| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          
Zakładki:
A teraz:
Alfabetycznie:
Ambasador RP:
Asocjacja Promotorów Radosnego Ptaka
Blogi i strony przyrodnicze
Bocian
Encyklopedycznie
Galerie:
Lecznice:
Moje archiwum 2007 r.
Moje archiwum 2008 r.
Moje archiwum 2009 r.
Moje archiwum 2010 r.
Moje archiwum 2011 r.
Moje archiwum 2012 r.
Moje archiwum 2013 r.
Moje archiwum 2014 r.
Nieopisane ilustracje
Nocleg nad rozlewiskiem
Organizacje ornitologiczne
Organizacje przyrodnicze
Parki Narodowe
Portale:
Ptaki
Ptasioblogi
Strony tematyczne
Zaglądam:
Tagi
Skopiuj CSS
Ptasie sprawy
środa, 06 listopada 2013
Na tropie gajówki

Gajówka, zbyt długo u nas nie bawi. Przylatuje w maju, a odlatuje już we wrześniu. Jako, że najlepiej się czuje w biotopach o luźnym zadrzewieniu, obfitym podszycie i runie, to najprędzej powinniśmy zobaczyć ją w parkach, zagajnikach i lasach liściastych.

Jest ona gatunkiem średnio licznym, miejscami nawet licznym. A jednak z zobaczeniem jej łatwo nie będzie. Otóż nasza bohaterka prowadzi bardzo skryty tryb życia. Przemyka dyskretnie w gąszczach i koronach drzew. Lata szybko i tylko na krótkie dystanse. Samiec śpiewa przemieszczając się w zaroślach.

Gajówka wiedzie też skryty tryb życia w literaturze ornitologicznej. Nie tak łatwo było mi ją odnaleźć w "Ptakach krajowych" Władysława Taczanowskiego. Ptak ten nie występuje tam pod nazwą gajówka, ani pod naukową nazwą Sylvia borni. Odnajdziemy ją tam pod nazwą pokrzewka ogrodowa (Curruca hortensis). Z dawnych jej nazw najbardziej ujęła mnie: pokrzywka figojadka.

Nestor polskiej ornitologii również mówił o trudnościach związanych z obserwacją gajówki: "Ptaszek ten ruchawszy jest jeszcze od innych pokrzewek, momentu spokojnie nie posiedzi na miejscu, lecz nieustannie uwija się po gałęziach krzaków i drzewek na sposób gajówek Phyllopneuste i podobnie jak one, owady głównie zbiera po liściach."

Najszybciej wytropimy gajówkę ucząc się na pamięć ich śpiewu. Zdaje się to potwierdzać Autor poniższego zdjęcia Andrzej Olczyk:

"Unikanie otwartych przestrzeni jest ich strategią przetrwania. Wolą być niewidoczne... mimo to w ciepłe, słoneczne dni lata śpiewają bardzo głośno."

Gajówka, fot. Andrzej Olczyk   aolczyk.pl

05:49, krogulec14 , 1
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 listopada 2013
Szczebiotka

 Pamiętacie "Kevina w Nowym Jorku"? Chodzi mi o tą scenę gdzie bohater filmu obdarowany został przez właściciela sklepu z zabawkami dwoma broszkami z wizerunkami turkawek. Jedną z nich Kevin miał zachować dla siebie, drugą wręczyć osobie, o której nie chciałby nigdy zapomnieć.

Te turkawki nie były przypadkowe. Były one początkowo atrybutem poezji miłosnej Erato. Obecnie są symbolem miłości, bądź przyjaźni. Pomysł ten pochwycili jubilerzy, którzy tworzą broszki, naszyjniki i wisiory z sylwetką tego ptaka.

Znaczenia turkawki u świętego Franciszka przypominać chyba nie muszę. Powiem za to co oznaczała turkawka do niedawna. Otóż pod mianem turkawki kryła się młoda, fajna, ale i gadatliwa dziewczyna.

Ot, taka po prostu szczebiotka...

