| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
A teraz:
Alfabetycznie:
Ambasador RP:
Asocjacja Promotorów Radosnego Ptaka
Blogi i strony przyrodnicze
Bocian
Encyklopedycznie
Galerie:
Lecznice:
Moje archiwum 2007 r.
Moje archiwum 2008 r.
Moje archiwum 2009 r.
Moje archiwum 2010 r.
Moje archiwum 2011 r.
Moje archiwum 2012 r.
Moje archiwum 2013 r.
Moje archiwum 2014 r.
Nieopisane ilustracje
Nocleg nad rozlewiskiem
Organizacje ornitologiczne
Organizacje przyrodnicze
Parki Narodowe
Portale:
Ptaki
Ptasioblogi
Strony tematyczne
Zaglądam:
Tagi
Skopiuj CSS
Ptasie sprawy
środa, 15 maja 2013
Dlaczego samce ptaków są piękniejsze?

Myślę, że jakże aktualny na dziś, artykuł doktora Karola Zuba, może pomóc Wam w zrozumieniu zawiłych nieco relacji męsko-damskich w świecie ptaków:

"Czy zastanawialiście się kiedykolwiek nad tym, dlaczego ptaki są tak kolorowe? A czy zwróciliście uwagę na to, że to właśnie samce ptaków są ładniej ubarwione? Jeżeli jeszcze tego nie uczyniliście, to przy najbliższej okazji zajrzyjcie do książki o ptakach i zwróćcie uwagę na różnice między samcami i samicami, szczególnie u małych ptaków śpiewających. Możecie się też przyjrzeć ptakom w czasie wycieczki do parku lub lasu i dostrzeżecie wówczas, że np. samczyk zięby przystrojony jest w kolorowe piórka, natomiast samiczka jest niepozorna, szarozielona. Podobne różnice dostrzeżecie nawet u pospolitego wróbla.

Wśród ptaków jaskrawe ubarwienie samców jest swoistą "reklamą" i ma za zadanie zwrócenie uwagi samic, które decydują o wyborze towarzysza życia. Dzięki kolorowym piórom samce przekazują potencjalnym partnerkom informację, że są zdrowe i silne. Często intensywność ubarwienia ptaka zwiększa się wraz z wiekiem, np. pospolitej u nas dziwonii stare samce posiadają karminowe głowy i piersi, podczas gdy młode samce są zazwyczaj szarozielone. Samica wybierając jaskrawo wybarwionego samca ma pewność, że jest on starszy i bardziej doświadczony. Poza tym intensywne kolory świadczą o dobrej kondycji samca, gdyż ptaki chore i zapasożycone mają zazwyczaj zniszczone i matowe pióra. Często poza odmiennym niż samice ubarwieniem samce często posiadają inne ozdoby, jak np. grzebień u koguta lub korale u indora. Są one również atrybutem zdrowia i dobrej kondycji samca. Szczególnie samce posiadające długie pióra w ogonie, np. pawie lub rajskie ptaki zdają się mówić do samicy - "Popatrz jaki jestem silny i zdrowy. Nie dałem się złapać drapieżnikom, pomimo tego, że posiadam tak ogromny i kolorowy ogon."

Czasami zamiast kolorowych piórek "reklamą" ptasich samców jest ich śpiew. Słowik jest szary i niepozorny, ale za to potrafi pięknie i wytrwale śpiewać oznajmiając samicy - Słuchaj jaki jestem świetny. Potrafię śpiewać całą noc i przekrzyczeć swoich rywali". Podobną rolę jak ubarwienie i śpiew spełniają powietrzne akrobacje wykonywane przez samce ptaków drapieżnych. Mają one za zadanie przekonanie samicy o sile i zręczności jej potencjalnego partnera, który będzie w stanie wykarmić ją i jej potomstwo.

Czemu jednak samce wkładają tak ogromny wysiłek w utrzymanie jaskrawego ubarwienia, śpiew oraz inne popisy? Odpowiedź jest prosta - po to aby zostać wybranym przez samicę i przekazać swoje geny potomstwu. Jeżeli weźmie się pod uwagę, że ptaki żyją jedynie kilka, kilkanaście lat, staje się jasne, że każdy sezon lęgowy jest dla nich ważny. Szczególnie dla samic okres rozrodczy jest związany z dużym wysiłkiem, gdyż wtedy składają one jaja, które potem wysiadują a następnie muszą wykarmić garstkę wiecznie głodnych piskląt. Niestety, nie u wszystkich gatunków samce pomagają w wypełnianiu rodzicielskich obowiązków. Dlatego też samice starannie dobierają sobie partnera. Musi on być przede wszystkim zdrowy i silny, gdyż gwarantuje to podobne cechy u jej dzieci. Poza tym w przypadku, kiedy oboje rodzice opiekują się potomstwem, silniejszy i sprawniejszy samiec zapewni lepszy wzrost i rozwój piskląt. Decyzja przy wyborze nie jest łatwa, a czasu jest zazwyczaj niewiele.

Czy bywają jednak sytuacje odwrotne, to znaczy czy samice mogą być piękniejsze od samców? Tak się dzieje u płatkonogów, ptaków żyjących na północy Europy. U płatkonogów samice składają wprawdzie jaja, ale to samce je wysiadują i opiekują się potomstwem. W wyniku takiego odwrócenia ról samice rywalizują o względy samców i są pięknie ubarwione. Jest to jednak jeden z nielicznych wyjątków w świecie ptaków."

Mazurka, bociana czy bielika po wybarwieniu na pewno nie rozpoznam. Ale kilkadziesiąt gatunków tak. A Wy? Jakie gatunki wspomnianą ziębą, wróblem czy trznadlem dacie radę odróżnić?


Trznadel (samica), fot. Cezary Pióro

Trznadel (samiec), fot. Cezary Pióro  www.cezarypioro.pl

sobota, 01 grudnia 2012
Śmieszne zwierzę, czyli rzecz o łosiu

"Śmieszne zwierzę, czyli rzecz o łosiu" doktora Karola Zuba na Plamce pojawia się po raz drugi. Tym razem jest takim ukłonem w kierunku Biebrzniętych, którzy sporo się naklikali aby łoś wygrał. Klaszcząc zwycięzcom zapraszam do powtórki lektury:

Chyba żadne z dużych dziko żyjących zwierząt nie budzi tyle sympatii, co łoś. Wystarczy tylko spojrzeć na białe „rajstopy” na tylnych nogach, nieproporcjonalnie długi pysk, przerośniętą górną wargę, kosmatą brodę i wystający garb, aby uśmiech pojawił się na naszej twarzy. Pomimo tak pociesznego wyglądu życie łosi nie zawsze bywa wesołe …



Niezwykła fizjonomia

Swój niezwykły wygląd łosie zawdzięczają przystosowaniu do życia na terenach podmokłych. Dzięki długim nogom zaopatrzonym w nieproporcjonalnie duże kopyta łosie bez trudu poruszają się po bagnach, chętnie też poszukują pokarmu w wodzie. Jednak podstawą pożywienia tych zwierząt są pędy drzew i krzewów. Nie na darmo w języku niektórych plemion indiańskich łoś nazywany był „zjadaczem gałązek”. Z drugiej jednak strony taka budowa ciała przeszkadza łosiom w zjadaniu pokarmu z ziemi. Zdarza się, że aby sięgnąć wiosną do soczystej oziminy, zwierzęta te zginają przednie kończyny i żerują „na kolanach”. Podobnie robią zimą zlizując sól, którą posypywane są drogi. Jednak ulubionym pokarmem łosia są kaczeńce, pojawiające się masowo wiosną za zalanych łąkach i bagnach. Aby ich dosięgnąć zwierzęta gotowe są brodzić w lodowato zimnej wodzie zanurzone po brzuch.



W drogę

Pomimo pozornie niezgrabnej budowy łosie poruszają się zaskakująco lekko i sprawnie. Bez trudu pokonują nawet wysokie przeszkody, choćby płoty okalające pastwiska. Zwierzęta te lubią, a nawet muszą wędrować. U tego gatunku obserwujemy regularne sezonowe migracje pomiędzy miejscami zimowania i letnimi ostojami. Niegdyś łosie najchętniej bytowały na bagnach a na zimę ściągały do lasu, jednak obecnie takie wędrówki zwierząt odbywają się jedynie na Bagnach Biebrzańskich. Po okresie godowym, zwanym u łosi bukowiskiem, łosie powoli opuszczają mokradła i zaszywają się w sosnowych uprawach i młodnikach. Jeżeli nie są niepokojone, to w jednym miejscu mogą spędzić prawie całą zimę, aby wiosną powrócić na bagna. Na terenach gdzie większość rozległych bagien została osuszona, tak jak w Puszczy Białowieskiej, łosie przez cały rok przebywają w lesie, najchętniej w pobliżu podmokłych dolin rzecznych i olsów. Stąd też w Puszczy ich liczebność nie jest tak duża jak nad Biebrzą.
Dzięki swojej skłonności do wędrówek łosie mogą pojawić się prawie w każdym zakątku naszego kraju. Nie unikają przy tym miast, przysparzając sporo kłopotów zarówno ich mieszkańcom, jak i sobie. W telewizyjnych newsach co kilka miesięcy pojawiają się informacje o łosiach wędrujących po naszych drogach i budzących popłoch wśród ich użytkowników. Niestety nasze służby weterynaryjne nie zawsze są dobrze przygotowane do takich sytuacji. Czasami zabłąkane łosie zamiast być uśpione i przewiezione w bezpieczne miejsce bywają po prostu zastrzelone.

Łosie w niebezpieczeństwie

    Podobnie jak inne zwierzęta kopytne łosie od wieków były obiektem polowań. Szczególnie ceniona była ich skóra, nadająca się znakomicie do wyrobu butów i innych elementów ubioru. Podczas królewskich i carskich łowów w Puszczy Białowieskiej łosie zabijano aż do początku XX wieku, kiedy ich liczebność na tym terenie zaczęła dramatycznie spadać. W trakcie pierwszej wojny światowej łosie wyginęły w Puszczy zupełnie. Jedynym miejscem w obecnych granicach Polski, gdzie łosie przetrwały wszelkie zawieruchy, były Bagna Biebrzańskie. Dla ochrony tego gatunku powstał tam w okresie międzywojennym rezerwat „Czerwone Bagno”. Od tego czasu liczebność łosi nad Biebrzą ulegała różnym wahaniom, jednak zwierzęta te żyją na tym obszarze do dzisiaj. Stwierdzono nawet, że tworzą odrębną grupę genetyczną, podczas gdy łosie z innych obszarów północno-wschodniej Polski są częścią ogromnej populacji zasiedlającej Skandynawię i kraje nadbałtyckie. Według oficjalnych statystyk w chwili obecnej na Bagnach Biebrzańskich bytuje ponad 700 łosi. Pomimo chwilowego zakazu polowania na łosie czyhają inne niebezpieczeństwa, z których największym jest nasilenie ruchu drogowego.
    Łoś stanowi szczególne zagrożenie na drodze. W Skandynawii dziesiątki tych zwierząt giną w wyniku kolizji z samochodami, gdyż łosie mają zwyczaj nagłego pojawiania się na jezdni, kiedy jest już często za późno na manewr. Stąd też wszystkie nowe samochody wprowadzane do użytkowania przechodzą tzw. „test łosia”. Służy on do sprawdzania stabilności pojazdu podczas gwałtownych manewrów i polega na przejechaniu z odpowiednią prędkością slalomem między słupkami. Test ten został rozsławiony przed kilkoma laty, kiedy to został „oblany” przez Mercedesa klasy A, a ostatnio przez Land Rovera. Zmusiło to wielu producentów samochodów do instalowania specjalnych stabilizatorów toru jazdy.


