| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
A teraz:
Alfabetycznie:
Ambasador RP:
Asocjacja Promotorów Radosnego Ptaka
Blogi i strony przyrodnicze
Bocian
Encyklopedycznie
Galerie:
Lecznice:
Moje archiwum 2007 r.
Moje archiwum 2008 r.
Moje archiwum 2009 r.
Moje archiwum 2010 r.
Moje archiwum 2011 r.
Moje archiwum 2012 r.
Moje archiwum 2013 r.
Moje archiwum 2014 r.
Nieopisane ilustracje
Nocleg nad rozlewiskiem
Organizacje ornitologiczne
Organizacje przyrodnicze
Parki Narodowe
Portale:
Ptaki
Ptasioblogi
Strony tematyczne
Zaglądam:
Tagi
Skopiuj CSS
Ptasie sprawy
sobota, 26 października 2013
Wołowniczek, czyli o nazwie dla pewnej pliszki

Pliszka górska, jak na porządną pliszkę przystało, swoim ogonkiem kiwa. Wszak nie darmo mówimy: "każda pliszka górska swój ogonek chwali". Górska, jak nieraz widziałem, z tego się nie wyłamuje.

Nazwy ptaków czasem nie do końca bywają trafne. Przekonałem się o tym dość boleśnie pytając swoją kilkuletnią wówczas bratanicę o bociana białego. To, że był bocian nie było dwóch zdań. Wątpliwości zaczęły się gdy zapytałem jaki on jest, sugerując kolor. "Pstry!" - odpowiedziało radośnie dziewczę i na tym dyskusja się skończyła. Co by nie mówić bratanica miała rację; bocian biały faktycznie jest pstry. Czarny zresztą też.

Pliszka górska nie jest specjalnie taka bardzo górska. W moim Obrzycku, na czterokilometrowym odcinku Samy naliczyłem trzy stanowiska tych pięknych ptaków. Moja siostra mieszkająca na północy Wielkopolski ma tą pliszkę niemal po sąsiedzku. 100 metrów od jej domu płynie Debrzynka i nad tą rzeczką spotyka często te ptaki.

Skoro zatem nie górka, to może... rzeczna? Wszak warunkiem jej występowania są czyste i bieżące wody.

Albo wolarka, bądź też wołowniczek? Jakkolwiek może te starodawne nazwy pozbawione są urody, ale geograficznego nie wprowadzałyby zamętu. Od mojego Obrzyca do Karpat czy Sudetów jest naprawdę daleko.


Pliszka górska, fot. Cezary Pióro   www.cezarypioro.pl

11:55, krogulec14 , 1
Link Komentarze (10) »
piątek, 25 października 2013
Ptak ze "Stawki większej niż życie"

Jeśli ktoś chce wysłuchać  oryginalną wielce pieśń dzisiejszego bohatera, to zapraszam na... 17 odcinek "Stawki większej niż życie". W "Spotkaniu" część akcji dzieje się w pobliżu przystani. W pobliskich trzcinach śpiewa (ale miłośnicy "Plamki mazurka" wiedzą już doskonale, że "śpiewać każdy może/ trochę lepiej, lub trochę gorzej/ ale nie o to chodzi/ jak co komu wychodzi"), albo jak kto się uprze to kracze, pewien ptaszek.

Ptak ten miał szczęście u dwóch ptasio-wieszczów. Najpierw w "Ptakach ziem polskich" u Jana Sokołowskiego. Później w "Ptakach Polski" u Andrzeja Kruszewicza.

"Acrocephalus arundinaceus" czyli ostrogłowy mieszkaniec trzcin, w tłumaczeniu ze wspomnianego dzieła doktora Kruszewicza, jest u nas na ogół ptakiem niezbyt licznym. Czasami, w sprzyjających warunkach, bywa jednak dość licznym. Trzciniaka, bo o nim tu mowa, najszybciej spotkamy na różnego rodzaju trzcinowiskach. Ptak zwykle przesiaduje na łodygach trzcin, chętnie po nich się wspina i skacze. Czasami też przesiaduje na pobliskich trzcinowiskom drzewach. Możemy też go dostrzec przelatującego tuż nad wierzchołkami trzcin. Ma ten plus, że śpiewa jeszcze w początkach wakacji.

Trzciniak zwykle niewiele sobie robi z mojej obecności i śpiewa swoją słynną pieśń

ryba ryba ryba,
rak rak rak,
świerzbi świerzbi świerzbi,
drap drap drap,
stary stary stary,
kit kit kit.


Trzciniak, fot. Marcin Łukawski   www.marcinlukawski.com  

05:30, krogulec14 , 1
Link Komentarze (10) »
czwartek, 24 października 2013
Miałem kubek

Fakt posiadania czegoś bywa niezwykle ulotnym. Bardzo ulotnym.

O pięknym kubku z widniejącymi na nim drapieżnikami opowiadałem w końcu sierpnia. Zrobiłem to zupełnie bezinteresownie i przede wszystkim z myślą o Was. Spodoba się komuś, nabędzie dzięki mojej informacji, będzie fajnie.