PS. Jeśli chodzi o postępy w sprawie "Plamki mazurka", to od Michała Kucharskiego, byłego dyrektora w Carta Blanka, otrzymałem mail z załącznikiem. Pozwolę sobie na zaprezentowanie owego maila:

"Panie Marku, 

nie napisałem typowej rekomendacji, bo nie mam ani wiedzy eksperckiej, ani rozpoznawalnego nazwiska; w załączniku przesyłam jednak kilka argumentów przemawiających za publikacją, które mogą okazać się istotne dla potencjalnego wydawcy. Myślę, że w rozmowach warto zwracać uwagę nie tylko na samą zawartość książki, ale także akcentować kwestie związane z handlem i promocją. Trzymam kciuki!"
Po treści załącznika mam większą nadzieję, że znajdę wydawcę.

Turkawka, fot. Tomasz Skorupka   www.tomaszskorupka.pl

08:53, krogulec14 , 1
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 04 listopada 2013
Sokół szlachetny

Sympatykom "Plamki mazurka" nie muszę przypominać, że sokół wędrowny jest najszybszy z wszystkich organizmów na naszej planecie. W zależności od źródeł pikuje z szybkością od 300 do 360 kilometrów na godzinę! Nie muszę mówić, że na swój sposób przypomina feniksa, który po całkowitym zniknięciu się odbudował*

"Sokół ten mieszka w Europie i w Azyi; przez lato trzyma się w górach i okolicach lesistych, na zimę przenosi się w otwarte równiny. Naukowa nazwa nadana mu przez dawnych autorów i w wielu językach żyjących stosowana, niewłaściwie się temu ptakowi dostała, nie może bowiem być uważany za wędrownego w ścisłem znaczeniu będąc po większej części miejscowym, a przynajmniej przebywającym przez cały rok w krajach umiarkowanych; z okolic tylko podbiegunowych, gdzie latem jest bardzo pospolity, na zimę odlatuje, po zatrzymaniu się tylko w okolicach przez czas konieczny do wyprowadzenia potomstwa. Według świadectw zwiedzających te strony naturalistów przybywa tam w Czerwcu, zaraz zaczyna się gnieździć, a we Wrześniu wraz z potomstwem odlatuje. U nas dość rzadki, miejscowy i gnieździ się w wielu okolicach."

Jak widać powyżej nie tylko mnie nie podobają się nazwy niektórych ptaków. Narzekał na nie czasem sam Władysław Taczanowski. I w przypadku sokoła wędrownego pewnie sporo racji miał.

Sokół wędrowny swoje miano zawdzięcza nazwie naukowej (Falco peregrinus). Wspomniany Taczanowski nazwał go krótko: sokołem. Inne nazwy to: sokół dziwok, sokół szlachcic, sokół właściwy, sokół szlachetny.

Nie wiem która z podanych nazw podoba się Wam najbardziej. Bo mnie sokół szlachetny. Bo sokół ten na swój sposób szlachetnym jest. Należy do tej grupy sokołów, które ofiary chwytają w powietrzu. A takie sokoły określano mianem szlachetnych.


Sokół wędrowny, fot Kamil Boberski   www.birdwatching.pl

niedziela, 03 listopada 2013
Markowy kubek

Z wielu powodów dałem taki tytuł.

Jest to kubek markowy, bo Marek Kołodziejczyk, Autor grafik na nim, swoimi grafikami znaczy coś więcej niż marka.

Jest markowy, bo... mnie mocno się podoba.

Jest makowy, bo na pewno spodoba się wielkiemu miłośnikowi sów, Markowi.

Cena kubka wynosi 19,90 zlp + koszty przesyłki. Zamawiać można pod adresem: wolf77@op.pl . Wszystkie szczegóły dotyczące finalizacji transakcji podamy po skontaktowaniu się z nami.

09:31, krogulec14 , 1
Link Komentarze (22) »
piątek, 01 listopada 2013
Ornitologiczna ofiara

 Z kalendarzowych zdjęć w listopadzie będzie spozierać u, mnie między, innymi puszczyk uralski. Jest to niezwykła sowa, którą pięknie sfotografował Marcin Lenart. Oryginalny tytuł zdjęcia brzmiał "W bukowych listkach". Pozwoliłem go sobie wyjątkowo zmienić, gdyż "Ornitologiczna ofiara" pasuje bardzo do poniższego opisu pióra Władysława Taczanowskiego:

"Hr. WODZICKI, znany ornitolog galicyjski, udawszy się w końcu Kwietnia 1851 roku do lasu dla wybrania piskląt tej sowy i pobicia starych, po długiem i nadaremnem oczekiwaniu przyszedł ogrzać się do ogniska, gdyż było dokuczliwie zimno. W tem piesek gajowego pobiegł do tego drzewa, w którego dziuplu były pisklęta i zaczął się do niego dobierać; natychmiast sowa w biały dzień rzuca się na niego jak sokół i porywa w górę na kilkanaście stóp. Obecni na krzyk pieska nadbiegli i krzykiem i strzałem uratowali tę ornitologiczną ofiarę. Skórę psa w miejscu ujęcia na wylot była przedziurawiona, a podniesienie tego kilku-funtowego ciężaru do żadnego wysilenia nie zdawało się ptaka powodować."

Puszczyk uralski fot. Marcin Lenart   www.birdwatching.pl

07:38, krogulec14 , 1
Link Komentarze (8) »
czwartek, 31 października 2013
Historia albinotycznych puszczyków

Czasem chyba bywam... paskudny, a nawet chytry. Niczym ten Rzędzian, co konia dostał, a jeszcze za rządem na niego patrzy. Pocieszam się jednak myślą, że najgorszy może jeszcze nie jestem, bo dla Was to robię. Mailem doktora Kruszewicza o cały tekst poprosiłem, po to by po uzyskaniu zgody zaraz telefonicznie poprosić o zdjęcia bohaterów tej niesamowitej opowieści. Teraz pozostaje mi tylko miłego czytania Wam życzyć:

"W swej 13-letniej historii Ptasi Azyl w warszawskim zoo przyjął ponad 20 tysięcy pacjentów ze 170 gatunków. Losy kilkudziesięciu z nich są dobrze pamiętane przez pracowników a kilkanaście wyjątkowych indywiduów ma życiowe historie krążące wśród współpracowników jako anegdoty. Białe puszczyki są jednymi z nich.

Było to w czasie, gdy na ekranach kin rekordy popularności bił film o przygodach Harrego Pottera, w którym występowała biała sowa dostarczająca przesyłki.  Miejscem rozpoczęcia historii był szpital dla psychicznie i nerwowo chorych w Konstancinie pod Warszawą, gdzie jeden z pensjonariuszy drżącym i niepewnym głosem poskarżył się lekarzowi, że nocą widuje białą sowę…

Co może zrobić lekarz psychiatra gdy mu pacjent zgłasza, że nocą niepokoi go biała sowa? Oczywiście musi dokładnie zbadać pacjenta, zweryfikować leki i ich dawki i zastanowić się: skąd taka halucynacja. Związek z filmową białą sową wydaje się wręcz oczywisty. Niepokój lekarza wzbudził jednak fakt, że po kilku dniach inny pacjent także opowiedział mu o białej sowie. Tego pacjenta także dokładnie zbadano, ale lekarz zainteresował się sprawą przy okazji swojego nocnego dyżuru w szpitalu. Poszedł na wieczorny spacer i… zobaczył białą sowę. Ta zupełnie się go nie bała, tylko z zainteresowaniem oglądała. Bez problemu dała się wziąć w ręce, a że lekarz o Azylu w zoo słyszał, więc rankiem sowę do nas dostarczył. Zdumienie moje było bezgraniczne. Na czystym jak śnieg upierzeniu młodego puszczyka były ledwie widoczne, żółte zarysy normalnie pigmentowanych wzorów. Oczy diabolicznie jaskrawo czerwone.  Wytłumaczyłem lekarzowi, że na wolności taki albinos sobie nie poradzi i że w zoo stworzymy dla niego odpowiednie warunki. Lekarz w zamian opowiedział mi historię o pacjentach i swoje rozterki na temat dawek leków. Wymieniliśmy się numerami telefonów, gdyż lekarz chciał się dowiadywać o dalszych losach znajdy, a ja nie wiedziałem jak pomóc mojej współpracownicy, która wyjadała mi cukier. Miałem nadzieję na poradę w tej sprawie, ale prościej jednak było z cukru zrezygnować.


Po kilku dniach ów lekarz psychiatra zadzwonił do mnie z zapytaniem: czy myśmy mu tę sowę wypuścili do parku? Ależ skąd! Okazało się, że biała sowa ma białe rodzeństwo. Drugi osobnik był równie ufny jak pierwszy i bezstresowo dał się zabrać do zoo. Trzeci podlot był szary, ubarwiony normalnie. Po badaniu DNA okazało się, że oba ptaki to samice. Po wychowaniu połączyliśmy je z normalnie ubarwionymi samcami po drobnych urazach skrzydeł. Geny bielactwa, czyli albinizmu są semiletalne. Oznacza to, że gdy obaj rodzice będą nimi obciążeni, to potomstwo nie przeżyje połączenia ich gamet. By uzyskać albinotyczny przychówek, trzeba białego osobnika skrzyżować z normalnym, a następnie skrzyżować potomstwo z takiego mezaliansu ze sobą. Zgodnie z teorią ¼ potomstwa powinna być wtedy biała. A więc mamy na kilka lat zajęcie z białymi puszczykami. To jednak nie koniec historii!

Po trzech latach w tym samym szpitalu dla psychicznie i nerwowo chorych, do tego samego lekarza (który kilka razy odwiedzał „swoje” puszczyki w zoo) przyszedł pacjent i nieco konfidencjonalnym tonem, cichym głosem oznajmił, że w parku jest biała sowa, którą on regularnie obserwuje. Lekarz, ku zdumieniu pacjenta oznajmił, że to zupełnie normalne i że on też widuje białe sowy. Poszli do parku razem, spotkali białego puszczyka, włożyli go do kartonowego pudła i rano mieliśmy w Azylu kolejnego białego puszczyka. Tym razem samca. Jest teraz połączony z rudą samicą, której po skomplikowanym złamaniu trzeba było amputować kawałek skrzydła.

Białe puszczyki można w naszym zoo zobaczyć. Zamieszkują dwie woliery w Ptaszarni. Jedna z białych samic odeszła jednak z tego świata, gdyż miała wadę budowy jajowodu. Kule żółtkowe zamiast wpadać do jajowodu, gdzie po otoczeniu kolejnymi warstwami stałyby się pełnowartościowym jajem, wpadały do jamy ciała, pomiędzy jelita, gdzie spowodowały ciężki stan zapalny i śmierć samicy. Pozostałe dwa białe osobniki mają się dobrze. Uzyskujemy od nich jaja, które jednak nie rozwijają się. Przyszłość pokaże, czy doczekamy się od nich potomstwa, ale każdego roku nadzieje są coraz mniejsze.


                                  Tekst i zdjęcia     Andrzej G. Kruszewicz  

"Historia białych puszczyków i innych sów" znalazła się w zbiorze opowiadań doktora Andrzeja G. Kruszewicza pod tytułem "Moi skrzydlaci pacjenci".

środa, 30 października 2013
Puszczyk

 Nie może się obyć Ptak Pory Roku bez fragmentu z "Ptaków Polski" doktora Kruszewicza. Tym razem zdecydowałem się na edukacyjny fragment. Plamkowicze już dobrze wiedzą, że nie zabiera się sowom piskląt. Przypominania jednak nigdy nie jest mało:

"Puszczyki osiedlające się w miejskich parkach bardzo często są krzywdzone przez ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że młode sowy wychodzą z gniazd, zanim jeszcze nauczą się latać, i ani z gniazd nie wypadają, anie nie są wyrzucane przez rodziców! Trudno jednak oczekiwać od sowy, by za dnia siedziała przy swoim potomku i przekonywała przechodniów, że to pisklę nie jest porzucone. Dopiero po zmierzchu młode zaczynają nawoływać i dostają pokarm od rodziców. Wiele młodych puszczyków trafia więc  ręce ludzi. Mają szczęście, jeśli zostaną odniesione do ogrodu zoologicznego gdyż mogą wtedy otrzymywać odpowiedni pokarm. Wychowanie młodego puszczyka w taki sposób, by był zdolny do życia na wolności, to jednak trudna sztuka. Corocznie dostajemy młode puszczyki, które ktoś znalazł w miejskim parku lub podmiejskim lesie. Kiedyś dostarczono nam 4-tygodniowego podlota w ostatnim dniu lutego. Biorąc pod uwagę 30-dniowy okres inkubacji jaj, można przypuszczać, że ten młody puszczyk był owocem upojnej sylwestrowej nocy. Wiele par rozpoczyna tokowanie już w bezwietrzne grudniowe noce. W przypadku utraty pierwszego lęgu niektóre pary przystępują do następnych, nawet w kwietniu lub maju."

PS. Poproszę doktora Kruszewicza o pozwolenie zaprezentowania na "Plamce mazurka", tym razem w całości bo inaczej się nie da, Jego "Białych puszczyków". Treść, akcja są wręcz genialne...

Puszczyk, fot. Tomasz Skorupka   www.tomaszskorupka.pl

   Tekst, dr. Andrzej Kruszewicz

wtorek, 29 października 2013
Ekstremalny lot rokitniczki

Rokitniczka nie darmo ma status gatunku dość rzadkiego. W swojej okolicy jej raczej nie widuję. Aby zobaczyć rokitniczkę musiałbym wybrać się do Szamotuł, albo na Stawy w Objezierzu.

Najciekawszą rokitniczkę spotkałem na malutkim krzaku przy Betonce w Słońsku. Gdyby nie śpiewała, to minąłbym ją jak nic. A tak zaintrygowany ciekawym głosem, musiałem ją zobaczyć. Ptak chyba nie był z tego zachwycony, bo machnął skrzydłem i wgramolił się w jeszcze trudniejszy zakamarek krzewu, a ja, nie chcąc go na daremno płoszyć, jak niepyszny odszedłem.

Warunkiem spotkań z rokitniczką było jej środowisko. Lubi ona silnie podmokłe tereny z wysoką i zwartą roślinnością zielną: turzycowiska, brzegi szuwarów.

Literatura mówi, że rokitniczka świetnie łazi po łodygach trzcin, często przelatuje tuż ponad ich wierzchołkami. Lot ma lekko falisty.

Śpiewający samiec siedzi na wierzchołkach trzcin, często podlatuje ku górze i wraca. Samce mają w swoim śpiewie sporo do wyśpiewywania sylab. Jednak, jak to prawdziwych macho przystało, usiłują osiągać maksimum przyjemności za pomocą minimum wysiłku. Jednak zbyt dobrze to na tym nie wychodzą. Samice wybierają partnerów o najbogatszym repertuarze. Jak widać i u rokitniczek lenistwo nie popłaca...

O tym, że jest mało płochliwa, pozwala na obserwację z odległości nawet kilku kroków.

Rokitniczka przed wędrówką podwaja swój ciężar z 10 do 20 gramów. Zanim skończy wędrówkę straci cały jego zapas. Po odpoczynku w południowej Europie, kontynuuje wędrówkę (bez żadnej przerwy!) nad Saharą (4 000 kilometrów!). W trakcie lotu traci cały zapas tłuszczu i wody. U celu podróży znowu waży około 10 gram.


Rokitniczka, fot. Jacek Zięba   www.obrazynatury.art.pl

05:24, krogulec14 , 1
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 28 października 2013
Przeklęte białej czapli pióro

"Konfederatka biała, a na niej pęk gruby
Drogich piórek, były to białych czapel czuby
(Na fest kładnie się tylko kitka tak bogata,
Której każde pióreczko kosztuje dukata)."

Już Adam Mickiewicz w "Panu Tadeuszu" wspomina o zwyczaju noszenia piór z czapli białej. Z tematem lepiej zapoznaje nas w "Ptakach krajowych" Władysław Taczanowski mówiąc:

"Strzępiaste barkówki samców bardzo są poszukiwane na kity ozdobne, które dotąd są na Wschodzie oznaką wysokiego dostojeństwa i wysoko cenione: dawniej bywały i w Europie używane za ozdoby rycerskie i płci pięknej."

Nie wiem czy nasz ornitolog słyszał o strasznej modzie na czapli białej pióra jaka wybuchła na zachodzie. Piękne, długie nawet na pół metra, pióra stały się pożądaną ozdobą damskich kapelusików.

Urodę ptaków szybko przeliczono na pieniądze. Myśliwi i handlarze zauważyli, że warto, więc rozpoczęła się rzeź ptaków. W "dobre lata" zabijano do 200 000 dorosłych osobników. Długie pióra wyrastały ptakom w porze lęgowej, więc liczbę ofiar mody zwiększały padłe z głodu pisklęta.

Amok, jaki ogarnął myśliwską brać, był wielki. Dochodziło do zabójstw pomiędzy rywalizującymi myśliwymi o czaplińce. Posunięto się nawet do podpaleń domów strażnikom rezerwatów próbującym chronić te ptaki.

Toteż pewnie nikomu nie będzie dziwnym fakt, że jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku profesor Sokołowski o czapli białej pisał: "Gatunek południowy, występujący tu i ówdzie nad wodami w Europie południowej a poza tym w cieplejszej strefie Azji, Ameryki w Australii oraz w całej Afryce. W Polsce gnieździł się przed stu laty pod Głogowem; obecnie pojawia się w całym kraju przypadkowo i tylko na przelotach."

 

Pierwszego swojego spotkania z czaplą białą szybko nie zapomnę. Leciała, dość szybko, na końcu rzędu... kormoranów. Nie znałem aktualnego statusu czapli białej i sądziłem, że trafiła mnie się obserwacja arcyrzadkiego ptaka.Dodam, że zaskoczenie potęgował fakt bliskości od siebie. Widziałem ją kilkaset metrów od mojego domu.

Następnie widywałem je w Słońsku, oraz w mickiewiczowskim Objezierzu, oraz znowu u siebie, czyli w Obrzycku. W Słońsku widuje je niemal zawsze i to w dużych stadach. Spotkania w Objezierzu i Obrzycku są znacznie rzadsze, choć nie pozbawione ciekawostek. Nie tak szybko zapomnę sześciu białych czapel koczujących w pobliżu Obrzycka w siarczysty dość styczeń sprzed kilku lat...

 

Jak widać pozostawienie białych czapel pozwoliło om odbudować swoją populację. Ptaki te wróciły z czasem do miejsc, gdzie już bardzo dawno zostały wytępione. Wierzę, że już żadna poroniona moda nie przyczyni się do niszczenia tych (ani żadnych innych) ptaków.


Czapla biała, fot. Cezary Korkosz   www.cezarykorkosz.pl

11:26, krogulec14 , 1
Link Komentarze (4) »
niedziela, 27 października 2013
Orzeł krzykliwy

Uważam, że doktor Kruszewicz w "Ptakach Polski" miał sporo racji z nazwami dla obu orlików. Nazwa orlik, dla dorosłego i wcale niemałego orła, zaszczytną nie jest. Miano "orlik" laikom może się wręcz kojarzyć z... pisklęciem dorosłego orła.

Pewnie dawne nazwy (orzeł czarny, orzeł krzykliwy, orzeł mniejszy, orzeł plamisty) brzmiały znacznie dostojniej. Pomimo to w "Ptakach krajowych" Władysława Taczanowskiego zbyt dobrej opinii to jednak nie miał:

"Na pierwsze wejrzenie łatwo w ni poznać ptaka słabego i nieszlachetnych obyczajów; nogi stosunkowo za długie i szczupłe, pazury słabe i krótkie, głowa za mała, i dziób słabszy niż w innych gatunkach, nie znamionują ani prawdziwej siły innym właściwej, ani też nie nadają mu poważnej orlej postawy; rzeczywiście też zbliża się obyczajami do myszołowów i błotniaków. Żywi się głównie gadami, ssącemi myszowatemi, wielkiemi owadami i zdechłą rybą; być może, że gdzieindziej odważa się na większe i trudniejsze do złowienia zwierzęta, lecz i nas mając dostatek wężów i innych wymienionych istot na nich poprzestaje, i te tylko znajduje się w gardzieli ubitych u nas orlików i na ich gniazdach."

Warto zaznaczyć, że ostatnimi laty orlikom dzieje się w Polsce lepiej (prace KOO przynoszą rezultaty). W latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku szacowano jego populację na około 200 par. Obecnie przyjmuje się, że jest ich u nas ponad 2000. Nie znaczy to, że możemy być zupełnie spokojni o jego los. Przekształcenia w rolnictwie bardzo szybko mogą jego sytuację odmienić i orlik krzykliwy może znowu stać się zagrożonym.


Orlik krzykliwy, fot. Cezary Korkosz   www.cezarykorkosz.pl