    Również nad Biebrzą łosie padają ofiarą wypadków, stąd też z inicjatywy miłośników biebrzańskiej przyrody ruszyła akcja „Jedź Łośtrożnie”. Jej elementem są m. in. nalepki na samochody propagujące ostrożną jazdę, rozprowadzane wśród osób odwiedzających bagna. Niestety zmotoryzowani turyści, nawet kiedy zachowują ostrożność, potrafią poważnie zakłócić życie łosi. Sam niedawno byłem świadkiem sytuacji, kiedy sznur jadących samochodów rozdzielił na drodze klempę z jej potomstwem. Biedna matka stała na środku drogi otoczona przez tłum gapiów, nie wiedząc czy iść za jednym z łoszaków, który już przeszedł na drugą stronę, czy czekać na drugiego. Położone po sobie uszy zwierzęcia świadczyły o jego dużym zdenerwowaniu. Dzięki dosyć zdecydowanej perswazji bardziej uświadomionej osoby tłum się w końcu odsunął i rodzina mogła się połączyć. Klempa wreszcie się uspokoiła i poprowadziła swoje młode w bezpieczne miejsce. Niestety, podobne sytuacje zdarzają się dosyć często, a może być gorzej. W ostatnim czasie lokalny samorząd próbuje przeforsować pomysł poprawy standardu głównej drogi przebiegającej przez południową cześć Biebrzańskiego Parku Narodowego. Na szczęście póki co jakość dróg na tym obszarze nie pozwala na rozwijanie nadmiernej prędkości, dzięki czemu zwierzęta są względnie bezpieczne. Może irytuje to osoby skracające sobie przez Bagna Biebrzańskie drogę ze stolicy nad jeziora mazurskie, ale na pewno cieszy łosie i ich miłośników.


Zdjęcia i tekst: Karol Zub

piątek, 10 sierpnia 2012
O jenocie słów kilka

 Jenot nie cieszy się zbytnią popularnością pośród przyrodników. Czy słusznie? Trudno powiedzieć. Myślę, że artykuł doktora Karola Zuba nie tylko pozwoli nam poznać nam to zwierzę, ale też i... polubić.

"Jenot to takie zwierzę, o którym wszyscy wiedzą, że istnieje, natomiast niewiele osób je widziało lub potrafi opisać jego wygląd. Od ponad pięćdziesięciu lat jenoty żyją w naszej Puszczy, więc może warto dowiedzieć się o nich nieco więcej

Ni  pies ni wydra

Kilka lat temu pewna pani profesor zoologii, której nazwiska nie wymienię ze względów, które za chwilę staną się zrozumiałe, napotkawszy mnie w lesie zapytała – „Panie Karolu, czy to mógł być jenot?”, pokazując ręką wielkość zwierzęcia, które mogłoby być wilkiem lub małym niedźwiedziem, ale na pewno nie jenotem. Nie ma się jednak co dziwić pani profesor, gdyż kiedy oglądamy zwierzęta tylko na obrazkach, trudno jest wyobrazić sobie ich prawdziwe rozmiary i stąd też wiele osób jest przekonanych, że np. łasica jest co najmniej wielkości kuny. Chociaż jenot na pierwszy rzut oka przypomina małego psa, to jednak  na problemy związane z określeniem jego przynależności systematycznej wskazują liczne nazwy, jakie możemy napotkać w różnych źródłach. Dawniej ssak ten nosił nazwę junat lub kunopies, wśród kuśnierzy określany jest jako szop Ussuryjski lub lis japoński, niektórzy też używają japońskiej nazwy „tanuki”. Miłośnicy anime i mangi być może znają to ostatnie określenie, gdyż jenot był pozytywnym bohaterem wielu dawnych japońskich bajek i legend. W okresie lata jenot ma bardziej smukłą sylwetkę, dlatego może kojarzyć się z szopem, szczególnie ze względu na podobną, kontrastową barwę pyska i czarne obramowanie oczu. Również nazwa angielska „raccoon dog” (w wolnym tłumaczeniu szopo-pies), jak i rosyjska „jenotovidnaja sobaka” („jenot” to po rosyjsku szop), nawiązują do podobieństwa z tym sympatycznym zwierzakiem z Ameryki Północnej. Jesienią, kiedy jenoty przybierają na wadze, bardziej zaczynają przypominać borsuka.

Inwazja ze wschodu

Wśród drapieżników średniej wielkości jenot jest bardziej „zbieraczem” niż zwierzęciem zdobywającym pokarm przy użyciu kłów i pazurów. Zazwyczaj porusza się nieśpiesznie na swoich krótkich łapach a kiedy zorientuje się, że nie ma szansy na ucieczkę, udaje wówczas martwego. Taka metoda bywa skuteczna szczególnie w stosunku do człowieka, o czym przekonał się mój przyjaciel, który prowadząc badania na Bagnach Biebrzańskich znalazł pewnego popołudnia jenota na poboczu grobli. Widząc martwego, jego zdaniem, zwierzaka, postanowił go zabrać i spreparować, ale akurat nie miał ze sobą żadnej torby. Udał się więc do pobliskiej leśniczówki po worek, ale kiedy po 10 minutach wrócił, jenota już nie było. Sam też byłem świadkiem sytuacji kiedy po chwili ucieczki jenot padł na ziemię i nie ruszał się, pozwalając dotknąć się ręką. Stąd też patrząc na jenota nie dalibyśmy złamanego grosza za to, że taki niezdarny i powolny zwierzak mógł skolonizować tak znaczne obszary Europy. Ojczyzną tego gatunku jest Daleki Wschód – Mandżuria, wschodnie Chiny, Korea i Japonia. Ze względu na swoje cenne futro został wypuszczony na wolność w kilku krajach byłego Związku Radzieckiego, m. in. na Litwie i na Białorusi, skąd zaczął zasiedlać resztę Europy. Po raz pierwszy w granicach Polski stwierdzono jenota w roku 1955, właśnie w Puszczy Białowieskiej oraz w okolicach Hrubieszowa. Od tego czasu zwierzęta te skolonizowały nie tylko całą Polskę, ale dotarły w swojej wędrówce na zachód do takich odległych krajów jak Włochy czy Francja, a na północ aż pod Koło Podbiegunowe.


Fenomen jenota

Jakie są właściwie przyczyny tak wielkiego sukcesu jenota? Przede wszystkim jest to gatunek niezwykle plastyczny w wyborze miejsca życia i pokarmu. Drapieżnik ten najchętniej zamieszkuje żyzne lasy liściaste i doliny rzeczne, ale też brzegi jezior, bagna, torfowiska oraz krajobraz polno-leśny. Jako schronienia jenoty wykorzystują nory wykopane przez lisy lub borsuki, ale również, jak stwierdził w swoich badaniach mój kolega Rafał Kowalczyk, w warunkach Białowieskiego Parku Narodowego drapieżniki te ukrywają się często w dziuplach i leżących pniach drzew, a nierzadko w takich miejscach wyprowadzają swoje młode. Jenoty nie są też wybredne jeżeli chodzi o wybór pokarmu, gdyż zjadają wszystko od bezkręgowców, poprzez płazy, gady, ptaki, ryjówki i gryzonie, owoce, do padliny dużych zwierząt kopytnych włącznie. Chętnie odwiedzają dzicze nęciska, gdzie są często odstrzeliwane przez myśliwych. Dieta jenotów związana jest ze środowiskiem życia, gdyż np. zwierzęta żyjące nad zbiornikami wodnymi żywią się ptakami, ich jajami i pisklętami, a te żyjące w krajobrazie rolniczym zjadają głównie gryzonie i kukurydzę.  Skład pokarmu zmienia się też w zależności od jego dostępności sezonowej, gdyż np. wiosną w diecie jenotów przeważają płazy a późną jesienią i zimą - padlina.

Jenoty są wyjątkiem wśród psowatych, gdyż zapadają w sen zimowy, co umożliwia im przetrwanie nawet w surowym klimacie północnych rejonów Europy i Azji. Dlatego też późnym latem i jesienią drapieżniki te intensywnie się odżywiają, gromadząc zapasy tłuszczu, aby potem przespać najmroźniejsze miesiące. Jedynie osobniki niedożywione nie zapadają w sen, tylko nadal poszukują pokarmu i wtedy bardzo często korzystają z padliny. Także w cieplejszych okresach zimy jenoty potrafią przerwać sen i wyruszyć na poszukiwanie pożywienia. Jest to jednak dla nich dosyć ryzykowne, gdyż wówczas często padają ofiarą większych ssaków i ptaków drapieżników, np. wilka czy bielika. Zabijane są nie tylko jako konkurenci żywiący się na resztkach ofiar, ale nierzadko rysie i wilki aktywnie tropią jenoty lub penetrują okolice nor zamieszkiwanych przez te zwierzęta. Kiedyś mój kolega Gienek Bujko, tropiąc wilka zauważył, że drapieżnik próbował dobrać się do dziupli u podstawy starego drzewa. Jakież było jego zdziwienie kiedy zaglądnąwszy do środka ujrzał ukrytego tam jenota. Na szczęście otwór wejściowy okazał się zbyt ciasny dla wilka i niedoszła ofiara przeżyła. Wysoką śmiertelność jenoty kompensują wyjątkowo wysoką rozrodczością. Według badań przeprowadzonych przez Rafała Kowalczyka jenoty w Puszczy Białowieskiej mają średnio 8 młodych, ale maksymalnie może być ich nawet 12, co jest sytuacją dosyć wyjątkową wśród psowatych. Niestety większość młodych ginie zazwyczaj w pierwszych miesiącach życia, jeżeli nie zabita przez drapieżniki, to w wyniku chorób lub kolizji z pojazdami. Jak się okazuje, taki wypadek może mieć niespodziewanie nieprzyjemne skutki dla obu stron. Wiele lat temu mój znajomy z Hajnówki potrącił samochodem jenota na trasie Białowieża-Hajnówka. Nie miał zamiaru go zabierać, ale świadkiem tego zdarzenia był jakiś myśliwy, który podpowiedział, że futro z takiego zwierzaka świetnie nadaje się czapkę. Mój znajomy nie wiedział co zrobić z zabranym zwierzakiem, więc poprosił mnie o pomoc. W czasie skórowania zaciąłem się w palec i mając świadomość jak często jenoty zapadają na wściekliznę, zdecydowałem, że wyślemy zwierzaka do badania. Niestety badanie wykazało obecność wirusa, więc musieliśmy przyjąć serię zastrzyków, na szczęście nie tak bolesnych jak się powszechnie uważa. Ubocznym skutkiem szczepienia był zakaz spożywania alkoholu przez kilka miesięcy, co akurat mojemu znajomemu wyszło na zdrowie, gdyż był człowiekiem raczej „trunkowym”. Dla mnie ta sytuacja miała też swoją dobra stronę, bo dzięki szczepieniu nie musiałem obawiać się zakażenia wścieklizną, o co nietrudno w moje pracy.