Jakiś czas później otrzymałem podziękowanie od osoby która w tych kubkach się zaangażowała. To było miłe, choć naprawdę zrobiłem to z myślą o sympatykach bloga. Jako, że imię i nazwisko Przemka Kumorka gdzieś mi migało przy różnych przyrodniczych sprawach, to postanowiłem zaprosić Go do znajomych w Facebooku.

Po jakimś czasie Przemek poprosił mnie o adres...

A w poniedziałek syn zadzwonił do mnie z informacją, że przyszła do mnie paczka. Zaintrygowany poprosiłem aby otworzył. Wewnątrz pudełka był... kubek!

Po kilku godzinach zadzwoniła Piórko. Niby mimochodem wspomniała o kubku. Znam żonę ponad ćwierć wieku (choć staż mamy tylko 24-letni) i wyczułem, że ten kubek bardzo Jej się spodobał. Po prostu.

Nie oglądając kubka, zupełnie w ciemno, ofiarowałem Piórko kubek. Przyznaję, że po powrocie do domu niemal nie poznałem żony. Zwykle bardzo opanowana, powściągliwa, a tu... niemal wulkan humoru i radości.

Zaczarowany ten kubek, czy co? Żona mówi, że kawa smakuje z niego nadzwyczajnie...

Kubka już nie ma w domu. Pojechał z Piórko do Jej pracy.

PS. Poprzedni post był zupełnie bezinteresowny. Podobnie jak ten. Tyle, że tu jest też podziękowanie dla Przemka, za radość, jaką swoim pomysłem, sprawił w naszym domu.

Jeśli ktoś chce taki kubek, to przypomnę: cena 19.90 + koszty przesyłki.

Jak co, to ja już przy Piórko napisałem: Drogi i Kochany Gwiazdorze (bo tacy u nas świąteczne prezenty rozdają), bez kubka nie waż się wchodzić do domu. Bo inaczej to Zośką i Pchełką Cię poszczuję.

10:47, krogulec14 , 1
Link Komentarze (10) »
środa, 23 października 2013
Koszmar z Wajrakowego podwórka I

Dziś mamy perełkę dziennikarstwa przyrodniczego Adama Wajraka "Koszmar z Wajrakowego podwórka" jest doskonały. Niewątpliwie jest ozdobą Jesieni Puszczyka.

Chcąc ułatwić Wam czytanie poszczególnych część, podpowiadam: kierujemy się cyframi w tytule.

I jeszcze jedno, skoro już o Adamie mowa: dostałem od Niego tekst na okładkę. Tekst jest super, bardzo mnie się spodobał.

Mamy problem. Nieduży, bo waży z pół kilograma. Porośnięty jest szarymi piórami i ma wielkie czarne oczy. Nazywa się Pelusa i jest puszczykiem. Koło naszego domu pojawia się, gdy zapada zmierzch. Trochę się podrze, potem leci do budki lęgowej, którą kiedyś zamontowałem dla sów płomykówek na szczycie stodoły. Cicho z niej gulgocze, żeby dać znać, że znalazł mieszkanie i jest gotów założyć rodzinę. To jak najbardziej normalne zachowania puszczyka o tej porze roku.

W czym więc problem?

W tym, że Pelusa prześladuje wszystkie czworonogi. Gdy tylko widzi psa lub kota, nadlatuje cichym sowim lotem i bach pazurami. Nasze psy Antonia, Misio i Trapo, gdy na zewnątrz robi się szarówka, za nic na świecie nie wyściubią nosa z domu. Nie pomaga krzyk ani błaganie z kiełbasą w ręku. Boją się Pelusy, panicznie, niczym ducha. I zamiast, jak przystało na porządne psy, wieczorem wysiusiać się na zewnątrz, robią to w naszej sieni. Mamy więc zasiusiany dom i trzy zestresowane psy, które jeszcze kilka miesięcy temu nie bały się niczego.

Ale żeby to wszystko wyjaśnić, trzeba się cofnąć do wiosny, bo co roku wiosną ogłaszam w "Gazecie": Kochani czytelnicy, nie zbierajcie małych sów.

Złodzieje dzieci

Małe sowy budzą nasze opiekuńcze instynkty, bo przypominają puchate maskotki, no i mają cudowne duże oczy. Ale sierotami nie są. Małe puszczyki wyłażą z gniazd, jeszcze zanim nauczą się latać. Gdzieś w pobliżu są zawsze ich rodzice, a one siedzą sobie na gałęzi, bo taka jest ich natura. I tam są karmione przez rodziców. To znacznie bezpieczniejsze niż siedzenie w dziupli, gdzie może wleźć na przykład kuna. A tak, po pierwsze, młode są w rozproszeniu, i drapieżnik dopadnie najwyżej jednego, a po drugie, gdy taki maluch siedzi w gęstwinie na cienkiej gałązce, nawet kunie trudno go dopaść.

Czasami się zdarza, że mały usadawia się bardzo nisko. Dwa lata temu dostałem wiadomość, że przy szlaku Królewskich Dębów, jednym z najbardziej uczęszczanych w Puszczy Białowieskiej, siedzi mały puszczyk. - Proszę go ratować - nalegał głos w słuchawce.

- Ale przed czym?

- No lisami, kunami i złymi ludźmi.

Wsiadłem na rower i pojechałem. Rzeczywiście, na barierce na wysokości metra siedział młody puszczyk. Gdy obok przechodzili turyści, otwierał oczy i kłapał dziobem, bo to taka puszczykowa strategia odstraszania agresora.

Nadszedł zmierzch, młody opuścił barierkę, przelazł na krzak, a potem na drzewo. Wędrował wyżej i wyżej. A gdy zapadły ciemności, z koron dały się słyszeć syczące głosy, co niewątpliwie oznaczało, że dorosłe ptaki właśnie karmią pociechę. A więc gdybym go zabrał, zachowałbym się jak porywacz dzieci.

Nie wszyscy jednak to rozumieją.

- Co roku to samo: mam na wychowaniu kilkanaście puszczyków i drugie tyle sów uszatych, bo ludzie je zbierają i znoszą do nas - narzeka dr Andrzej Kruszewicz z Ptasiego Azylu w warszawskim zoo.

Prawdziwa sierota

Nic więc dziwnego, że gdy w pierwszych dniach maja zadzwonił telefon i kolejny głos w słuchawce powiedział, że trzeba ratować puszczyka sierotę, odpowiedziałem: - A jest pani pewna, że to sierota?

- Sierota na sto procent. Siedział na górze węgla w kotłowni i piszczał.

- To trzeba go wynieść na zewnątrz. Przylecą rodzice i przekona się pani, że to nie sierota.

Następnego dnia rano znowu telefon.

- Posadziliśmy go na karmniku przed domem. Piszczał biedak całą noc.

- I nic nie przyleciało?

- Nie. Całą noc obserwowaliśmy go z okna.

Dziwne W 99proc. wypadków taki zostawiony w spokoju młody puszczyk wraca pod opiekę rodziców. Ale ten należał do tego 1 proc. pechowców.

- Niech go państwo przywiozą - poddałem się choć niechętnie. Branie sobie na głowę puszczyka nie jest najlepszym pomysłem. Nie chodziło o kłopoty z wychowaniem - te akurat sowy są mało wymagające. Chodzi raczej o to, co z takim ptakiem zrobić, jak podrośnie. Puszczyki bywają bardzo agresywne wobec intruzów pojawiających się na ich terytoriach, próbują ich odpędzać za pomocą głosu, a jak nie, to pazurów. Takiego wychowanego przez człowieka, niedoświadczonego w kontaktach ze swymi pobratymcami ptaka inne puszczyki mogą po prostu zabić.

Ale co zrobić skoro to sierota?

Następnego dnia zawitał do mnie doktor Kazimierz Dłużniewski z ośrodka zdrowia w Kalinówce Kościelnej wraz z żoną. To właśnie pani doktorowa dzwoniła. Wręczyli mi pudełko, a gdy je otworzyłem, ze środka spojrzała na mnie para czarnych ślepiów otoczonych szarym puchem. Dla maleństwa miałem już przygotowanego rozmrożonego jednodniowego kurczaka, którego nóżkę puszczyk od razu pochłonął.

Mały, którego Nuria nazwała Pelusa - po hiszpańsku puszek - zamieszkał na werandzie, w klatce służącej do transportu zwierzaków. Uznałem, że tak będzie najlepiej, bo klatka przypomina dziuplę, a Pelusa będzie pod ręką. Nie chcieliśmy, żeby pisklak przestawił się na dzienny tryb życia, co zdarza się nawet najbardziej nocnym sowom hodowanym w niewoli. Karmiliśmy więc Pelusę w nocy. Puszczykowi chyba jednak klatka nie przypadła do gustu. Po dwóch dniach, gdy nieco odzyskał siły, zaczął trzepać skrzydełkami, co było znakiem, że za nic nie chce siedzieć w tej niby-dziupli. Chciał na gałąź!

Przygotowałem Pelusie piękne pomieszczenie w chlewie, gdzie wcześniej mieszkały kuny. Tam się uspokoił, bo po pierwsze, miał gałązki, po których mógł się wspinać, a po drugie, co prawda przez siatkę, ale mógł sobie patrzeć na świat. A to ważne, bo jak się jakiegoś ptaka chce wypuścić na wolność, musi się wcześniej przyjrzeć okolicy.

Ostatnie jajo

Pelusa pochłaniał kurczaki w kawałkach i rósł w oczach. Jak tylko spóźniałem się z wieczornym karmieniem, mogłem być pewny, że usiądzie przy siatce i będzie piszczał tak długo, aż przyjdę. Sielanka trwała tydzień. Pewnego wieczoru Pelusa nie siedział jak zwykle przy siatce i nie piszczał. Znalazłem go wtulonego w kąt i trzęsącego się jak galareta.

- No to po ptaku - pomyślałem i zrobiło mi się naprawdę przykro. Może jednak tak musiało być? Być może był najmniejszym i najsłabszym z puszczykowego rodzeństwa?

Puszczyki mogą składać do sześciu jaj, zwykle trzy-cztery. Samica zaczyna wysiadywać między zniesieniem pierwszego a drugiego jaja. Ponieważ wysiaduje niemal od początku, a jaja znosi co dwa dni, młode, które wykluwa się z pierwszego jaja, jest największe, a kolejne są mniejsze i mniejsze. To, które wykluwa się ostatnie, jest na ogół skazane na śmierć. Albo zjada je rodzeństwo, albo samo umiera z głodu, bo nie może dopchać się do pokarmu.

Rodzeństwo nie zjadło i nie zagłodziło Pelusy na śmierć, ale może dało mu się na tyle we znaki, że zrobił się z niego mały, chorowity ptaszek. Być może właśnie dlatego doktor Dłużniewski nie znalazł puszczykowej rodziny w okolicy. Po prostu odleciała, zostawiając na pastwę losu tego ofermę, co jeszcze nie latał.

Postanowiliśmy z Nurią jednak walczyć o naszego puszczyka. Przede wszystkim pojenie wodą z odrobiną glukozy. To na wzmocnienie i nawodnienie organizmu. Potem na siłę karmienie kawałeczkami myszek z kropelką antybiotyku, żeby się nie wdała jakaś infekcja. No i trzymanie kciuków.

Po tygodniu Pelusa zaczął jeść sam. Odetchnęliśmy z ulgą.


Tekst i fotografia: Adam Wajrak

Koszmar z Wajrakowego podwórka II
Sądzę, że zaczęty artykuł "Koszmar z Wajrakowego podwórka" spodobał się Wam. Sądzę, że nie ma co robić jakichkolwiek przerw, tylko publikować go od razu:

"Maks ślepy na sowy

Siatka w pomieszczeniu Pelusy powoli oblepiała się pisklęcym puchem, który wyłaził z niego pęczkami. Lotki, czyli pióra skrzydeł, i sterówki, czyli pióra ogona, robiły się coraz dłuższe i dłuższe. Pelusa już nie przeskakiwał z gałązki na gałązkę, tylko przelatywał z jednego końca woliery na drugi. I nie chciał by karmiono go do dzioba. Sowy mają takie śmieszne włoski wokół dzioba i jak się tych włosków u malucha dotknie, to on wie, że ma chwytać kąsek przyniesiony przez rodziców. Włosków już nie było co drażnić. Myszkę trzeba było zostawić na gałęzi, a Peluna ją sobie magazynował w rogu pomieszczenia, a potem zjadał, kiedy chciał.

Nuria zauważyła, że Pelusa robi się coraz bardziej nerwowy i, zamiast jeść myszki, wygląda i wygląda, co tam się dzieje na świecie. Niedługo trzeba więc go wypuścić. Wiedziałem, że to nie będzie łatwe. Ptaki wychowane w nawet największej wolierze mają kłopot z pierwszym lotem na wolności. Nagle okazuje się, że świat nie jest sześcianem i można polecieć tu i tam, usiąść na tej lub innej gałęzi. A takie gałęzie i gałązki - ileż to nowych wyzwań? Mają liście. Jedne są mniej, inne bardziej śliskie, jedne wyginają się mniej, a inne bardzie. Z powodu tej kompletnej nieznajomości świata zewnętrznego taki ptaszek może wpaść w poważne kłopoty.

Był jeszcze jeden problem: Pelusa nie umiał polować. Musiałem więc go nauczyć przed odlotem, że jest coś takiego jak żywa mysz, która na dodatek nie jest biała jak myszy laboratoryjne, które zamrożone sprowadziliśmy z Warszawy. Dzień po dniu wpuszczałem więc do woliery biedne, żywe myszki. Ale tylko jedna z nich została pożarta po ataku z powietrza. Pozostałe Pelusa próbował upolować na piechotę, co skończyło się tym, że gryzonie zwiały przez szpary.

Kiedy żywe myszki się skończyły, nie było na co czekać. Pewnego wieczoru otworzyłem drzwiczki i stanąłem obok nich. Pelusa jakby na to czekał. Hop i jest już na progu. Ruch skrzydeł i ląduje na pieńku przed chlewikiem. Po chwili zagadka: dlaczego Pelusa leci w stronę, której nigdy przez siatkę nie oglądał? Nie wiedział biedak, że lądując w ogrodzie Marka Zaborowskiego, naraża się na kły Maksa - młodego owczarka niemieckiego. Jak wiadomo, owczarki niemieckie strasznie lubią się bawić, a szara, miękka kulka z wielkimi ślepiami doskonale do tego się nadaje. Na dodatek Pelusa, zamiast w tak poważnej sytuacji zamknąć dziób i udawać, że go nie ma, wydzierał się wniebogłosy. Maks to usłyszał, a mnie zlał zimny pot.

- Maks, chodź tu. Dobry pies - odciągałem owczarka, a im bardziej go odciągałem, tym bardziej Pelusa się darł, bo słyszał mój głos. Maks dzięki temu  coraz wyraźniej słyszał, że w trawie coś piszczy. Kółko się zamyka.

Dziwne tylko było jedno: Maks podbiegał w stronę Pelusy, był bliżej i bliżej, a potem wracał. I tak bez końca. Jakby wogóle sowy nie widział.

Nie było wyjścia, pognałem do Marka. Marek zamknął Maksa, a ja przeskoczyłem przez płot. No i kiedy już się zbliżałem do Pelusy, ten zerwał się do lotu i jak gdyby nigdy nic przeleciał na tę stronę chlewika, którą oglądał przez całe dzieciństwo.

Z każdą godziną nieporadny z początku lot stawał się coraz pewniejszy. Ale to nie koniec problemów pierwszej nocy na wolności. No bo jak teraz karmić Pelusę? Rodzice przylatują do młodych z pokarmem, czasami młody podleci kawałek do rodzica, a ja co? Przecież nie polecę na czubek drzewa lub dach stodoły. Ganianie za ptakiem z drabiną to pomysł raczej idiotyczny.

Trzeba było nauczyć naszego puszczyka miejsca, w którym podajemy mu jedzenie. Pierwszy wybór padł na słupek od płotu. Wysoki i śliski, kot myszy nie podprowadzi. Pelusie, który jeszcze nic nie jadł, zlokalizowanie myszy zajęło pół godzinki. Pierwszą porwał znakomicie. Ale drugą strącił.Spadła w trawę i stała się dla niego niewidoczna.

- Nie, słupek się nie nadaje - orzekliśmy.

Platforma na myszki

Kolejny dzień spędziłem na wymyślaniu, jak tu stworzyć puszczykowi stałą stołówkę. Głowiłem się i głowiłem, a tymczasem Pelusa siedział sobie na grabie przed domem. Chyba był wygłodniały, po pierwszej nocy na wolności, bo choć dzień był w pełni, popiskiwał i złaził coraz niżej i niżej. W końcu znalazł się na najniższej gałęzi, a po sekundzie napuszony wylądował przed nosem naszego cocker-spaniela Trapa. Na szczęście Trapo na chwilę zgłupiał, a ja zdążyłem chwycić Pelusę i zanieść do klatki. Nawet mi do głowy nie przyszło, że to lądowanie przed psim nosem jest zapowiedzią poważnych kłopotów. Tym bardziej, że właśnie znalazłem rozwiązanie problemu puszczykowej stołówki - będzie nią sztuczne gniazdo w którym niemal co roku wychowujemy młode boćki. Oczywiście nasze gniazdo w niczym nie przypomina normalnego bocianiego gniazda: nie jest okrągłe, tylko kwadratowe i zbite z desek, a nie ułożone z gałązek. Poza tym nie stoi na dachu, tylko na trzech palach o wysokości około dwóch metrów.

Kiedy więc pod wieczór wypuściłem puszczyka, pierwszym zadaniem było pokazanie mu, gdzie od teraz będą myszki. No i bardzo szybko się udało. Chwycił i poleciał konsumować do sadu. Tam go wszystko fascynowało. Po zjedzeniu myszki Pelusa próbował zjeść liść, a potem jakiś kawałek kory. Potem atak na chrabąszcza i zdziwienie, że nie ma nic w łapie. A potem krótka pogoń za nietoperzem zakończona oczywiście niepowodzeniem.

- Ucz, się, ucz, to wszystko ci się przyda - życzyłem w myślach. Sądziłem, że z puszczykiem będzie dokładnie tak samo jak z sowami uszatymi, które wypuściłem kilka lat temu. Będzie się sam uczyć, na co można zapolować, a na co nie. A potem będzie przylatywał rzadziej i rzadziej, aż w końcu zniknie.

Antonia dostaje lanie, a Marek prawie ma zawał

Minęło kilka kolejnych dnia, a raczej nocy na wolności. Za dnia Pelusa spał sobie na lipie i jak przystało na sowę prawie się nie ruszał. No, nie do końca, bo nad ranem siedział wysoko, a potem powoli schodził. To schodzenie odbywało się po skosie, tak by słońce było zawsze po przeciwnej stronie pnia. Pelusa po prostu chował się przed upałem.

Ale nie o tym chcę pisać. Jednak za nim przejdę do sedna, muszę wspomnieć o naszych psach. Otóż mamy cocker-spaniela Trapa, o którym chciałoby się powiedzieć "siła spokoju". Potrafi znosić miesiącami zaczepki ze strony dwóch pozostałych psów. Ale jak w końcu zbierze się w nim złość, to jest tak szybki i waleczny, że potrafi spuścić manto nawet Antoni, większej od niego trzy razy.

Antonina to wiejski kundel przypominający z wyglądu krótkowłosego owczarka szkockiego. Nienawidzi zwierząt, zaakceptowała tylko wydrę Julka, którą kiedyś wychowywała. Wobec niej była mniej szorstka niż wobec własnych szczeniąt. Próbowała nawet pogonić wilki i żubry, co oczywiście skończyłoby się dla niej fatalnie, gdyby nie była na smyczy.

Antonina trzyma sztamę z Misiem-Joe przeciwko Trapowi. Misio-Joe jest wiekowym kundelkiem, zupełnie stukniętym. Poza Antonią nie toleruje innych psów. Nienawidzi, gdy go dotykają, zresztą od Antonii też się odwraca ze wstrętem. Misio uwielbia zaczepiać wszystkie psy, szczególnie gdy Antonia jest obok, a jak się zdenerwuje tym zaczepianiem, to atakuje własny ogon.

W naszym domu to psy rządzą, włażą nam na głowę, na kanapę i do łóżka. Nikt z domowników ludzkich i zwierzęcych naszych psów nie jest w stanie poustawiać. A raczej nie był w stanie.

Duch atakuje

Tamtego dnia Pelusa był jakiś podenerwowany i tak sobie gulogocząco popiskiwał. Najpierw wleciał do psiej budy, z której psy nie korzystają, bo wolą kanapę. Upolował w niej trochę słomy. Z tą zdobyczą wyleciał na zewnątrz, ale ponieważ okazała się niejadalna, wleciał znów i upolował jakąś inną słomę, którą również porzucił. Gdy tak nie mógł się zdecydować, co dalej ze słomą, z domu wyszły psy. Puszczyk je zobaczył, wleciał na szczyt budy i dźwięcznie zagulgotał. I zaatakował.

Na Trapa runął niczym Błyskawica. Uderzył pazurami, a biedny Trapo od razu schował się za Nurię. Po ataku ptak znowu usiadł na budzie. A potem zatoczył w powietrzu koło i trzepnął pazurami Antonię w zadek. Ta się odwróciła, ale nie zobaczyła nikogo. Tymczasem puszczyk zataczał następne koło i znów bach pazurami. I znowu, i znowu.

- Rany, o co mu chodzi - pomyślałem - psy nie odpowiadają gabarytami ofiarom puszczyka. Zataczaliśmy się z Nurią ze śmiechu, ale Antonii nie było wcale do żartów. Podkuliła ogon pod siebie i czmychnęła do domu. A Trapo za nią.

Jednak to nie był koniec przygód. Pelusa gdzieś zniknął, a po chwili zadzwonił Marek Poleszuk, czyli Prezes:- Twoja sowa mnie omal o zawał nie przyprawiła.

Noc była upalna i Marek otworzył okno w sypialni. Leżał z zamkniętymi oczami i próbował zasnąć. Nagle poczuł, że coś jest nie w porządku. Otworzył oczy i zbaraniał, bo okazało się, że jest twarzą w twarz z dziwnym stworem o czarnych ślipiach. Nie wiedział czy to koszmarny sen, czy jawa. To oczywiście Pelusa wleciał do sypialni Marka, żeby mu się przyjrzeć."


Tekst i fotografia: Adam Wajrak

Koszmar z Wajrakowego podwórka III

Niestety, ale wszystko co ładne ma swój rychły koniec. To już ostatnia część artykułu Adama Wajraka mówiącego o niezwykłym puszczyku:

"Znajduję piórko i się załamuję

Marka Pelusa już nie prześladował, za to nasze psy miały poważny kłopot. Skończyło się wychodzenie wieczorem na podwórka, bo natychmiast pojawiał się puszczyk. Kilka razy tylko Misio próbował obszczekać sowę, ale Misio to wariat. Trapo i Antonia, gdy tylko pojawiał się choć najmniejszy sygnał, że ptak jest w pobliżu, ze skomleniem uciekały do domu. Szczególnie boleśnie przeżywała to Antonia. Zrobiła się smutna i zgorzkniała, że to nie ona rządzi podwórkiem. Zastanawiałem się, dlaczego dzielna suka raptem zaczęła bać się tak panicznie.Być może Antonia wzięła Pelusę za coś rodzaju ducha lub demona. Gdy nagle coś takiego pojawia się nie wiadomo skąd, atakuje i znika, nie sposób się nie bać.

Z dnia na dzień prześladowania nasilały się, więc Antonia postanowiła wieczorem nie wychodzić z domu.

Choć cała sytuacja wydawała się komiczna, mnie nie było do śmiechu. Skoro nasz puszczyk atakuje psy, to za chwilę poleci do lasu i zaatakuje lisa. A lis z pewnością wie, co to sowa, odwróci się, kłapnie tylko zębami i będzie po Pelusie. I skąd to atakowanie? Najprawdopodobniej puszczyk bierze psy za swych pobratymców, czyli inne puszczyki, i walczy z nimi o terytorium. Może to dlatego, że zawsze, gdy go karmiliśmy, kręcił się koło nas jakiś pies. No a puszczyk, który ma tak zakręcone wyobrażenie o własnym gatunku, ma marne szanse na życie na wolności.

- Ja bym się nie przejmował. Młode puszczyki, szczególnie wychowane przez człowieka, są wyjątkowo głupie, ale potem im przechodzi - pocieszał mnie Andrzej Kruszewicz. Ja byłem jednak pełen obaw. Wkrótce miały się one potwierdzić.

Pewnego dnia poszedłem jak zwykle położyć Pelusie myszki w bocianim gnieździe. Ptak był niedaleko. Tym razem spał sobie w wiacie na drewno. Kiedy położyłem myszki, Pelusa wyleciał, ale wcale nie do myszek, tylko gdzieś do sadu.

- Wróci to zje - pomyślałem, bo wiele razy już tak robił. Ale rano myszki znalazłem nietknięte. Potem było tak samo. Pelusa zniknął, psy odetchnęły z ulgą, a ja wręcz przeciwnie.

Co mogło się stać z puszczykiem? Po tygodniu byłem naprawdę zaniepokojony. Był już w wieku, gdy młode definitywnie opuszczają rodziców, czyli jakieś trzy miesiące po wyjściu z dziupli. Wtedy ptaki zaczynają poszukiwać swoich terytoriów i to jest najbardziej niebezpieczny okres w ich życiu. Na nowych terenach nie znają kryjówek, a poza tym nie wiadomo, czy są obfite w pokarm. Cierpią więc głód i często giną. Nie tylko zresztą od głodu. Wiele z nich jest zabijanych przez pędzące samochody, gdy próbują podnieść z drogi jakieś wcześniej zabite zwierzę, rozbijają się o druty elektryczne - i jak wynika z danych naukowych - cała masa ginie, gdy próbują wcisnąć się w jakieś szczeliny w budynkach, np. otwory wentylacyjne, z których potem nie można wyjść.

Mój niepokój jeszcze się pogłębił, gdy nasz sąsiad Jarek Poleszuk znalazł na swoim podwórku szarą sowią lotkę. Lotka co prawda nie była uszkodzona ani zakrwawiona, ale Jarek twierdził, że poprzedniej nocy słyszał jakieś wrzaski i szamotaninę na pobliskim drzewie.

- Nasz Pelusa nie żyje - zakomunikowałem Nurii. - E tam, nie żyje. Ty zawsze musisz panikować - stwierdziła Nuria, która trochę racji miała z tym moim przesadnym życiowym pesymizmem.

Minęło kilka dni i zaczęły pojawiać się poszlaki, że to raczej Nuria ma rację. Najpierw pod lipą, na której zwykle sypiał nasz puszczyk, znalazłem świeżą wypluwkę. To taka kluseczka z niestrawionej sierści i kości, którą sowy wypluwają. Potem zadzwonił Marek i powiedział, że Krzysiek z drugiego naszej końca wsi widział u siebie dziwną sowę, która nie bała się ludzi.

- Usiadła u mnie na oknie. Mogłem się zbliżyć do niej na metr - opowiadał Krzysiek.

Może to i Pelusa, ale z drugiej strony mógł to być inny puszczyk, bo zdarzają się takie, co człowieka się nie boją. W to, że to nasz puszczyk, nie chciało mi się wierzyć. Przetrwał tak długo sam, nie umiejąc polować?

Sowa nad myszką

Kwilący głos puszczyka od czasu do czasu pojawiał się we wsi, aż miesiąc temu usłyszałem go tuż za oknem. Wziąłem latarkę i poszedłem sprawdzić, co to za ptak. Zaświeciłem i szczęka mi opadła. Tuż przede mną na karmniku siedział Pelusa we własnej osobie. Psy momentalnie zwiały do domu, a ja pobiegłem rozmrażać myszki. Byłem wniebowzięty, kilka tygodni nieobecności świadczyło o tym, że łajdak nauczył się sobie radzić w naturze.

Przez pierwsze dni nie zawracał sobie głowy psami. Zamiast tego latał na podwórko Marka Poleszuka i tam się przekrzykiwał z innym puszczykiem. To krzyczenie było dziwne, bo czasami kwilił jak samica, a czasami próbował nieporadnie pohukiwać jak samiec. Wciąż nie mam pojęcia, jakiej płci jest nasz puszczyk.To jednak nie zaprzątało mi głowy, bo najważniejsze, że wrócił, no i że potrafił polować. Sam widziałem, jak przed garażem upolował mysz. Uderzył błyskawicznie, tak że gryzoń nie miał żadnych szans.

