić jakiś pretekst, jak Wajrak, porównań, z którym siłą rzeczy trudno uniknąć, który swoje eseje o zwierzętach ustawił według miesięcy, ale przyznajmy – to byłby tylko zabieg formalny, niezmieniający faktu, że tego typu książki są zbiorem krótkich form, między którymi można przeskakiwać do woli, nie psując tym suspensu.

Być może autor pójdzie za ciosem i po tej książce napisze kolejne, bardziej monograficzne. A może nie. Znaczna część uroku tej książki to właśnie kolejne akapity, które są jak ptaki w sieci ornitologicznej. Czasem są jak raniuszki – towarzyskie i solidarne, ułożone obok siebie ptaszki, akapity z jednego stada. A czasem są jak wielogatunkowe chmary. Łubieński wyjmuje je z pieczołowitością, bo wie, jak łatwo przy wyplątywaniu takiego ptaszka połamać. Jeśli ktoś nie wie, jak wygląda takie zajęcie (ja akurat też miałem kiedyś do czynienia z siecią ornitologiczną), z tej książki dowie się dobrze. Dowie się i o elementach przyjemnych, i o tych dla ptasiarza niemiłych, a dla ptaka tragicznych.

Tych stron Łubieński nie pomija. Nie tylko zresztą tych, bo również opisuje najczarniejszą stronę fascynacji ludzi ptakami, która objawia się strzelaniem, truciem czy tłuczeniem pałką wszystkiego, co ma skrzydła, a więc z ptasiarstwem nie ma nic wspólnego. Z dziwnym zimnym przerażeniem czyta się o osobach, które zapisały się w historii jako zabójcy ostatniego przedstawiciela gatunku i nie są to legendarni Herostratesi, to ludzie ze znanymi imionami i nazwiskami. Na drugim krańcu kontinuum są ludzie, którzy jeżdżą od jednego remontu elewacji do drugiego, żeby przypilnować przestrzegania przepisów o kompensacji zniszczonych miejsc lęgowych, czy twórcy domowych lecznic.

Pomiędzy nimi są prości ludzie odchowujący wyrzucone z gniazd bociany. Formalnie łamią oni prawo, niewoląc gatunek chroniony. Z ekosystemowego punktu widzenia ingerują w dobór naturalny. Ale czy można mieć do nich pretensje? Z drugiej zaś strony beztrosko porzucają sznurki od snopowiązałki, przez które ostatecznie giną inne pisklęta i za nic nie zrezygnują z modernizacji upraw, przez którą ptaki polne tracą siedliska.

Łubieński nie moralizuje. Pozwala, by fakty mówiły za siebie. W ogóle stara się nie wpadać w naiwną egzaltację. Wspomina dziecięcą literaturę w warszawskimi pstroczkami na czele, ale sam unika antropomorfizacji, wprost pisząc, że ptaki nie jedzą i nie uprawiają seksu, tylko żerują i kopulują.

Tu jednak odzywa się ta strona humanisty, która rozgranicza naturę od kultury. Z kolei jednak nie faszeruje tekstu biologicznym żargonem i nie udaje, że do końca poznał tajniki chociażby ptasiej fizjologii. Z biologicznych wpadek zauważyłem bodaj jedną, gdy opisał jakiś drewniany dom jako przeżarty przez korniki. Otóż kornik drukarz żywi się prawie wyłącznie świerkiem (a z tego drewna rzadko budowane są domy, zwłaszcza na obszarach zasięgu jodły czy modrzewia) i to przede wszystkim żywym (choć zainfekowanym przez grzyby), ewentualnie świeżo ściętym. O uszkodzenia starego drewna trzeba posądzać kogo innego. Sam zresztą nie wiem, kogo, ale szukałbym wśród kołatków. To jednak oczywiście nie ma żadnego znaczenia dla wartości książki. Użycie pojęcia kornik jako uniwersalnego drewnojada, niejako na prawach metonimii, jest zupełnie zrozumiałe i mnie też się zdarza.

Łubieński humanista objawia się zwłaszcza w rozdziale o Chełmońskim (który zresztą przewija się i w pozostałych miejscach książki). Podziwia jego znajomość ptaków, której kompletnie nie podzielają kuratorzy jego dzieł. Tu przywołuje jakiś muzealny opis spokoju podkreślanego przez szybujące bociany, podczas gdy na obrazie są czajki. Każdy, kto miał okazję być odwodzonym przez te ptaki od gniazd, wie, że to obraz chaosu, nerwowości i małej histerii (choć prowadzonej w konkretnym kierunku) – i zgodzi się z Łubieńskim, że to nie ma prawa oddawać sielanki. A jednocześnie, jak zauważa autor, Chełmoński też wpada w pułapkę nazywania dowolnego ptaka drapieżnego jastrzębiem. Ja więc jestem oczko wyżej od Chełmońskiego, bo domyślnie takiego ptaka nazwałbym myszołowem.

Tu znowu przypomnę, że nie jestem nawet amatorem ornitologii. Dobrze pamiętam sytuacje, gdy ja widziałem na niebie malutki czarny krzyżyk, a moi znajomi dyskutowali, czy widzą tam lotki zagięte w sposób sugerujący błotniaka czy pszczołojada. Z racji mojego wykształcenia muszę się z ptakolubami i ornitologami co chwila stykać. Stąd też nieobce mi słowa klucze, których używa Łubieński we wprowadzającym rozdziale, takie jak „sokołowski”, „lars” czy „dobrowolski”. Co one oznaczają i dlaczego każdy polski ornitolog, amator czy nie, je zna, czytelnik może sam się dowiedzieć.

Czego się zaś nie dowie? Nie nauczy się odróżniać kopciuszka od piecuszka, nie pozna systemu podwójnego oddychania pozwalającego ptakom nie dostawać zadyszki czy krążenia przeciwprądowego pozwalającego na nieodmrażanie nóg. Tego musi poszukać w atlasach czy podręcznikach. Niezależnie jednak od tego, czy te pojęcia zna dobrze, czy nie zna ich w ogóle, „Dwanaście srok za ogon” może mu się spodobać. Bo to jest po prostu sprawnie napisana książka o pasji.

Co ciekawe, prawie nie ma tam opisanych ornitologów z wykształcenia, a nawet jeśli są osoby, które zdobyły uznanie w świecie nauki, jak choćby sportretowany filmowo Ptasznik z Alcatraz, to często na zasadzie samouctwa. Ornitolodzy jednak, czytając tę książkę, też będą mogli sobie przypomnieć te emocje, które sprawiły, że z tylu biologicznych specjalizacji wybrali akurat tę.

Piotr Panek    licencja CC BY-SA 4.0     naukowy.blog.polityka.pl

MBDGBGnJCxinit2oCewmWweTozX2ZOS7AkXyBkIL

Sroka, rys. Andrzej Rabiega   

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci