| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        
Zakładki:
A teraz:
Alfabetycznie:
Ambasador RP:
Asocjacja Promotorów Radosnego Ptaka
Blogi i strony przyrodnicze
Bocian
Encyklopedycznie
Galerie:
Lecznice:
Moje archiwum 2007 r.
Moje archiwum 2008 r.
Moje archiwum 2009 r.
Moje archiwum 2010 r.
Moje archiwum 2011 r.
Moje archiwum 2012 r.
Moje archiwum 2013 r.
Nieopisane ilustracje
Nocleg nad rozlewiskiem
Organizacje ornitologiczne
Organizacje przyrodnicze
Parki Narodowe
Portale:
Ptaki
Ptasioblogi
Strony tematyczne
Zaglądam:
Tagi
Skopiuj CSS
Ptasie sprawy
wtorek, 09 lipca 2013
Wrona i dzbanek

Na czereśnię zlatują się wrony. No cóż, one też szpakami nie są karmione i wiedzą co w życiu jest smaczne. Pewnie sporo osób nie lubi wron. Czy słusznie? Myślę, że nie. Wrona "jaka jest każdy widzi", ani dobra ani zła, a my chyba, podobnie jak ona, swoje grzeszki mamy. Będziemy się ptaszydłem licytować na to kto gorszy?

W jednym z tekstów Michała Radziszewskiego zapoznałem się z faktem, że wrona potrafi śledzić wiewiórki. Po to tylko aby... okraść rudzielca ze zmagazynowanych orzechów!

Na dziś proponuję Wam bajkę Ezopa o wronie i dzbanku. Myślę, że zachowanie wrony nie zaskoczy nikogo. Natomiast Ezop swoją obserwacją może już nas zaskoczyć i to mocno:

"Wrona latała bezradnie, szukając czegoś do picia. Wiedziała dobrze, że jeśli nie znajdzie wody, zginie z pragnienia.
Usiadła na rozgrzanym kamieniu. "To coś" stało nieopodal na suchym żwirze. Kiedy wrona zobaczyła stary dzbanek na wodę, podeszła do niego zrezygnowana. Zerknęła do środka i co się okazało? Na dnie była woda!
Wrona próbowała wsadzić głowę do dzbanka. Niestety, jej szyja była zbyt krótka, aby dosięgnąć płynu. Wiedziała, że jeśli przechyli dzban, woda wyleje się  i wsiąknie w wysuszony grunt.
Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl. pozbierała kamyki leżące obok i zaczęła jeden po drugim wrzucać do środka. W miarę jak przybywało kamieni, poziom wody podnosił się, aż wreszcie wrona mogła jej dosięgnąć.

Morał: Potrzeba matką wynalazków."

Wrona siwa, fot. Cezary Pióro   www.cezarypioro.pl   tekst bajki Ezopa pochodzi z Domek wnuka

niedziela, 07 lipca 2013
Dzięcioły nad rozlewiskiem

Telewizja Polska kręci od kilku lat serial o rozlewisku, który miał wszelkie podstawy do bycia znakomitym, wszak powstał na podstawie znakomitej książki Małgorzaty Kalicińskiej. Twórcy nudnego serialu poszli jednak w bylejakość i pokazali jak można spieprzyć dobrą książkę, dla marnego serialu.

Jednym z bohaterów jest leśniczy i taki ornitolog amator - Tomasz. Postać ta rozbawiła mnie serdecznie, gdy rozzłościła się na zmotoryzowanych gości gospodarstwa agroturystycznego za spłoszenie... dzięcioła białogłowego! Scenarzyście pewnie pokićkał się ten występujący w Ameryce Północnej dzięcioł z naszymi rodzimymi białogrzbietym i białoszyim.

Ignorancja? Uważam, że tak. No bo jak to jest, że nikomu nie chce się sprawdzić swojej wiedzy w Google, a się improwizuje? Wychodzi na to, że "ciemny lud to weźmie za dobrą monetę" a rozlewisko kręci się dalej.

Z dzięcioła białego, o którym mówi nasz znajomy leśniczy, śmiałem się jeszcze donośniej. Google o takim dzięciole nie słyszały wcale. Ja też, do dzisiaj. Okazuje się, że żyjący w XVIII wieku polski przyrodnik ksiądz Jan Krzysztof Kluk tak nazwał dzięcioła średniego.

Morał? Zanim człowiek zacznie się śmiać z kiepskiego filmu z XXI wieku, warto aby zajrzał do ksiąg liczących kilkaset lat.

PS. A może dziesiąta, czy dwudziesta seria, odcinków serialu powinna mieć tytuł... "Dzięcioły nad rozlewiskiem"? Leśniczy Tomasz mógłby nam wyjaśnić jak to tak naprawdę z tymi dzięciołami nad rozlewiskiem jest ;-)


Dzięcioł biały średni, fot. Marcin Łukawski   www.marcinlukawski.com

09:12, krogulec14 , 1
Link Komentarze (8) »
piątek, 05 lipca 2013
Pośród legend i bajd - lelek zwany kozodojem

 Dzisiaj mamy na Plamce deser, który uszykowała nam Selketowa. Nie ukrywam, że Jej praca o lelku bardzo mnie zaciekawiła i przeczytałem ją jednym tchem. Jestem przekonany, że Wam również się spodoba:

Niezwykle ciekawie brzmiąca nazwa lelek skrywa niepozornego, niewielkiego i bardzo tajemniczego ptaszka owianego licznymi legendami i bajdami. Może dlatego, że tak trudno go dostrzec? Wszak wiedzie nocny tryb życia, a dnie spędza przycupnięty na gałęzi lub na ziemi. Dzięki maskującemu upierzeniu zupełnie niewidoczny dla niewprawnego oka obserwatora. A jak wiadomo, to czego nie widać zbyt dobrze budzi lęk i niepewność. Dlatego też jeszcze nie tak dawno lelek nie cieszył się ani popularnością, ani sympatią, jak większość nocnych stworzeń.
Samo słowo „lelek” pochodzi z czasów wcześniejszych niż starożytna Grecja. Rdzeniem jest „lel”, który możemy znaleźć również w imionach pogańskich bożków czczonych na Łysej Górze, czyli Lelum i Polelum.
„imię Jezusowe oświeci to plemię Lechowe
Wygnawszy z Ładą Lelu Polelu
Zwykłe tu bożki, jeszcze przy chmielu”
W Kazaniach Gdacjuszowych z 1640 roku występuje określenie „lelkować, a kufle wstrząsać”. Istniał też czasownik zwrotny „lelejać się”, co oznaczało kołysać się, chwiać się na boki. Może nazwa ptaka wzięła się od chwiejnego lotu? A może stąd nazwa lelek, ponieważ wierzono, że prowadził pijaków przez bagna na śmierć?
Na pewno nazwa gatunkowa lelka kozodoja czyli Caprimuglus europeus wzięła się z jego, jak wierzono, niecnych zwyczajów. Kiedyś, dawno temu wielu ludzi widywało wieczorami lub wczesnym rankiem lelki krążące nad pastwiskami bydła i kóz. Była to pora udoju, a i panujący półmrok nie ułatwiał dopatrzenia się cóż te dziwne ptaki robią przy zwierzętach gospodarskich. Wyobraźnia ludzka jest niemała, a kiedyś mleko było bardzo drogocenne, więc czegóż mogły chcieć okropne ptaszyska? Odpowiedź była jedna – mleka! Przecież nikt w ciemnościach nie widział chwytanych ciem, ślepaków czy innych owadów. A jeszcze przecież ta wielka paszcza zwana dziobem – idealnie pasująca do strzyków. Stąd przez wieki panowało przekonanie – lelek kozy doi i już. I jakim dobrym wytłumaczeniem się przed gospodarzem z kiepskiego doju, była obecność lelków – potencjalnych złodziei mleka. Wiara w to była tak silna, że w XVIII wieku Karol Linneusz nadał lelkowi łacińską nazwę – caprimuglus co tłumaczy się właśnie jako ‘kozodój’ (capra – koza, mulgere– doić).
Starożytni Grecy, w postaci lelka dopatrywali się boga marzeń sennych – Morfeusza. Dlatego też wierzyli, że ptaki te posiadają zdolność sprowadzania snu.
Natomiast według wierzeń Słowian, ptak ten jako stworzenie nocne był ucieleśnieniem zła, mroku i śmierci. Wierzono, że lelki podobnie jak bociany (w języku ukraińskim to właśnie bocian – Ciconia ciconia – nazywany jest lelkiem), przynosi z Wyraju dusze mające się ponownie wcielić. Był też uważany za zoomorficzne wyobrażenie samych dusz.
Wierzono również, że lelki prowadziły duszę ku Nawiom (duchy śmiertelne), lub prowadziły swym głosem ślepe Nawie, ku duszom. Sam głos lelka napawał lękiem i obawą, ponieważ jeśli ktoś usłyszał terkotanie lelka, wiadomo było, że niedługo umrze.
No cóż, ptak, który w mitologicznych przekazach i wierzeniach pełnił tak niechwalebne misje musiał znaleźć swoje miejsce we współczesnej kulturze. Dlatego motyw lelka spotykamy też w literaturze, jak chociażby w sadze o Wiedźminie A. Sapkowskiego czy w „The Dunwich Horror” H.P. Lovecrafta, kiedy to lelki gromadziły się w pobliżu domu umierającego człowieka, zrównując swój śpiew z oddechem konającego. Jeśli tuż po śmierci człowieka odlatywały, oznaczało to, że nie zdobyły jego duszy, natomiast gdy hałasowały i śpiewały do samego rana – znaczyło, że udało im się ją porwać.
Bibliografia:
Pavel Vasak: Ptaki leśne. Warszawa. 

Klaus Richarz: Ptaki - Przewodnik. Warszawa
 
Andrzej G. Kruszewicz: Ptaki Polski. Encyklopedia ilustrowana.
Stefan Kłosiewicz – „Ptaki święte, przeklęte i inne”

Lelek, fot. Marcin Łukawski   www.marcinlukawski.com

   tekst: Selketowa

Tagi: lelek ptaki
10:10, krogulec14 , 1
Link Komentarze (12) »
środa, 03 lipca 2013
Gil

 Tak powoli doszedłem do końca z prezentowaniem naszych Ptaków Roku w świetle "Kulturalnego atlasu ptaków" Michała Kruszony. Myślę, że zaprezentowane prace pozwoliły nam spojrzeć na dane gatunki z nieco innej strony. Dziś przedstawiam przedostatniego gila. Ostatnim będzie lelek, ukażę go gdy przyjdzie na to czas:

"Paru moich znajomych ma zdecydowanie gila. Wcale nie znaczy to, że hodują ptaki. Po prostu gile zamieszkują w ich głowach. Skądinąd ładne i sympatyczne ptaki wydziobują rozum. Robią to skutecznie, bo owi ludzie nieustannie dają dowody na to, że rozumu im ubywa.

 Są rejony Polski, na szczęście ja w nich nie mieszkam, w których gilem nazywa się wydzielinę wyciekającą z nosa. Obrzydliwe to porównanie jest wyjątkowo niesprawiedliwe dla skrzydlatych gili, należących do najpiękniejszych europejskich ptaków. Jak mniemam, owa niesprawiedliwość wywodzi się od czerwonych, przemarzniętych nosów. Jeszcze nie tak dawno łatwo można było takie nosy dostrzec u ludzi często przebywających na mrozie. Duży, czerwony nos kojarzył się z gilem - korpulentnym czerwonobrzuchym ptakiem, zimującym w sadzie za stodołą.

 Niezmiennie mam przed oczami obraz pary ptaków siedzących na gołej gałęzi, będącej częścią zimowego krajobrazu. To piękna zimowa scenka rodzajowa. On bardziej czerwony, ona raczej brązowawa, często wtuleni w siebie.

 Gile są ptasimi Normanami czy raczej "Norbirdami". Przybywają do nas z pólnocy, z krain mrocznych i mglistych. Dołączają do swoich krewnych znad Wisły i Odry, przekazując im tajemnice północnych kresów Ziemi, są większe i silniejsze od polskich krewniaków. Gil lub giel to w wielu rejonach Słowiańszczyzny dawne określenie sopla lodu.

 W Szwecji gile zamieszkują rozległe lasy, sąsiadując w nich z łosiami. Istnieją dowody, niestety rozproszone i stosunkowo słabo udokumentowane, że gile wiją gniazda w łopatach, jak zwane jest poroże tych potężnych zwierząt. Na starych rycinach, będących rycinami podręczników w zoologii sprzed kilkuset lat, widzimy, wśród jednorożców i syren, potężne łosie, w których porożu często przenoszone są jabłka niby w kozach. Równie często uwite są między łopatami gniazda ptaków o zaokrąglonych brzuszkach. Gile miały korzystać z gościny łosia w zamian za usługę wyciągania z jego skóry kleszczy i innego robactwa, które milionową armią krwiopijców oblega płowe zwierzę żyjące na skandynawskich bagniskach. Potomkowie wikingów wołają na gile: "dompap".

 Z północy, gdzie gile słuchają skandynawskich sag, trafił do naszych lasów kult księżyca. Mieszkańcy lasu podziwiają miesięczne oblicze w jego pełnej kasie co 29 dni. Wiedzą o ty,, polujący w trakcie pełni, myśliwi. Gile zbierają się wówczas na polanach i spoglądają w  mroźną księżycową noc zawsze w stronę tarczy księżyca. Uwielbiają, gdy podczas takich posiedzeń wieje północny wiatr. Podobno wypatrują wówczas dusz zmarłych wędrujących na szlaku wiecznej, kosmicznej reinkarnacji. Na tle księżyca widać je całkiem dobrze. Według kabały teoria reinkarnacji nazywana jest - gilgul neszamot.

 "Wszystko powraca. Wraca do tego, co było. Ten powrót nie jest jałowy. Jest wypełnieniem." - napisał Lawrence Kushner w książce "Miód ze skały - wizje mistyki żydowskiej".

 Ptaki powracają co roku. Wśród innych wracają też gile.

 

 Powyższe stwierdzenia są dla mnie o tyle istotne, że postanowiłem spędzić życie, najpóźniej w kolejnym wcieleniu, u boku znajomej z poznańskiego Rynku. Bywają chwile, kiedy nie mogę się wprost doczekać, kiedy to nastąpi! Nikt nie wie więcej od niej na temat umierania. Rozprawia o tym nawet wiosną, kiedy rozkwitają kaczeńce."

Gil, fot. Marcin Perkowski   www.ptaki.fotolog.pl   tekst Michał Kruszona   "Kulturalny atlas ptaków"

08:59, krogulec14 , 1
Link Komentarze (4) »
wtorek, 02 lipca 2013
2 lipca

W ubiegłym roku przegapiłem rocznicę odejścia Artura Tabora. Nie, nie zapomniałem, ale zwyczajnie przegapiłem. Myślałem, że jest ona trzeciego lipca. A trzeciego, dzwoniąc do Adama Wajraka, zrozumiałem swój błąd.

Inna rzecz, że gdybym nawet pamiętał, to i tak bym nic nie zrobił. Przebywałem wówczas w sanatorium i pilnie ćwiczyłem niezbyt wówczas sprawne ciało. Nie miałem do dyspozycji internetu...

Myślę, że rokrocznie wspomnę Artura pod datą 2 lipca. Uważam, że dopóki o poszczególnych ludziach się mówi, to na swój sposób oni są wśród nas.

Artur będzie wśród nas choćby dlatego, że pozostały po Nim albumy: "Bug - Nadbużańskie Podlasie", "Z Bliska i Z Daleka. Piła i okolice", "Kathmandu - szkice", "Królestwo Dzikich Gęsi", "Bug. Pejzaż nostalgiczny", "Wisła - królowa rzek", oraz, wznowione niedawno, "Sowy Polski".

Pozostały też filmy: "Podlaski Przełom Bugu", "Nadbużański Park Krajobrazowy", "Góry Stołowe", "Dolina Krasnej", "W Obronie Rzeki", "W Krainie Jodły, Buka i Tarpana", "Małopolski Przełom Wisły", "Czerwone Bagno" i "Sowy Polski".

Zimorodek, fot. Artur Tabor   www.arturtabor.pl

08:11, krogulec14 , 1
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 01 lipca 2013
Lipcowa kląskawka

W lipcu z naszych kalendarzy będą na nas spozierać dudek, dzięcioł duży, kląskawka i żółw błotny.

Jako, że każdy miesiąc zaczynam od zdjęć Marcina Lenarta, to przyszedł czas na dość rzadką u nas kląskawkę. Fakt ten pozwoli mi nieco zbliżyć Wam tego ptaka. Kląskawka nielicznie występuje na południu i sporadycznie w centrum kraju. Granice jej występowania przesuwają się powoli ku północy.

Nasza kląskawka zamieszkuje suche łąki i tereny o charakterze ruderalnym, zarastające tarasy podgórskich rzek, stare żwirownie. Nasz ptak jest nieco wścibski. Zwykle przesiaduje na eksponowanych miejscach w pionowej postawie. Często wykonuje ruchy skrzydłami i ogonem, oraz zlatuje na ziemię.

Przyznaję z niemałym rumieńcem na twarzy, że do niedawna nazwa kląskawki mieszała mnie się z... nazwą pokląskwy. Ptaki nieco są zbliżone do siebie, mają podobne upodobania, więc czasami nazwy mnie się plątały.

Kląskawka, fot. Marcin Lenart   www.birdwatching.pl

06:43, krogulec14 , 1
Link Komentarze (10) »
niedziela, 30 czerwca 2013
Szpak

 Następnym ptakiem wydobytym z "Kulturalnego atlasu ptaków" Michała Kruszony jest szpak. Po nim jeszcze zostaną jedynie gil i lelek. Resztę znajdziecie już w książce z której te cytaty wziąłem.

 "Szpak został, być może celowo, przez Stwórcę spaczony. Będąc pośrednim ogniwem między sikorką, z którą ma podobne upodobania do zamieszkiwania w dziupli i w ptasich budkach, a wroną, konkurując z nią na ptasim rynku zaopatrzenia w żywność. Wiosenna ptasia wojna o dziuple sprawia, że są szpaki jednymi z największych agresorów ptasiego świata.

"Szpak - uwielbia czereśnie,

więc wstaje bardzo wcześnie,
chowa się w liściach drzewa

i śpiewa."

 Tak zaczyna się wiersz dla dzieci autorstwa Wandy Chotomskiej. Podobnie uroczych ptasich portretów jest w jej książeczce kilkadziesiąt. Mógłbym je cytować niemal przy każdym gatunku, celowo ograniczyłem się tylko do szpaka. Mam nadzieję zachęcić tym rodziców i dziadków do zapoznania swoich małych pociech z pozostałymi. Z pewnością pokochają ptaki.

 Wracając do szpaczej agresji i wojny o dziuple... Po pierwsze, szpaki wychodzą z niej zwykle zwycięsko, jeśli nie napotkają na swojej drodze dzięcioła, który jednym uderzeniem dzioba rozstrzyga sprawę na swoją korzyść z każdym, nie tylko ze szpakiem. Po drugie, szpacza agresja dotyczy sadów, zwłaszcza czereśniowych. Wielokrotnie oglądałem dywanowy nalot szpaków na starą czereśnię. Czarna sotnia w piętnaście minut rozwiązywała sprawę zbyt długiego zastanawiania się, kto ma oberwać owoce. Przynajmniej przez rok definitywnie nie było o czym mówić. Po trzecie, choć nie wiem, czy to prawda, stada ptaków, liczne jak płatki śniegu, ale w przeciwieństwie do nich czarne, bywały w dziejach naszej planety przyczyną całkowitych zaćmień słońca. Czasem długotrwałych, jeśli zmyślne ptaki, które można nauczyć nawet ludzkiej mowy, starannie zasłaniały słońce od świtu aż do zmierzchu. Tak dzień po dniu, aż zlitowały się nad mieszkańcami Ziemi. Po czwarte, stada szpaków strąciły już niejeden samolot. Zatykane silniki odrzutowych maszyn, zatarte szpaczym puchem zmieszanym w turbinach z mięsem, dzióbkami i nóżkami, czyli masą dla maszyn krytyczną, odmawiały dalszej pracy i gotowa żałoba, dobrze, jeśli nie narodowa. Stąd sokoły, łowcy szpaków, na lotniskach zatrudniane są jako pożądani pracownicy ochrony.

 Ma szpak jeszcze jeden lotniczy epizod. Szpakiem nazywany był pierwszy polski samolot wyprodukowany po drugiej wojnie światowej. Powstał w Lotniczych Zakładach Doświadczalnych w Łodzi, w latach 1947 -1948 służył jako rządowy samolot dyspozycyjny. Czy latał nim Bolesław Bierut? Nie wiem. Wiem natomiast, że obecnie maszynę tę oglądać można w Muzeum Lotnictwa w Krakowie.

 

 Szpaki nie są wcale szpakowate, mają raczej (pewnie od czasu licznych katastrof lotniczych) metalizujący połysk jak limuzyny wyższej klasy, aby można je było łatwiej zobaczyć."

Szpak, fot. Mateusz Matysiak   www.mateuszmatysiak.pl   tekst Michał Kruszona   "Kulturalny atlas ptaków"

08:42, krogulec14 , 1
Link Komentarze (18) »
piątek, 28 czerwca 2013
Caprimulgus europaeus. Lelek.

 Lelka zacznę przedstawiać od "Ptaków krajowych" Władysława Taczanowskiego. Na mnie najmocniejsze, w cytowanym fragmencie, wrażenie uczynił ów przesąd mówiący o prowadzeniu pijanych przez lelka na bagna. Pewnie pijani, po otrzeźwieniu na owych bagnach, szczęśliwi nie byli. Myślę jednak, że w XXI wieku pobytu w izbie wytrzeźwień, też nikt mile nie wspomina ;-)

 "Mieszka w Europie, w Azyi i Afryce; wszędzie przelotny. U nas wszędzie przez lato pospolity, nigdzie jednak obficie się nie znajduje. Przylatuje w początku lub w połowie Kwietnia, wedle tego jak nastaną ciepłe wieczory i poruszą się nocne owady; w połowie Października odlatuje. Zamieszkuje wszystkie lasy i zarośla w miejscach przerzedzonych i zasłanych gałęziami; po czasie lęgowym przenosi się najwięcej do brzegów, polnych zarośli i ogrodów, gdzie samotnie przebywa. Późno wieczorami wylatuje na łowy i ugania się najwięcej za krówkami, chrabąszczami i innemi większemi nocnemi owadami. Siada często po ścieżkach w miejscach, gdzie się krówki gromadzą na odchodach końskich i bydlęcych. Przed człowiekiem ciągle się podrywa i zaraz zapada, co dało powód ludowemu przesądowi, że stara się pijanego zaprowadzić na bagna, aby się utopił. W locie dosyć jest podobny do kukułki. Latając w porze wiosennej często wydaje głuche przytłumione mruczenie naśladujące mruczenie żurawia od studni z daleka słyszane, niekiedy jedna wydaje głosy dziwne o wiele mocniejsze; w innych porach jest milczącym.

 Żyje w ścisłem jednożeństwie. Lęg jego trwa prawie przez cały czas pobytu, od początku bowiem Maja do końca Sierpnia spotyka się świeże zniesienia; dla nocnych jednak obyczajów trudno skontrolować czy się więcej gnieździ nad raz. Gniazda żadnego nie urządza, lecz wprost na nagiej ziemi w lada dołeczku, między wrzosem, suchemi gałęziami, wiórami, kamieniami lub w kolei nieuczęszczanej drożyny, niesie regularnie 2 jaja, które oboje na wymiany wysiadują. Z jaj spędzony tłucze się po ziemi dopóki się nieprzyjaciel nie oddali, poczem zaraz wraca. Gdy go się tak spędzi po parę razy, a szczególniej gdy się jaja poruszy, przenosi je w dzióbie na inne miejsce. Pisklęta są bardzo brzydkie z powodu zupełnej nagości, dużej głowy i paszczy po za oczy otwierającej się. Dorastają na miejscu; niektórzy utrzymują, że je także rodzice w razie potrzeby przenoszą. Pod jesień mocno się wypasa i oblewa białym nie zbyt gęstym tłuszczem, w niektórych okolicach Europy południowej za przysmak jego mięso uchodzi, u nas nikt go nie jada."

  Bardzo podobają mi się dawne nazwy tego ptaka. Kozodóy, Ślepowron, Lelek pospolity, Kozodój lelek czyli europejski i Spioch brzmią dla mojego ucha wprost urzekająco...

Lelek, fot Marcin Łukawski   www.marcinlukawski.com   tekst: Władysław Taczanowski "Ptaki krajowe"

14:32, krogulec14 , 1
Link Komentarze (14) »
środa, 26 czerwca 2013
Żuraw

Ptakiem ubiegłej Wiosny był na Plamce mazurka wybrany przez nas żuraw. W "Kulturalnym atlasie ptaków" Michał Kruszona napisał o nim tak:

"Ten wielki ptak często użycza swojej nazwy. Choćby Żurawskim i żurawinom.

 Żuraw jest symbolem Japonii. Japończycy uważają go zaś za symbol szczęścia. Stał się najpopularniejszym, obok gałązki kwitnącej wiśni, tematem dekoracyjnym sztuki japońskiej. Lecące żurawie stanowią kanon papierowych figurek zwanych origami. Przed blisko trzema wiekami, dokładnie w 1797 roku, opublikowano zbiór pokazujący 49 sposobów, w jaki można złożyć kartkę papieru, aby przypominała ona żurawia. Składanie papieru nie było w Japonii wyłącznie próżnym zajęciem, traktowano je jako rodzaj kontemplacji.

 Najwięcej prawdziwych żurawi przelatuje nad naszymi głowami w październiku. Lecą kluczami z Rosji, ze Skandynawii i wschodniej Europy. Większość z nich spotyka się w Niemczech na polach wielkiego sejmiku, nieopodal miasta Linum. Stamtąd, ponad sto osiemdziesiąt tysięcy ptaków wyrusza na południe Europy, uciekając przed środkowoeuropejską zimą.

 Prawdziwie i na stałe wprowadziły się do kultury lecące żurawie, wcale nie jako nastrojowe ilustracje inspirowane sztuką japońską. "Lecą żurawie" to tytuł filmu, który stał się antywojennym manifestem. Utożsamiały się z nim pokolenia młodych ludzi nie tylko w Związku Socjalistycznym Republik Radzieckich. Film powstał w 1957 roku, wówczas postalinowski komunizm, pozornie oczyszczony stał się atrakcyjny dla pokolenia zachodnioeuropejskich intelektualistów. Siła przyciągania ideologii była - co nam, żyjącym z bagażem historycznych doświadczeń może wydawać się nieprawdopodobne - ogromna. Właśnie wtedy nad Europę nadleciały radzieckie żurawie. W 1958 roku film dostał Złotą Palmę w Canes, a pamiętać trzeba, że były to złote czasy kina europejskiego. Bergman, Fellini, Wajda, a tu nagle Michaił Kałatoziszwili. Nawet ci, którzy doskonale pamiętają ten przejmujący film, mają kłopoty z wymieniem nazwiska jego reżysera. Bohater poszedł na wojnę, kobieta została w domu. Gdy dosięgła go zabłąkana kula, ona, wbrew sobie, oddała się jego bratu. Na usprawiedliwienie kobiety dodam, że w trakcie bombowego nalotu! Wojna się skończyła, ale nie dla niej. Upadek wartości, złamane charaktery, przekreślone życie, takie doznania były w tamtych czasach doświadczeniem wielu młodych ludzi. Europa skacowana była gehenną, która nie miała sensu, chyba tylko taki, że zmienił się bieg historii narodów i państw. Wielu ludzi szukało wtenczas ukojenia w myślach spisanych przez Marksa. Lenina i Mao. Jak się okazało po latach, pozornie kojąca siła ukryta w ich przesłaniu była złudna.

 Tymczasem od setek lat, w Gdańsku, mieście, w którym wybuchła wojna, stoi portowy żuraw. W czasie działań wojennych został on w osiemdziesięciu procentach zniszczony. W średniowieczu był największym dźwigiem portowym w Europie. Pełnił też funkcje bramy portowej i wieży. Oprócz ładowania towarów i balastów na statki, mógł stawiać maszty na żaglowcach. Cztery tony towaru podnosił na wysokość jedenastu metrów. Mieszczanie średniowiecznego Gdańska zwali go "Krantor", na opierzonego żurawia mówili: "Der Kranich".

 Po polsku o żurawiu i czapli napisał bajkę Jan Brzechwa. Bardzo to przygnębiająca historia, choć z pozoru zabawna, niestety bez happy endu; "Żuraw łykał żurawinę, więc miał bardzo kwaśną minę".

 Specyficzną odmianą żurawia jest żuraw stojący przy studni. Niepozorny, drewniany, mimo to rozwinął się na drodze ewolucji w żurawia wieżowego. Wszyscy wiemy o co chodzi - to popularny dźwig, najwyższa maszyna robocza. Może mieć i sto metrów wysokości i nie wiele mniejszy wysięg. Są to maszyny stacjonarne lub przejezdne na szynach. Mają kilka napędów elektrycznych, najbardziej widoczny jest ten regulujący pracę haka. Hak stanowi cudo sztuki odlewniczej, bo musi być niezawodny.


 Żurawie są najpiękniejsze w porannej mgle. Wyglądają wtedy jak ptasie katedry. Tworzą krzykliwą leśną straż, same, aby nie zasnąć w trakcie nocnego czuwania, stoją na jednej nodze, w drugiej, podkurczonej, trzymając kamień.

 

 Czy warto jeszcze pisać o Żurawskim?

Żuraw, fot. Tomasz Skorupka   www.tomaszskorupka.pl   tekst Michał Kruszona   "Kulturalny atlas ptaków"

11:48, krogulec14 , 1
Link Komentarze (16) »
wtorek, 25 czerwca 2013
Wróbel

 Myślę, że następny w kolejce wróbel też Wam się spodoba. Przyznaję, że nie spodziewałbym się tylu odniesień do tego ptaka w religii chrześcijańskiej. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz wróbel mnie zadziwia"

  "Będąc dzieckiem, nie szanowałem wróbli. Były wszędzie, gniazdowały pod rynnami, wpychały się do szop. Zimą wyjadały z karmników jedzenie sypane, nie wiem czemu, z myślą o innych szlachetniejszych gatunkach. Jako dorastający chłopiec traktowałem je jak zwierzynę łowną. Koty często przynosiły w pobliże mojego domu półżywe wróbelki. W przekonaniu o egzystencjalnej marności tego ptaka utwierdzało mnie przysłowie:

 "Lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu".

 Wróbel jest proletariuszem. Egzystuje między ludźmi w dużych skupiskach. Jest uosobieniem tych cech, które wśród nas nie cieszą się popularnością. Taka jest też symboliczna wymowa wróbla. Nawet nie skromność, a wręcz ubóstwo. W Ewangelii św. Mateusza Jezus przemawia słowami:

 "Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię".

 Traktując tekst ewangelii jako źródło historyczne, dowiadujemy się z niego co najmniej dwóch rzeczy. Po pierwsze, wróble były najtańszym ze wszystkich towarów, as był bowiem najmniejszą palestyńską monetą, podobnie jak polski grosz. Po drugie, wiemy, że na targu można było kupić wróble, stanowiły one najtańsze mięsne pożywienie biedoty, z pewnością nie kupowano wróbli w żadnym innym celu jak spożywczy. Czasy, w których Jezus z Nazaretu wędrował po Palestynie, były pod wieloma względami bardzo praktyczne, a o kulinarnych ekstrawagancjach ludu nie mogło być mowy. W czasach nam bliższych ludzie również nie gardzili wróblami na stołach.

 W Starym Testamencie charakterystyczny jest opis oczyszczenia człowieka wyleczonego z trądu. Mowa o tym w Księdze Kapłańskiej. Jednego z dwóch użytych do obrządku wróbli zabijano nad czystą wodą, drugiemu po zanurzeniu go w takiejże wodzie pozwalano odlecieć. Oba ptaki symbolizują podwójną boską i ludzką naturę Mesjasza. Ptak zabity symbolizuje krew przelaną w geście zbawienia, wzlatujący to wiecznie żywe słowo niebieską. Tak została zinterpretowana przez chrześcijańskich teologów starotestamentowa magiczna tradycja.

 Czekałem cierpliwie do tego momentu, aby przywołać obrazy najwspanialszego polskiego malarza ptaków, surrealistycznych przedstawień przyrody i osadzonych w takiej przestrzeni kobiet. Kazimierz Mikulski, jego to mam na myśli, był jednym z najważniejszych mieszkańców Krakowa w XX wieku. Krupa Krakowska, teatr Kantora, scenografie wielu teatralnych przedstawień, Krzysztofory, Piwnica pod Baranami - do wszystkich tych miejsc przypisać można Mikulskiego. Wróble, wśród namalowanych przez niego ptaków, były najpiękniejsze, umieścił je między innymi na płótnie z 1979 roku, zatytułowanym "Jesteśmy tacy wspaniali". Krótko przed śmiercią namalował te ptaki na kolejnym obrazie: "Ptasia okolica przed deszczem". Mikulski większość życia spędził w Krakowie, mimo to przekładał wróble nad gołębie. Szare, proletariackie? Nie. Raczej szare jak dekoracje z Teatru Kantora, jak stroje aktorów we wróblowatych kolorach.

 Jest też Wróbel popularnym nazwiskiem, nie wspominając o zastępach Wróblewskich. Znany polski muzyk i popularyzator jazzu, nie dość, że nazywa się Wróblewski, to jeszcze stosuje przed nazwiskiem przydomek "Ptaszyn". Tym samym odróżniany był od brata, krytyka muzycznego Wróblewskiego "Ibisa".

 

 Najważniejszy jest jednak klasowy charakter wróbla. Jako proletariusz przez ptasia policję jest uważany za wichrzyciela i rewolucjonistę i z tego powodu bywa bezwzględnie tępiony."

Wróbel, fot. Mateusz Matysiak   www.mateuszmatysiak.pl