Przed kilkoma laty wściekły jenot znaleziony przez Rafała Kowalczyka stał się też przyczyną poważnego zamieszania na najwyższym szczeblu państwowym. Chore zwierzę przebywało w pobliżu  rezerwatu pokazowego, więc służby weterynaryjne zgodnie z przepisami wyznaczyły strefę „zapowietrzoną” wokół tego miejsca. Pech chciał, że w tym czasie gościł w Polsce  prezydent Estonii, który  koniecznie chciał zobaczyć żubry, w związku z czym Rafał był zadręczany telefonami z ministerstwa, czy aby na pewno jenot był znaleziony blisko rezerwatu. Jak wspomina dr Czesław Okołów wycieczka ostatecznie odbyła się, ale goście jechali po rezerwacie bryczkami, jak można przypuszczać, dla większego bezpieczeństwa.


Swój czy obcy?

Kiedy jenot przekroczył granice naszego kraju obawiano się, że jako drapieżnik o ogromnym potencjale rozrodczym, zacznie wkrótce zagrażać rodzimym gatunkom. Na szczęście tak się nie stało. Być może w pewnych regionach drapieżnik ten przyczynił się do spadku liczebności ptactwa wodno-błotnego a także do szybszego rozprzestrzeniania się wścieklizny, którą jenoty łatwo się zarażają, jednak jego obecność nie miała jakiegoś katastrofalnego wpływu na naszą faunę. Zwierzęta te przystosowały się także do współżycia z lisami i borsukami, z którymi nierzadko dzielą systemy nor, szczególnie w okresie zimowym. Dawniej skutecznym regulatorem liczebności jenotów była wścieklizna, która dziesiątkowała populację tych zwierząt. Od kiedy jednak wprowadzono na szeroką skalę szczepionki doustne w celu ograniczenia występowania tej choroby w populacjach dzikich zwierząt, jenoty przeżywają lepiej, jednak nękają je inne choroby, np. świerzb. Tej zimy widziałem już dwa takie jenoty z mocno przerzedzoną sierścią lub zupełnie odsłoniętymi fragmentami skóry. To był naprawdę smutny widok i zwierzęta te miały raczej mizerne szanse na przeżycie mroźnych dni.

Jenoty jeszcze pod jednym względem są wyjątkowe, gdyż tworzą związki na całe życie. Nie tylko śpią we wspólnych legowiskach, ale też zazwyczaj razem udają się na łowy. Jeżeli zobaczymy jednego jenota, możemy być pewni, że w pobliżu jest też drugi osobnik. Tak też wyglądało moje pierwsze spotkanie z tym niezwykłym zwierzęciem. Była to jedna z moich pierwszych wypraw do Puszczy, wówczas jeszcze jako ucznia pierwszej klasy Technikum Leśnego. Przedzierając się przez gęste paprocie na małej polance zauważyłem śpiącego jenota. Drugi osobnik już się obudził i węszył z podniesioną głową. Zastygłem na chwilę w bezruchu, pozwalając zwierzętom aby spokojnie się oddaliły. Było to tak zaskakujące i niezwykłe spotkanie, że jeszcze przez długi czas nie byłem pewien, czy widziałem to naprawdę czy tylko mi się przewidziało. I taki obraz jenotów z mojego pierwszego spotkania z nimi będzie mi już towarzyszył przez całe życie."

Tekst i zdjęcia: Karol Zub   karolzub's galery

niedziela, 10 czerwca 2012
Puszczykowe tajemnice

Dziś zapraszam do Białowieży. Jestem przekonany, że artykuł Karola spodoba Wam się. 

Tegoroczna zima dała się wszystkim porządnie we znaki i chyba od dawna tak bardzo nie czekaliśmy na pierwszy oznaki wiosny. Zwierzęta również bardzo ucierpiały z powodu mrozów, ale niektóre gatunki ptaków rozpoczęły już lęgi nie czekając na ocieplenie.

Przetrwać zimę

Aby przeżyć zimę ptaki stosują różne strategie. Jedne odlatują do krajów o łagodniejszym klimacie, inne odważnie stawiają czoła naszej zimie. Te ostatnie, pomimo kłopotów ze zdobyciem pożywienia, nie narażają się jednak na trudy związane z migracją i mogą wcześniej rozpocząć lęgi. Może nie każdy o tym wie, ale kiedy za oknem pada jeszcze śnieg i panuje tęgi mróz to kruki już wysiadują jaja. Podobnie robią też bieliki i puszczyki, dla których początek marca to już pełnia lęgów. Ta zima może być jednak inna. W starej lipie za moim oknem mieszka puszczyk i zazwyczaj o tej porze roku gdzieś znika, aby przyłączyć się do samicy i zająć się wychowywaniem młodych. Powraca „na stare śmieci” dopiero w czerwcu, kiedy młode stają się samodzielne. W tym roku jednak puszczyk nadal siedzi w swoje dziupli, prawdopodobnie dlatego, że ta zima była wyjątkowo śnieżna i miał on problemy ze zdobyciem pokarmu. Puszczyki są wprawdzie bardzo sprawnymi myśliwymi i polują na wszystkie mniejsze zwierzęta, włączając w to płazy i małe ptaki, jednak podstawę ich pożywienia stanowią gryzonie i inne małe ssaki. Tegoroczna zima odznaczała się jednak wyjątkowo grubą pokrywą śnieżną, pod którą gryzonie mogły czuć się stosunkowo bezpiecznie. W czasie kiedy temperatury spadały do -20oC  z całego kraju napływały doniesienia o martwych sowach, które padły z głodu. Brak pokarmu nie pozostaje też bez wpływu na lęgi. U sów i innych ptaków drapieżnych działa bardzo prosty mechanizm, który pozwala na dostosowanie wielkości lęgu do warunków pokarmowych. Kiedy samice głodują nie są w stanie zgromadzić odpowiedniej ilości energii potrzebnej do wytworzenia jaj i wysiadywania. Jest to o tyle ważne, że wysiadywaniem zajmuje się tylko samica a samiec dostarcza jej pokarm. Zdarza się też tak, że kiedy jest mało gryzoni puszczyki zupełnie rezygnują z lęgów. W tym roku gruba pokrywa śnieżna uniemożliwiła skuteczne polowania, więc najwyraźniej ptaki czekają na ocieplenie i rozpoczną lęgi, kiedy nabiorą więcej sił.

Leśna sowa

Puszczyk, jak zresztą sama nazwa wskazuje, jest sową typowo leśną. W grądach Białowieskiego Parku Narodowego mogą żyć nawet cztery pary tych ptaków na jednym kilometrze kwadratowym. Sowy te są długowieczne i przez wiele lat granice ich terytoriów pozostają niezmienne. Każdej jesieni puszczyki obwieszczają prawa do swojego terenu głośnych pohukiwaniem a kiedy to nie skutkuje, może dojść do zaciekłych waśni sąsiedzkich. Później powtarzają to jeszcze wczesną wiosną, ale kiedy pojawiają się młode oboje rodzice są tak zajęci karmieniem, że nie mają czasu na spory terytorialne. Ponieważ puszczyki nie są wybredne jeżeli chodzi o wybór zdobyczy, zamieszkują nie tylko lasy. Na Polanie Białowieskiej po jednej parze tych ptaków żyje w Parku Pałacowym, Parku Dyrekcyjnym, na cmentarzu i w okolicach Białowieży Towarowej. Pomimo wielu lat prowadzenia obserwacji ornitologom nigdy nie udało się odnaleźć w Puszczy gniazda tej sowy. Dużo ilość starych i dziuplastych drzew sprawia, że jest to szukanie igły w stogu siana. Poza tym młode puszczyki po opuszczeniu gniazda są bardzo hałaśliwe i bez trudu można je zlokalizować i policzyć.

Tajemnicze puszczyki

Z puszczykami związana jest jeszcze jedna moja przygoda. Przed dwoma laty odwiedził mnie mój kolega Przemek Bielicki z informacją, że odkrył w lesie miejsce, gdzie może lęgnąć się puszczyk uralski. W odróżnieniu od zwykłego puszczyka, takiego jak ten mieszkający w lipie za moim oknem, „ural” jest nieco większy i bardziej agresywny. Ptaki te występują w Polsce przede wszystkim w górach, ale stwierdzane były też na Mazurach. Od czasu do czasu pojawiają się też pogłoski o obserwacji tych sów w Puszczy Białowieskiej. Dotychczas nikt jednak nie potwierdził ich obecności na tym terenie, więc natychmiast pojechaliśmy w upatrzone przez Przemka miejsce. Ponoć poprzedniego wieczoru odzywała się tam para ptaków, ale tego dnia było cicho. Udało się nam jednak wypatrzeć złamaną osikę na skraju zrębu, w której mogło być gniazdo puszczyka. Jak jednak zajrzeć do dziupli, do której wejście znajduję się ponad 7 m nad ziemią? Na szczęście przypomniało mi się, że Janek Walencik chwalił mi się kiedyś, że skonstruował kamerę na wysięgniku, która pozwala na kontrolowanie gniazd umieszczonych na dużej wysokości. Na szczęście Janek nie miał nic przeciwko wypożyczeniu sprzętu i następnego dnia pojechaliśmy już z odpowiednim wyposażeniem.  Kamera była sprzężona z miniaturową latarką umożliwiająca oświetlenie ciemnego wnętrza dziupli i połączona długim kablem z małym monitorem, na którym można było obserwować rejestrowany obraz. Aby umieścić kamerę w dziupli zawiesiliśmy ją na długiej wędce i ostrożnie balansując opuściliśmy do wnętrza wypróchniałej osiki. Na samym dole dziupli, na głębokości około 5 metrów było widać wysiadującego ptaka, jednak metoda z wędką nie pozwalała opuścić kamery niżej. Postanowiliśmy więc jeszcze raz zwrócić się o pomoc do Janka i pożyczyliśmy drabinę. Ktoś jednak musiał wejść na jej szczyt, aby opuścić kamerę do środka. Ten wątpliwy zaszczyt przypadł mnie w udziale, gdyż okazałem się najlżejszy z całej ekipy. W trakcie wchodzenia wysiadująca samica spłoszyła się i wyleciała z dziupli. Wyglądała jak normalny puszczyk i to wzbudziło moje pierwsze wątpliwości. Poza tym zaraz zniknęła w lesie, podczas gdy puszczyki uralskie znane są ze swojej agresywności i często atakują osoby próbujące zajrzeć do gniazda. Kiedy wreszcie dotarłem do wierzchołka drabiny uświadomiłem sobie, że spróchniałe drzewo nie daje zbyt pewnego oparcia, ale cóż mogłem zrobić. Przeklinając w duchu swoją ciekawość zacząłem opuszczać kamerę do środka. Na dole koledzy obserwujący monitor instruowali mnie, co mam robić, aby uzyskać jak najlepszy obraz. Po kilku minutach efekty filmowania wydawały się zadowalające, więc jak najszybciej opuściliśmy to miejsce, aby samica mogła wrócić do piskląt. W domu przeglądaliśmy nasze nagranie ze sto razy, ale niestety okazało się, że to zwykłe puszczyki. Wskazywała na to wielkość piskląt, które były zbyt duże jak na tą porę roku. Puszczyki uralskie przystępują do lęgów znacznie później od zwyczajnych, więc ich pisklęta powinny być znacznie mniejsze. Poza tym brakowało im charakterystycznej czarnej „maski” wokół oczu, typowej dla piskląt puszczyka uralskiego. Na pocieszenie pozostało nam pierwsze nagranie i obserwacje z wnętrza dziupli puszczyka zrobione w Puszczy Białowieskiej.

Mój puszczyk zza okna na razie wygrzewa się w promieniach wiosennego słonka. Nigdy nie udało mi się stwierdzić gdzie ukrywa się ze swoimi młodymi, jednak wiem, że po zakończeniu lęgów znowu powróci do swojej lipy. Jego obecność zawsze mi przypomina, że nadal mam jakąś tajemnicę do wyjaśnienia.

Puszczyk z Parku Pałacowego śpiący we wnętrzu dziupli w lipie.

Tekst i zdjęcie: Karol Zub

środa, 11 kwietnia 2012
"Tam derkacz wrzasnął z łąki

Pomyślałem o przedstawieniu ptaków roku, które wybierane były na Zlotach w Słońsku. Pierwszym takim ptakiem był intrygujący i tajemniczy derkacz. Pewnie mało kto pamięta, ale terminem pierwszego Zlotu była jesień - 20 października 2002 roku.

Derkacza pięknie i bardzo ciekawie opisał nasz doktor z Puszczy Białowieskiej, czy Karol Zub. Sądzę, że Jego opis spodoba się wszystkim. Aby wprowadzić Was w klimat proponuję przypomnieć tytuł, czyli:

"Tam derkacz wrzasnął z łąki

… szukać go daremnie, bo on szybuje w trawie jako szczupak w Niemnie”. Takimi słowami przywoływał Adam Mickiewicz czasy swojej młodości w II Księdze „Pana Tadeusza”. Donośny głos derkacza był niegdyś nieodłącznym elementem wieczornego krajobrazu polskiej wsi, jednak od czasów Mickiewicza wiele się zmieniło. W większości krajów zachodnich derkacz prawie wyginął i jedynie na wschodzie Europy jest nadal w miarę liczny. Z tego też względu znalazł się on na liście gatunków, dla których tworzone są obszary specjalnej ochrony w ramach Europejskiej Sieci Ekologicznej Natura 2000 (Dyrektywa Ptasia). Jest rzeczą zrozumiałą, że jako mieszkańcy Puszczy Białowieskiej nie podchodzimy z entuzjazmem do programu Natura 2000, gdyż narzuca on poważne ograniczenia dotyczące zabudowy i innych sposobów użytkowania terenu. Może jednak, zanim nastawimy się wrogo do tej idei, warto postarać się zrozumieć, dlaczego niektóre gatunki zasłużyły na tak specjalne traktowanie…

 

Derkacz a Natura 2000?

 

Słyszy się czasami opinie, że celem Natury 2000 jest jedynie ochrona jakiegoś ptaszka czy kwiatka kosztem człowieka. Jednak dobór gatunków zwierząt i roślin zasługujących na specjalne traktowanie nie był przypadkowy. Są to przede wszystkim organizmy charakteryzujące kondycję całych ekosystemów. Ich obecność wskazuje na dobry stan zachowania środowiska, a zmniejszanie się ich liczebności powinno być dla nas dzwonkiem alarmowym. Zniknięcie takiego gatunku to nie tylko strata dla przyrody, ale też znak, że środowisko, w którym żyjemy zmienia się na gorsze. Takim gatunkiem wskaźnikowym dla terenów otwartych jest właśnie derkacz.

           

Gdzie żyją derkacze?

 

Derkacze zamieszkują różnego rodzaju tereny trawiaste, o niezbyt gęstej roślinności. Taka roślinność wytwarza się podczas regularnego użytkowania kośnego łąk. Jest to o tyle ważne, że ptaki poruszają się głównie „na piechotę” przeciskając się pomiędzy roślinnością, a tylko bardzo sporadycznie i niechętnie latają. Kiedy łąk nie kosi się przez dłuższy czas przekształca się ona z plątaninę traw z innymi roślinami i starymi pędami a to zdecydowanie utrudnia tym ptakom przemieszczanie się.

 




Innym powodem przywiązania derkacza do terenów użytkowanych przez człowieka jest pokarm. Na nieskoszonych łąkach spada ilość dużych owadów, którymi żywią się te ptaki, a pojawiają się drobne bezkręgowce, które nie są dla nich odpowiednim pokarmem.

Gdzie więc żyły derkacze zanim pojawił się człowiek i zaczął użytkować łąki? Wydaje się, że odpowiednimi środowiskami dla tego gatunku były wówczas ubogie łąki górskie lub skraje dolin rzecznych, na których z przyczyn naturalnych roślinność nigdy nie jest zbyt gęsta. Kiedy jednak ludzie zaczęli wykaszać doliny rzeczne, derkacze szybko stały się bardzo liczne, ale sielanka ta nie trwała jednak długo.

 

Tragedia derkacza

 

Derkaczom działo się najlepiej, kiedy ludzie prowadzili umiarkowanie intensywną  gospodarkę rolną. Szczęśliwy okres dla tych ptaków skończył się wraz z postępem mechanizacji w rolnictwie. Szczególnie tragiczne skutki dla tego gatunku miało wprowadzenie kosiarek rotacyjnych. Okazało się wówczas, że są one zbyt szybkie dla ptaków próbujących uciekać przed nimi na piechotę. Poza tym maszyny te umożliwiają skoszenie ogromnych obszarów w stosunkowo krótkim czasie i w konsekwencji derkacze tracą wszystkie potencjalne miejsca do lęgów. Dawniej, kiedy koszenie odbywało się ręcznie lub przy użyciu kosiarek konnych, sianokosy trwały znacznie dłużej. Ponadto przed okresem intensywnych melioracji doliny rzeczne były regularnie zalewane i zawsze trafiały się fragmenty bardziej wilgotne, które dało się kosić tylko raz w roku. Dzięki temu ptaki mogły zawsze znaleźć jakieś miejsce do założenia gniazda. Najbardziej szokujące dane pochodzą z terenu dawnego Kombinatu Łąkarskiego „Wizna”. Kiedy na początku lat 90-tych pomagałem w badaniach prowadzonych nad derkaczem, stwierdzaliśmy na tym terenie do 400 odzywających się samców. Jednak każdego roku koszenie postępowało tak szybko, że żadnemu z nich nie było dane dochować się potomstwa!

 

Niewierni małżonkowie

           

Derkacz jest pod wieloma względami niezwykłym ptakiem. Na pewno jest jednym z najgłośniejszych, gdyż jego dwusylabowe „der-der” można usłyszeć już z odległości ponad 1 kilometra. Poza tym, pomimo iż niechętnie lata, to jednak zimuje aż w południowej Afryce i wcale nie wędruje tam pieszo, jak niegdyś przypuszczano. W rejonie Puszczy Białowieskiej ptaki te zjawiają się dopiero na początku maja. Pierwsze meldują się samce i donośnym „derkaniem” próbują zwabić przylatujące nieco później samice. Samce odzywają się wówczas przez całą noc, powtarzając swoją monotonną „piosenkę” kilka tysięcy razy! Kiedy już samcowi uda się zwabić samicę i zaczyna się składanie jaj, to on … porzuca ją i wyrusza na poszukiwanie nowej partnerki. W tym celu przenosi się o kilka-kilkanaście kilometrów, ale zdarza się, że zupełnie opuszcza nasz kraj i leci do Niemiec lub Rosji! Opieką nad młodymi zajmuje się wyłącznie samica. Na szczęście pisklęta zaraz po wylęgnięciu się wykluciu się opuszczają gniazdo i podążają za matką. Dzięki temu nie musi ona przynosić dla nich pokarmu a pisklęta same szukają sobie owadów i innych bezkręgowców. Na początku lipca młode się usamodzielniają a samica szuka sobie nowego małżonka, który także ją zaraz opuści.

 


 

Od Wieszcza do Natury 2000

           

Na polanach i w dolinach rzecznych Puszczy Białowieskiej derkacz jest ciągle ptakiem stosunkowo licznym, chociaż może nie aż tak pospolitym, jak za czasów młodości Adama Mickiewicza. Niestety jego los jest bardzo niepewny, gdyż puszczańskie łąki szybko zarastają, a na polanach osadniczych przybywa nowych domów. Nie tylko derkacze cierpią z tego powodu. Jeszcze jakieś 10 lat temu na Polanie Białowieskiej gniazdowało 25 par bociana białego, dzisiaj pozostało tylko około pięciu. W tym roku na pewno jeszcze usłyszymy wiele derkaczy, ale kto wie, co będzie za kilka lat. Może i da się żyć bez bocianów i derkaczy, ale będzie to smutny czas, kiedy o wieczornych koncertach będziemy mogli poczytać jedynie w „Panu Tadeuszu” …

 

W polu koncert wieczorny ledwie jest zaczęty;
Właśnie muzycy kończą stroić instrumenty,
Już trzykroć wrzasnął derkacz, pierwszy skrzypak łąki,
Już mu z dala wtórują z bagien basem bąki,
Już bekasy do góry porwawszy się wiją
I bekając raz po raz jak w bębenki biją.

 

(Księga VIII, Zajazd)

 


Tekst i zdjęcia Karol Zub. Galeria Karola Zuba

czwartek, 02 lutego 2012
Tajemniczy żywot łasicy

Nie muszę chyba mówić, że bardzo się cieszę iż doktor Karol Zub dzieli się z nami na plamce swoimi artykułami. Dziś poznamy łasicę, małego drapieżnika, który dawniej miał fatalną opinię kurnikowego rozbójnika:

"Mieszkając w niewielkiej miejscowości w sercu Puszczy częściej niż inni ludzie mamy okazję spotykać się z dzikimi zwierzętami. Weźmy chociażby żubry, które mamy szansę oglądać podczas spaceru po lesie, w drodze do Hajnówki lub tuż za naszym płotem. Wokół nas mieszka jednak wiele pospolitych gatunków, które obserwujemy sporadycznie albo nie zauważamy ich wcale. Do takich stworzeń zalicza się łasica – najmniejszy i najbardziej rozpowszechniony, ale też najbardziej tajemniczy drapieżnik.

Naprawdę niewiele osób zdaje sobie sprawę jak mały jest to ssak. Pierwszą reakcją na widok łasicy jest zazwyczaj okrzyk zdziwienia i pytanie czy to rzeczywiście dorosły osobnik, gdyż łasice są niewiele większe od gryzoni, na które polują. Największe samce ważą około 150 gram a więc osiągają zaledwie połowę masy ciała przeciętnego szczura. Samice są 3-4-krotnie mniejsze i są wielkości dużej myszy. Dzięki tak małym rozmiarom ciała łasice są w stanie skutecznie polować na gryzonie w ich gniazdach i norach, z drugiej jednak strony same łatwo padają ofiarą większych drapieżników. Stąd też ssaki te rzadko pokazują się na otwartej przestrzeni, spędzając życie pod ziemią lub ukryte w gęstej roślinności, czasami tylko przemykając pomiędzy zabudowaniami lub błyskawicznie przecinając drogę. Bez zastosowania nowoczesnych technik do dzisiaj niewiele byśmy wiedzieli o życiu tych zwierząt. Aby móc obserwować łasice w ich naturalnym środowisku zakłada się im nadajniki radiowe w postaci miniaturowej obroży. Czasami spotykam się z zarzutami, że jest to niehumanitarna metoda badawcza. Z całą jednak odpowiedzialnością, wynikającą z wieloletniego doświadczenia, mogę stwierdzić, że obroża taka nigdy nie stała się przyczyną śmierci lub okaleczenia śledzonych zwierząt. Poza tym po kilku dniach łasice z łatwością pozbywają się nadajników lub zostają one zdjęte po ponownym odłowieniu zwierzątka. Pomimo tego, że badaniu łasic poświęciłem ponad dziesięć lat swego życia, na wiele pytań nadal nie znam odpowiedzi. Z drugiej jednak strony miałem unikalną okazję bliższego poznania tych zwierząt, więc mogę o nich nieco więcej opowiedzieć.



Łasice są bardzo wdzięcznym obiektem do obserwacji, gdyż w przeciwieństwie do innych dzikich zwierząt nie wykazują specjalnego strachu przed ludźmi. Chyba wychodzą z założenia, że tak duże zwierzę jak człowiek nie będzie podejmowało wysiłku aby upolować coś tak małego. Wystarczy więc tylko nie wykonywać żadnych gwałtownych ruchów, aby cieszyć się widokiem łasicy przez długie chwile. Można wówczas zaobserwować wiele unikalnych zachowań tych zwierząt. Któregoś dnia śledząc polującą łasicę zauważyłem, że w jej pobliżu poszukuje pożywienia nornica ruda. Kiedy gryzoń usłyszał (bądź wyczuł) obecność drapieżnika natychmiast zastygł w bezruchu. Łasica była tuż obok, ale ze zdziwieniem zauważyłem, że nie jest w stanie odszukać nornicy. Wyczuwając zapach drapieżnik kilkakrotnie przechodził dosłownie o kilka centymetrów od nieruchomego gryzonia, ale szybko poddał się i ruszył dalej w poszukiwaniu innej zdobyczy. Już po kilku chwilach nornica ocknęła się z odrętwienia i szybko poszukała sobie bezpiecznego ukrycia. Tym razem udało się jej przeżyć! Kolejnego dnia obserwowałem zachowanie innej nornicy, które wprawiło mnie w prawdziwe osłupienie. Otóż zauważywszy obecność drapieżnika nornica wspięła się na grubsze źdźbło trawy i tam zawisła na wysokości kilkudziesięciu centymetrów nad ziemią. Łasica oczywiście zauważyła ten manewr, ale okazała się zbyt ciężka aby ruszyć w ślady swojej niedoszłej zdobyczy. Wprawdzie kilka razy próbowała doskoczyć do nornicy, ale po kilku nieudanych próbach zrezygnowała i postanowiła poszukać łatwiejszej ofiary. Oczywiście duża część polowań łasic kończy się sukcesem. Wówczas przenoszą zdobycz do najbliższej nory, gdzie ją zjadają. Pewnego dnia prowadząc obserwacje przysiadłem na pniu zwalonego drzewa. Łasica polowała gdzieś w pobliżu, więc wyciągnąłem kanapkę i też postanowiłem się posilić. Nagle kątem oka dostrzegłem jakiś ruch na końcu kłody, na której właśnie siedziałem i ręka z kanapką zastygła w pół drogi. Po pniu biegła do mnie łasica, niosąc w pyszczku świeżo upolowaną nornicę. Najwyraźniej stanąłem jej na drodze, gdyż położyła zabitego gryzonia tuż przy mojej nodze i wyruszyła na poszukiwanie jakiegoś obejścia. Po chwili wynurzyła się z roślinności z zupełnie innej strony, zabrała swoją zdobycz i poniosła ją do swojego ukrycia. Dobrze, że nie trwało to długo, gdyż ręka zdążyła mi już porządnie zdrętwieć.

Zupełnie inną strategię stosują łasice polujące na myszy leśne. Ponieważ gryzonie te są naprawdę szybkie i w bezpośrednim pościgu drapieżnik ma niewielkie szanse, stąd też łasice starają się zaskoczyć je we śnie. Myszy leśne są aktywne wyłącznie nocą a dnie przesypiają we wspólnych gniazdach, po kilka w jednym ukryciu. Jeżeli drapieżnikowi uda się znaleźć takie miejsce, wówczas jest w stanie upolować jedną lub dwie myszy, podczas gdy pozostałe ratują się paniczną ucieczką. Jest to zaiste niezwykły widok kiedy w kilka chwil po wejściu łasicy do nory lub dziupli dosłownie „wystrzeliwuje” z niej kilka myszy i pędzi na oślep. Czasami tuż za nimi pędzi łasica, jednak znacznie częściej pozostaje w miejscu udanego polowania.

Szczególnie łatwo obserwować jest łasice późną jesienią, kiedy zdążą już mienić futro na zimowe, zupełnie białe a śniegu jeszcze nie ma. Jest to bardzo niebezpieczny okres dla tych zwierząt, gdyż są wówczas dobrze widoczne z dużej odległości. Dlatego też łasice starają się w tym czasie ograniczyć swoją aktywność, a kiedy już polują, to pozostają pod ziemią lub pod osłoną suchych traw. Kiedy spadnie śnieg życie tych małych drapieżników staje się łatwiejsze. Mogą one wówczas polować pod śniegiem, gdzie temperatura nie spada poniżej zera, a dzięki maskującej barwie futra również na powierzchni śniegu pozostają niewidoczne. Nie zawsze jednak wystarcza to aby ustrzec się niebezpieczeństwa. Ubiegłej zimy spacerując po Parku Pałacowym spostrzegłem tropy łasicy, które przecinały alejkę i postanowiłem przez chwilę pójść za nimi. Początkowo tropy wiodły przez krzaki a potem wyprowadziły mnie na otwartą przestrzeń, gdzie nagle się urwały. Kiedy podszedłem bliżej okazało się, że tajemnicze zniknięcie łasicy można dało się wytłumaczyć atakiem jakiegoś skrzydlatego myśliwego, najprawdopodobniej myszołowa. Na śniegu było widać wyraźne odbicie dużych skrzydeł a w miejscu gdzie się kończył trop było małe zagłębienie i kilka kropel krwi. Cóż, życie łasicy bywa krótkie i pełne niespodzianek, kiedy raz się jest drapieżnikiem a za chwilę ofiarą …



Dopiero zimą ujawnia się prawdziwa natura łasic, które są wielkimi śpiochami. Wiosną i latem, kiedy poszukują partnera do rozrodu lub zajmują się młodymi, łasice są aktywne przez 4-6 godzin w ciągu dnia, gdyż nocnych wypraw zazwyczaj unikają. Kiedy nadchodzą chłody łasice zajmują się jedynie polowaniem, które zazwyczaj nie trwa dłużej niż 1-2 godziny a resztę czasu przesypiają. W czasie szczególnie mroźnych okresów potrafią nie opuszczać swojej nory przez kilka dni, korzystając z zapasów tłuszczu zgromadzonego pod skórą lub żywiąc się gryzoniami, które upolowały wcześniej i schowały na „czarną godzinę”. W zimowym schronieniu łasicy panują zaiste komfortowe warunki, gdyż chociaż drapieżnik ten sam nie buduje gniazd, to jednak zajmuje schronienia przygotowane przez myszy lub norniki. Wyścieła je także warstwą sierści wyskubanej z upolowanych gryzoni, tworząc dodatkową warstwę izolującego filcu. W takim gnieździe temperatura nigdy nie spada poniżej 20oC, pomimo tego, że na powierzchni panuje mróz. Nic więc dziwnego, że łasice niezbyt często opuszczają swój ciepły domek i dlatego też  rzadko mamy okazję cieszyć oczy widokiem ich nieskazitelnie białego futerka. Warto jednak próbować, gdyż obserwacja tych maleństw dostarcza niezapomnianych emocji.

Tekst i zdjęcia: Karol Zub

sobota, 07 stycznia 2012
Śmieszne zwierzę, czyli rzecz o łosiu

Łoś zapewne każdemu z nas kojarzy się pozytywnie. Myślę, że artykuł Karola Zuba znacznie przybliży nam to oryginalne zwierzę:

Chyba żadne z dużych dziko żyjących zwierząt nie budzi tyle sympatii, co łoś. Wystarczy tylko spojrzeć na białe „rajstopy” na tylnych nogach, nieproporcjonalnie długi pysk, przerośniętą górną wargę, kosmatą brodę i wystający garb, aby uśmiech pojawił się na naszej twarzy. Pomimo tak pociesznego wyglądu życie łosi nie zawsze bywa wesołe …



Niezwykła fizjonomia

Swój niezwykły wygląd łosie zawdzięczają przystosowaniu do życia na terenach podmokłych. Dzięki długim nogom zaopatrzonym w nieproporcjonalnie duże kopyta łosie bez trudu poruszają się po bagnach, chętnie też poszukują pokarmu w wodzie. Jednak podstawą pożywienia tych zwierząt są pędy drzew i krzewów. Nie na darmo w języku niektórych plemion indiańskich łoś nazywany był „zjadaczem gałązek”. Z drugiej jednak strony taka budowa ciała przeszkadza łosiom w zjadaniu pokarmu z ziemi. Zdarza się, że aby sięgnąć wiosną do soczystej oziminy, zwierzęta te zginają przednie kończyny i żerują „na kolanach”. Podobnie robią zimą zlizując sól, którą posypywane są drogi. Jednak ulubionym pokarmem łosia są kaczeńce, pojawiające się masowo wiosną za zalanych łąkach i bagnach. Aby ich dosięgnąć zwierzęta gotowe są brodzić w lodowato zimnej wodzie zanurzone po brzuch.



W drogę

Pomimo pozornie niezgrabnej budowy łosie poruszają się zaskakująco lekko i sprawnie. Bez trudu pokonują nawet wysokie przeszkody, choćby płoty okalające pastwiska. Zwierzęta te lubią, a nawet muszą wędrować. U tego gatunku obserwujemy regularne sezonowe migracje pomiędzy miejscami zimowania i letnimi ostojami. Niegdyś łosie najchętniej bytowały na bagnach a na zimę ściągały do lasu, jednak obecnie takie wędrówki zwierząt odbywają się jedynie na Bagnach Biebrzańskich. Po okresie godowym, zwanym u łosi bukowiskiem, łosie powoli opuszczają mokradła i zaszywają się w sosnowych uprawach i młodnikach. Jeżeli nie są niepokojone, to w jednym miejscu mogą spędzić prawie całą zimę, aby wiosną powrócić na bagna. Na terenach gdzie większość rozległych bagien została osuszona, tak jak w Puszczy Białowieskiej, łosie przez cały rok przebywają w lesie, najchętniej w pobliżu podmokłych dolin rzecznych i olsów. Stąd też w Puszczy ich liczebność nie jest tak duża jak nad Biebrzą.
Dzięki swojej skłonności do wędrówek łosie mogą pojawić się prawie w każdym zakątku naszego kraju. Nie unikają przy tym miast, przysparzając sporo kłopotów zarówno ich mieszkańcom, jak i sobie. W telewizyjnych newsach co kilka miesięcy pojawiają się informacje o łosiach wędrujących po naszych drogach i budzących popłoch wśród ich użytkowników. Niestety nasze służby weterynaryjne nie zawsze są dobrze przygotowane do takich sytuacji. Czasami zabłąkane łosie zamiast być uśpione i przewiezione w bezpieczne miejsce bywają po prostu zastrzelone.

Łosie w niebezpieczeństwie

    Podobnie jak inne zwierzęta kopytne łosie od wieków były obiektem polowań. Szczególnie ceniona była ich skóra, nadająca się znakomicie do wyrobu butów i innych elementów ubioru. Podczas królewskich i carskich łowów w Puszczy Białowieskiej łosie zabijano aż do początku XX wieku, kiedy ich liczebność na tym terenie zaczęła dramatycznie spadać. W trakcie pierwszej wojny światowej łosie wyginęły w Puszczy zupełnie. Jedynym miejscem w obecnych granicach Polski, gdzie łosie przetrwały wszelkie zawieruchy, były Bagna Biebrzańskie. Dla ochrony tego gatunku powstał tam w okresie międzywojennym rezerwat „Czerwone Bagno”. Od tego czasu liczebność łosi nad Biebrzą ulegała różnym wahaniom, jednak zwierzęta te żyją na tym obszarze do dzisiaj. Stwierdzono nawet, że tworzą odrębną grupę genetyczną, podczas gdy łosie z innych obszarów północno-wschodniej Polski są częścią ogromnej populacji zasiedlającej Skandynawię i kraje nadbałtyckie. Według oficjalnych statystyk w chwili obecnej na Bagnach Biebrzańskich bytuje ponad 700 łosi. Pomimo chwilowego zakazu polowania na łosie czyhają inne niebezpieczeństwa, z których największym jest nasilenie ruchu drogowego.
    Łoś stanowi szczególne zagrożenie na drodze. W Skandynawii dziesiątki tych zwierząt giną w wyniku kolizji z samochodami, gdyż łosie mają zwyczaj nagłego pojawiania się na jezdni, kiedy jest już często za późno na manewr. Stąd też wszystkie nowe samochody wprowadzane do użytkowania przechodzą tzw. „test łosia”. Służy on do sprawdzania stabilności pojazdu podczas gwałtownych manewrów i polega na przejechaniu z odpowiednią prędkością slalomem między słupkami. Test ten został rozsławiony przed kilkoma laty, kiedy to został „oblany” przez Mercedesa klasy A, a ostatnio przez Land Rovera. Zmusiło to wielu producentów samochodów do instalowania specjalnych stabilizatorów toru jazdy.


    Również nad Biebrzą łosie padają ofiarą wypadków, stąd też z inicjatywy miłośników biebrzańskiej przyrody ruszyła akcja „Jedź Łośtrożnie”. Jej elementem są m. in. nalepki na samochody propagujące ostrożną jazdę, rozprowadzane wśród osób odwiedzających bagna. Niestety zmotoryzowani turyści, nawet kiedy zachowują ostrożność, potrafią poważnie zakłócić życie łosi. Sam niedawno byłem świadkiem sytuacji, kiedy sznur jadących samochodów rozdzielił na drodze klempę z jej potomstwem. Biedna matka stała na środku drogi otoczona przez tłum gapiów, nie wiedząc czy iść za jednym z łoszaków, który już przeszedł na drugą stronę, czy czekać na drugiego. Położone po sobie uszy zwierzęcia świadczyły o jego dużym zdenerwowaniu. Dzięki dosyć zdecydowanej perswazji bardziej uświadomionej osoby tłum się w końcu odsunął i rodzina mogła się połączyć. Klempa wreszcie się uspokoiła i poprowadziła swoje młode w bezpieczne miejsce. Niestety, podobne sytuacje zdarzają się dosyć często, a może być gorzej. W ostatnim czasie lokalny samorząd próbuje przeforsować pomysł poprawy standardu głównej drogi przebiegającej przez południową cześć Biebrzańskiego Parku Narodowego. Na szczęście póki co jakość dróg na tym obszarze nie pozwala na rozwijanie nadmiernej prędkości, dzięki czemu zwierzęta są względnie bezpieczne. Może irytuje to osoby skracające sobie przez Bagna Biebrzańskie drogę ze stolicy nad jeziora mazurskie, ale na pewno cieszy łosie i ich miłośników.


Zdjęcia i tekst: Karol Zub

piątek, 30 grudnia 2011
Trzy spotkania z lisem

Nie wiem dlaczego do tej pory uważałem, że nie lubię lisów.Pewnie nieraz i we wpisach na plamce dawałem wyraz niechęci do nich. Po lekturze Karola "Trzy spotkania z lisem" patrzę na lisy inaczej. Z dużo większym zrozumieniem i wyrozumieniem. Zapraszam:

Lisy nigdy nie budziły szczególnej sympatii u ludzi, głównie ze względu na spustoszenie, jakie nierzadko powoduje w kurnikach. Jednak dzięki swojemu przysłowiowemu sprytowi udało mu się nie tylko przetrwać wszelkie próby tępienia, ale też świetnie przystosował się do życia w sąsiedztwie człowieka, zamieszkując nawet centra dużych miast. Mój osobisty stosunek do lisów był zawsze dosyć obojętny, aż do momentu, kiedy dostałem szansę bliższego poznania tego niezwykle inteligentnego drapieżnika…




Od kilku lat biorę udział w badaniach nad nornikami na terenie Biebrzańskiego Parku Narodowego. Co dwa miesiące prowadzimy odłowy tych drobnych ssaków na rozległych bagnach w sąsiedztwie wsi Gugny. Kiedy w pierwszych dniach września wyruszyliśmy na pierwszy obchód pułapek z przerażeniem stwierdziliśmy, że wiele z nich jest poprzewracanych a na niektórych widoczne są ślady krwi, świadczące o tym, że coś wyjadło nasze norniki. Podejrzenie padło natychmiast na lisa, którego widywaliśmy wcześniej w tej okolicy. Nasze przypuszczenia potwierdziły się już następnego dnia, kiedy koleżanki z zespołu spotkały rudzielca leżącego wśród turzyc tuż na skraju naszej powierzchni badawczej. Lis nic sobie nie robił z ich obecności. Czekał spokojnie na zakończenie kontroli powierzchni. Miał wyraźny zamiar sprawdzić pułapki na własną rękę.  Trochę zaniepokoiła mnie ta informacja, gdyż takie zachowanie mogło świadczyć, że lis jest chory, może nawet na wściekliznę. Postanowiłem zbadać sytuację osobiście.
    Następnego ranka wyruszyłem jeszcze przed świtem. Ranek był chłodny i wilgotny. Zastanawiałem się gdzie podziewa się nasz rudy kolega. Przemknęło mi przez głowę, że gdybym był lisem, to pewnie spałbym na suchej podłodze wieży widokowej, wzniesionej w pobliżu miejsca naszych odłowów. Ale przecież lis nie może być aż tak inteligentny...

    Tymczasem ciągle było ciemno. Chcąc poczekać na świt w jakimś spokojnym miejscu, zacząłem wspinać się na schody wieży. Kiedy jednak tylko postawiłem stopę na pierwszym stopniu, na górze coś się poruszyło. Na szczycie schodów, na tle jaśniejącego nieba, ujrzałem sylwetkę lisa. Obaj byliśmy mocno zaskoczeni, ale to ja ustąpiłem mu drogi. Lis szybko skorzystał z okazji i zbiegł na dół. Wcale nie był wystraszony a raczej zaciekawiony a kiedy sięgnąłem do plecaka po aparat fotograficzny, podbiegł do mnie na kilka kroków, zapewne z nadzieją, że wyjmę coś nadającego się do jedzenia. Poczuł się chyba jednak trochę rozczarowany, przeciągnął się i wyruszył na poszukiwanie jakiegoś śniadania. Nie mając nic lepszego do roboty ruszyłem jego śladem, zachowując bezpieczną odległość dopóki nie byłem pewien, że ze zwierzak jest zupełnie zdrowy.
    Już pierwsze polowanie lisa było udane. Niestety jego łupem padła ryjówka – zwierzątko o bardzo intensywnym i nieprzyjemnym smaku, więc lis porzucił ją nieskonsumowaną na ścieżce.  Dalsze zachowanie lisa wzbudziło moje prawdziwe zdumienie. Zwierzę wędrowało od jednej pajęczyny do drugiej i wyjadało z nich ogromne pająki krzyżaki, odrętwiałe w porannym chłodzie! To taka lisia przekąska, jak nasze chipsy albo batoniki. W końcu mój nowy towarzysz zastygł na chwilę, wykonał zwinny skok i już trzymał w pyszczku nornika. Wystarczyło kilka chrupnięć i gryzoń zniknął w lisim żołądku. Ta sytuacja rozwiała wszelkie moje wątpliwości, co do stanu zdrowia lisa. Skoro potrafi polować, to znaczy, że wszystko z nim w porządku. W międzyczasie rozwidniło się na tyle, że mogłem zacząć fotografować. Niestety lis zdążył już się najeść i ruszył w stronę pobliskiej kępy krzaków. Na koniec jeszcze się obejrzał za mną, ziewnął i zniknął w gąszczu.


    Kiedy wróciłem do naszej stacji terenowej tam już wrzała dyskusja, co zrobić z lisem, który ewidentnie uznał naszą powierzchnię badawczą za darmową stołówkę. Padła nawet propozycja, aby zastawić specjalną pułapkę i wywieźć nieproszonego gościa w inne miejsce. Ja dzięki porannej przygodzie miałem już do lisa zupełnie inny stosunek i ostatecznie postanowiliśmy, że będziemy go podkarmiać w innym miejscu, aby trzymał się z daleka od naszych norników.
    Przez kilka kolejnych dni lis się nie pokazywał, aż wreszcie ktoś zauważył go jak biegł sobie wzdłuż szlaku turystycznego prowadzącego na bagna. Ponieważ pogoda sprzyjała zdjęciom, a poprzednia sesja fotograficzna nie usatysfakcjonowała mnie do końca, ruszyłem jego śladem, nie mając jednak wielkich nadziei na spotkanie rudzielca. Po bezowocnych poszukiwaniach już chciałem wracać do stacji, kiedy zauważyłem go (a właściwie jak się później okazało ją) biegnącego przede mną drogą wśród bagien. Kiedy mnie zauważył przystaną na chwilę, a ja z plecaka wyjąłem kurze jajko i wyciągnąłem w kierunku lisa tak, aby je widział. Tym razem byłem lepiej przygotowany i zabrałem ze sobą jakiś poczęstunek. Lis wyraźnie zainteresował się jajkiem i pozwolił mi podejść na kilka kroków. Położyłem je na ziemi i cofnąłem się odrobinę. Zwierzak nie potrzebował dodatkowej zachęty, chwycił prezent w pysk i odbiegł w turzyce. Tam bardzo powoli i ostrożnie rozgryzał jajko, starannie wyjadając jego zawartość a po zakończonej uczcie jeszcze długo się oblizywał. Niestety obowiązki wzywały mnie do stacji i musiałem zakończyć to niezwykle spotkanie.

Następnego dnia próbowałem odnaleźć lisa ponownie. Znów zaopatrzony w jajko spacerowałem wokół wieży obserwacyjnej, jednak tym razem drapieżnik tylko na chwilę pokazał się wśród kęp turzyc i na mój widok czmychnął w krzaki. Czyżby się czegoś wystraszył? Zrobiło mi się trochę smutno, że zwierzak stracił zaufanie do ludzi. Tajemnica wyjaśniła się wieczorem, kiedy spotkany przypadkowo kolega napomknął, że poprzedniego wieczora obserwował przy wieży dwa lisy. Wywnioskowałem stąd, że zwierzak, którego widziałem, nie był jednak moim znajomym lisem. Ostatnie, chłodne i deszczowe dni naszego pobytu w stacji nie zachęcały do wypraw w teren. Żegnaliśmy się z bagnami na 2 miesiące z cichą nadzieją, że żaden człowiek nie nadużyje zaufania i lis dożyje spokojnie do naszej kolejnej wizyty nad Biebrzą.
Środowisko przyrodników jest zgodne, że populacja lisów wskutek szeroko zakrojonej akcji szczepień przeciw wściekliźnie nadmiernie się rozbudowała, ale jakże takie osobiste spotkania potrafią zmienić nasz stosunek do tych drapieżników. Przy takiej okazji musimy jednak pamiętać, że powrót do utraconego raju, w którym człowiek mógł przechadzać się bezpiecznie wśród dzikich zwierząt, jest niemożliwy. Dlatego też, zarówno dla dobra własnego jak i zwierząt, lepiej jest zachować rozsądny dystans i nie pozwalać sobie na nadmierną poufałość. 

Tekst i zdjęcia: Karol Zub

sobota, 24 grudnia 2011
Mój pies i inne zwierzęta

Jakoś tak dziwnie się złożyło, że drugiego października, gdy miałem wypadek, przyszedł do mnie mail od Karola z Jego artykułami. Po zapoznaniu się z nimi nie miałem żadnego problemu z podjęciem decyzji, że "Mój pies i inne zwierzęta" musi pojawić się jako wigilijne danie na plamce. Zresztą, zobaczcie sami:

Niektórzy wierzą w noc wigilijną zwierzęta mówią ludzkim głosem. Szkoda, że nie jest to prawdą, gdyż wówczas mógłbym usłyszeć wiele interesujących historii o zwierzętach od mojego psa. Zawsze jesteśmy w terenie razem, ale kto wie co widzi mój czworonożny towarzysz gdy nagle znika w przydrożnych krzakach lub buszuje w nadrzecznych szuwarach.

    Nigdy nie myślałem o posiadaniu psa myśliwskiego, ale kiedyś mój przyjaciel wyjeżdżał za granicę i musiał komuś oddać szczeniaka. Nie byłem przygotowany na tak poważną decyzję, bo właśnie zaczynałem spotykać się z moją obecną żoną i nawet nie mieliśmy pewności gdzie będziemy mieszkać. Wahaliśmy się wówczas długo, ale ostatecznie w naszym życiu pojawił się Agat – posokowiec bawarski. Pierwsze doświadczenia trzymiesięczny psiak zdobywał na Wojciechówce, gdzie ogród otaczający dom dostarczał wielu okazji do poznawania innych zwierząt. Pierwszą „zdobyczą” Agata okazała się ogromna gąsienica nocnego motyla. Przyniósł ją wówczas do domu, trącił mnie nosem i utkwił we mnie pytający wzrok. Gąsienica wyglądała jak mała, zielona kiełbaska wystająca z pyska. Na szczęście uścisk był tak delikatny, że nic się jej nie stało i wróciła cała i zdrowa do ogrodu.


    Z czasem Agat zaczął się rozglądać za nieco większymi stworzeniami. Kiedyś podczas spaceru próbował wyciągnąć ze sterty gałęzi zaskrońca ponad metrowej długości. Nie zraził się ani ostrzegawczym syczeniem ani straszliwym smrodem wydzielanym przez węża ze specjalnych gruczołów. Uwolniony gad błyskawicznie uciekł do swojej kryjówki a pies dostał porządną burę. Na szczęście nie była to żmija, gdyż takie spotkanie mogłoby się skończyć źle. Od tego czasu starałem się pohamować w Agacie łowieckie zapędy, zastępując polowanie długimi spacerami i zabawą. Jak się jednak okazało, nie zawsze dawało to pożądane efekty.


    Najtrudniej było oduczyć Agata polowania na małe zwierzątka – myszy, norniki i łasice. Z czasem jednak nauczył się cierpliwie czekać aż opróżnię pułapkę i wypuszczę gryzonia, udając, że w ogóle go to nie interesuje. Uśpiło to moją czujność i kiedyś Agat capnął wypuszczaną łasicę. Chyba sam się przestraszył swojego niecnego czynu i szybko wypuścił zwierzątko z pyska. Na szczęście okazało się, że łasica nie doznała uszczerbku na ciele i psychice, gdyż udało się ją złowić ponownie jeszcze kilka razy. Dostała nawet imię „Gruby Bill” ze względu na swoje zaokrąglone kształty. 
    Już pierwszej zimy zauważyłem, że Agat nie reaguje na tropy i zapach wilka. Podchodził do nich bez obawy, oglądał i wąchał miejsca, w których wilki znakowały. Wiele psów myśliwskich reaguje na swojego dzikiego kuzyna panicznym strachem. Dzieje się tak nie bez powodu, gdyż wilki często zabijają psy. Kilka lat później Agat miał szansę stanąć oko w oko z dzikim wilkiem. Stało się to kiedy pewnego dnia śledziłem łasicę z nadajnikiem, która upodobała sobie łąki sąsiadujące z otuliną parku narodowego. Aby lepiej słyszeć sygnał z nadajnika wspiąłem się na ogrodzenie a pies pozostał na dole. Nie spodobało mu się to zbytnio i aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu zaszczekał kilka razy. W tym momencie za płotem od strony rezerwatu coś podniosło się z gęstych traw. W pierwszej chwili zmyliła mnie rudawa barwa futra i pomyślałem, że to lis. Kiedy jednak zwierz odszedł kilka kroków i stanął na niewielkim wyniesieniu okazało się, że to wilk. Drapieżnik oddalał się powoli i bez strachu, co chwila oglądając się to na mnie, to na psa. Agat tylko patrzył z zaciekawieniem, powstrzymując chęć pognania za tym dziwnym stworzeniem. Dobrze, że tym razem był między nimi wysoki płot …


    Agat nie darzy zbytnią sympatią zwierząt kopytnych, szczególnie od czasu, gdy jakiś koń próbował capnąć go zębami za grzbiet. Wyjątek stanowią dziki, które zawsze budzą w moim psie zew myśliwskiej krwi. Którejś jesieni jeden z dzików wychodzących wieczorami na pola przy drodze do Parku Narodowego postanowił spędzać dzień w krzakach tuż na skraju lasu. Pech chciał, że w pobliżu tego miejsca miałem ustawione pułapki na łasice i na ich sprawdzanie często zabierałem psa. Kontrolując kolejną pułapkę usłyszałem nagle nerwowe pochrząkiwanie i z tego samego kierunku dobiegło mnie szczekanie Agata. Byłem przekonany, że pies zwęszył jakiegoś grzybiarza i ten dyskretnie daje mi znać, żebym zabrał swojego podopiecznego. Ruszyłem więc w gąszcz krzewów, kierując się odgłosami. Na małej polance zamiast grzybiarza zobaczyłem dzika, którego Agat przyparł do pnia drzewa. Zobaczywszy mnie zwierz rzucił się do ucieczki, ale pies z zadziwiającą sprawnością osaczył go przy kolejnym drzewie. Z niemałym trudem udało mi się odwołać Agata, który wcale nie miał ochoty zrezygnować z takiej „zdobyczy”. Nie wiedziałem już sam czy cieszyć się z tego, że pies cało wyszedł z tej przygody czy łajać go za głupotę. Od tego czasu starałem się zawsze mieć Agata na oku i nie pozwalam na żadne „skoki w bok”. A dzik wcale nie przejął się tym zdarzeniem i następnego wieczora żerował w tym samym miejscu.
    Podejrzewam, że podobnych spotkań Agat przeżył znacznie więcej, jednak nigdy się o nich nie dowiem. Chociaż może kolejnej wigilijnej nocy zamiast spać zacznie długą opowieść o swoich przygodach …

Tekst i zdjęcia Karol Zub

piątek, 09 grudnia 2011
W pogoni za wielką, szarą sową

Z sów moja rodzina najbardziej kocha puszczyka mszarnego. "Sprawcą" owej naszej wielkiej miłości do tego wspaniałego ptaka jest Adam Wajrak, który swego czasu (już ponad 7 lat temu) napisał wspaniały artykuł "Duch puszczy". Myślę, że artykuł Karola Zuba zbliży nam tą sowę, jak też i pozwoli nam poznać emocje, jakie powstają przy jej spotkaniu:

Przełom lutego i marca w Białowieży zawsze będzie mi się kojarzył z pewnym ptakiem, którego po raz pierwszy widziałem ponad dwadzieścia lat temu. Przeżycie to było tak intensywne, że szczegóły tego zdarzenia pamiętam do dzisiaj. Wiem, że nie dla wszystkich podglądanie ptaków jest równie emocjonujące i na widok facetów biegających z lornetkami po chaszczach większość ludzi puka się w głowę. Niektóre gatunki ptaków są jednak tak wyjątkowe, że budzą zainteresowanie nawet wśród ludzi zupełnie nieznających się na rzeczy. Należy do nich niewątpliwie puszczyk mszarny.

W połowie lat 80-tych zimy bywały znacznie surowsze, ale i piękniejsze niż obecnie. Wraz z kolegami, którzy pasjonowali się ptakami, wykorzystywaliśmy ten okres na poszukiwanie gniazd ptaków drapieżnych. Robiliśmy to pod fachowym okiem Ginenka Pugacewicza, znanego ornitologa z Hajnówki. Właśnie którejś mroźnej soboty umówiliśmy się z nim na wyprawę terenową. Mieliśmy spotkać się w pociągu na stacji Białowieża Towarowa i wspólnie pojechać w okolice Nieznanego Boru. Kiedy przekraczaliśmy most na Narewce nasza uwagę zwrócił spory kształt na jednym z drzew na południowym brzegu rzeki. Odległość była spora i na pierwszy rzut oka wydawało się, że ktoś zawiesił na drzewie wiadro. Tak przynajmniej twierdził mój kolega Robert. Kiedy jednak rzuciłem okiem na to ‘wiadro’ przez lornetkę spojrzała na mnie para żółtych ślepi obramowanych piórami układającymi się w ciemne, koncentryczne pierścienie. Nie mieliśmy wtedy zbyt wielkiego doświadczenia w rozpoznawaniu ptaków, ale wiedzieliśmy, że jest to jedna z rzadkich sów. Pociąg już wjeżdżał na stację, ale ponieważ musiał jeszcze pojechać na stację Białowieża Pałac i wrócić, więc pozostawało nam jeszcze trochę czasu na obserwacje. Kiedy zaczęliśmy podchodzić bliżej sowa zerwała się, przeleciała na drugi brzeg rzeki i siadła w małym zagajniku świerkowym. Niewiele myśląc ruszyliśmy za nią, nie bacząc na to, że zima się już kończyła i lód na rzece był miejscami cienki. Biegłem pierwszy i kiedy już prawie byłem na drugim brzegu, lód się pode mną załamał. Na szczęście wpadła mi tylko jedna noga i rzutem ciała wylądowałem na suchym lądzie. Byłem tak podekscytowany, że nawet nie zdążyłem się przestraszyć. Nie zwracałem też uwagi na wodę chlupoczącą w bucie i sztywniejące na mrozie spodnie. Moi koledzy nie byli już tak odważni i postanowili wrócić do mostu. Przeczesywanie lasu, w którym zniknęła sowa, miało tylko ten skutek, że spłoszyliśmy ją ponownie i wówczas siadła na przydrożnych topolach. Tym razem mogliśmy się jej przyjrzeć lepiej. Ptak był cały szary, z delikatnym strychowaniem na brzuchu i piersi i wzorem ‘w jodełkę’ na grzbiecie. Największe wrażenie robiła jednak ogromna głowa z wyraźną szlarą, czyli piórami ułożonymi koliście wokół oczu. Dopiero po powrocie do internatu i konsultacjach z fachowcami, okazało się, że widzieliśmy puszczyka mszarnego. Niestety tego dnia Gienek nie dotarł na spotkanie i musiał poczekać jeszcze kilka lat na swoją pierwszą obserwację tego gatunku.


www.cezarypioro.pl

Puszczyk mszarny jest mieszkańcem lasów i mokradeł dalekiej północy. Gruba warstwa piór sprawia, że wielkością przypomina największą naszą sowę, puchacza, jednak w rzeczywistości jest od niego znacznie lżejszy. Nic więc dziwnego, że poluje prawie wyłącznie na drobne ssaki, głównie gryzonie i ryjówki. Puszczyk ten ma wyjątkowo dobry słuch i ogromna szlara pomaga mu w namierzaniu zdobyczy nawet pod grubą warstwą śniegu. W warunkach dalekiej północy jest to ważna umiejętność, gdyż pokrywa śniegowa zalega tam przez wiele miesięcy. Najdalej na południe wysuniętym obszarem występowania tego gatunku jest Puszcza Białowieska, a właściwie jej wschodnia część wokół bagien Dzikiego Nikoru. W polskiej części Puszczy nigdy nie stwierdzono lęgów puszczyka mszarnego, a nawet obserwacje pojedynczych ptaków nie są zbyt częste. Nic więc dziwnego, że nasza obserwacja wzbudziła spore emocje. Pomimo intensywnych poszukiwań nie udało się ani nam ani nikomu innemu zobaczyć ‘naszego’ puszczyka ponownie. Po raz kolejny gatunek ten był obserwowany nad Leśną pod koniec lat 80-tych oraz na początku lat 90-tych, ale mi przyszło czekać na kolejne spotkanie prawie dwadzieścia lat.

Któregoś majowego popołudnia w roku 2003 zatelefonował do mnie kolega oprowadzający grupy brytyjskich ornitologów. „Słuchaj – mówi - właśnie obserwujemy przy ścieżce „Żebra Żubra’ puszczyka mszarnego”. Aż podskoczyłem z wrażenia i nie oglądając się na nic chwyciłem lornetkę, wskoczyłem na rower i pognałem na kładkę. Kiedy dotarłem na miejsce sytuacja na szczęście wiele się nie zmieniła, a widok był zaiste jak z lapońskiej tajgi. Wokół rozpościerał się podmokły ols z pojedynczymi świerkami a puszczyk siedział sobie na złamanym pniu olszy. Wzdłuż ścieżki stali ludzie z lunetami i lornetkami, spokojnie obserwując ptaka, który nic sobie nie robił z ich obecności. Mogłem się wreszcie napatrzyć do woli. Stałem tam jeszcze z pół godziny sycąc oczy niezwykłym widokiem i oczywiście postanowiłem wrócić następnego ranka. Wstałem skoro świt, ale pomimo intensywnych poszukiwań nic nie znalazłem. Jak się później okazało w tym czasie ptak zdążył już przenieść się do Parku Narodowego i był widziany niedaleko bramy głównej przez ornitologów z Siedlec. Cóż było robić, kolejnego dnia znów wyruszyłem na poszukiwania w nowym terenie, nie mając jednak wielkich nadziei na powodzenie swojej wyprawy. Idąc po lesie starałem się nasłuchiwać głosów zaniepokojenia kosów i innych ptaków, które zazwyczaj podnoszą alarm na widok każdej sowy. Przeczesałem ogromny szmat lasu, aż wreszcie kiedy wracałem do wyjścia ujrzałem swego kolegę fotografika z aparatem wymierzonym gdzieś w korony drzew. „Jest tam” – powiedział wskazując na mszarnego siedzącego na bocznej gałęzi świerka, kilka metrów nad ziemią.  Podobnie jak poprzednio ptak niewiele sobie robił z naszej obecności, drzemiąc w ciepłych promieniach porannego słonka. Widok był dosyć niezwykły, gdyż tym razem sowa przebywała w bogatym grądzie, środowisku zupełnie jej nieznanym na dalekiej północy. Jak się później okazało ptak zadomowił się w Parku na dobre i był obserwowany jeszcze przez kilka tygodni. Było to o tyle łatwe, że puszczyki mszarne są aktywne przede wszystkim w ciągu dnia. Nie jest to wcale zaskakujące wziąwszy pod uwagę, że latem na północy jest jasno prawie przez całą dobę. Poza tym osobnik ten trzymał się często blisko ścieżek turystycznych i zaczęliśmy podejrzewać, że może ułatwia mu to polowanie, kiedy gryzonie i młode ptaki wypłaszane są z gęstej roślinności przez przechodzących ludzi. Po tym pierwszym spotkaniu widziałem tego puszczyka jeszcze wiele razy, często przez długi czas obserwując go z większej odległości, aby nie przeszkadzać mu w odpoczynku i polowaniu. Za każdym razem było to niezwykłe przeżycie i nie mogę się doczekać, kiedy po raz kolejny puszczyk mszarny zjawi się znów w naszej okolicy.

W okresie pomiędzy tymi dwoma obserwacjami odwiedziłem ogród zoologiczny w Norymberdze. Mieli tam w niewielkiej wolierze kilka puszczyków mszarnych, jednak w niewoli nie robiły już takiego wrażenia. Stałem długo przed klatką i chcąc jakoś ożywić ptaki zacząłem naśladować ich głos godowy. Po kilku przeciągłych ‘huuuu, huuuu’, jeden z ptaków otworzył oczy i zaczął mi nieśmiało odpowiadać. Nie chciałem jednak budzić nadmiernej sensacji wśród zwiedzających i po kilku próbach dałem sobie spokój. Po tej wizycie pozostał mi tylko żal, że inni ludzie widząc te sowy w klatce nie są w stanie docenić ich prawdziwego piękna.

Tekst: Karol Zub


"Brodacz z bagiennego boru" autorstwa Mateusza Matysiaka    www.mateuszmatysiak.pl 

 
1 , 2