Pokój z psami trwał tylko parę dni. Gdy w okolicy przestały odzywać się inne puszczyki, co chyba oznacza, że Pelusa wywalczył sobie terytorium, znów zabrał się do atakowania psów i kotów. Czy wciąż traktował je jak jakieś dziwaczne rodzeństwo, które trzeba przegonić z terytorium, czy też puszczyki po prostu bywają agresywne w stosunku do ssaków? Nie znalazłem na to pytanie odpowiedzi ani w literaturze, ani u specjalistów od sów. Mam więc poważny problem, bo wszystko wskazuje na to, że centrum sowiej posiadłości jest nasza zagroda. Nie mam pomysłu na to, jak przekonać nasze psy, by nie bały się sowy, albo Pelusę, by przestał je atakować.

Kończę pisać, bo jest trzecia w nocy i najwyższy czas spać. Jutro rano trzeba będzie znów wycierać psie siki w przedsionku. Antonia, Trapo i Misio leżą gdzieś wciśnięte w kąty i z przerażeniem nasłuchują. Za nic nie zmuszę ich, by wyszły, bo ich koszmar, czyli Pelusa, właśnie siedzi za oknem na otwartym lufciku. Trochę popiskuje, ale głównie gapi się na komputer, a raczej na myszkę.

Słowo daję, takiej stukniętej sowy jeszcze nie widziałem."


Tekst i fotografia: Adam Wajrak

poniedziałek, 21 października 2013
Sowy

Dziś miał być post o Ptaku Jesieni, czyli o puszczyku. Zamiast tego serwuję "Sowy" z "Kulturalnego atlasu Ptaków" Michała Kruszony. Sądzę, że ów fragment książki Wam się spodoba. Niewątpliwą ozdobą jest niesamowite zdjęcie pójdźki autorstwa Tomka Skorupki.

"Jeśli istnieje królowa nocy, to ma ona postać sowy. Posiada władzę nocnym niebem, którą nie dzieli się z nikim, nawet z lelkami. Te ostatnie, ze względu na własne bezpieczeństwo, unikają sowiego towarzystwa. Żyje na świecie około stu siedemdziesięciu gatunków sów. Różnią się wielkością i barwą upierzenia, mają jednak wspólną cechę - działają na ludzką wyobraźnię. Sowy są mięsożerne, latają bezszelestnie pomiędzy drzewami, atakując swe ofiary, wypatrzone, w ciemnej nocy, wielkimi oczami. Mówi się, że strach ma też wielkie oczy. Mimo mięsożerności sowia anatomia ma więcej wspólnego z lelkami niż z dziennymi drapieżnikami: jastrzębiami, sokołami i orłami.

Sowy, czego nie potrafią zrobić inne ptaki, mogą spojrzeć człowiekowi prosto w oczy. Do tego mają uszy, co czyni ich fizjonomię bardziej ludzką niż ptasią. Stąd pewnie przekonanie o sowiej mądrości, opierające się na założeniu, że człowiek też jest gatunkiem mądrym.

Mam wielki sentyment do sów, dzięki grzybom. Sowami są w moich stronach nazywane kanie, najsmaczniejsze grzyby, będące przyczyną pomyłek, w które do końca nie wierzę. Sowy bywają zatem śmiertelnym zagrożeniem, o czym przekona nas wzbudzająca strach i szacunek Lilit.

To dopiero prawdziwa królowa nocy! Rzecz jasna Lilit jest demonem. Według tajemnej księgi była pierwszą żoną Adama, jeszcze przed stworzeniem Ewy. Domagała się jednak od Stwórcy zbyt wiele, bo zrównania w prawach ze swym mężem. W złości wypowiedziała imię Boga, skutkiem czego natychmiast uniosła się w powietrze, by wpaść do Morza Czerwonego. Na kilka wieków przepadła w morskiej otchłani. Lilit ma piękne długie włosy, uwodzicielską postać, a w nocy przybiera postać sowy. Fruwa, wypatrując śpiących mężczyzn. Kiedy upatrzy sobie męską ofiarę, napada na nią znienacka. Posilona onanistycznym nasieniem dopadniętego przez nią mężczyzny, Lilit rodzi demony. Potrafi kraść i pożerać nowo narodzone dzieci, nie gardzi przy tym nawet swoim demonicznym pomiotem, który zżera przy niedostatku ludzkich noworodków. Chroniący przed nią amulet to słowo zapisane w łóżeczku noworodka: "Adam i Ewa bez Lilit". To wystarczy. Gdyby jednak, co niedowiarków uspokoi, nie wystarczyło, dodatkową ochronę stanowią przed nią imiona aniołów: Sanwi, Sansawi, Samangelaf. To właśnie ich wysłał Bóg, aby sprowadzili Lilit z powrotem do Adama. Ona wolała jednak pozostać kochanką Samaela, pana złych mocy. Obiecała jednak aniołom, że ich imiona będą miały moc chroniącą ludzi przed jej zakusami. Istnieje duże prawdopodobieństwo, poparte dowodami, że jeśli ktoś jest za dnia osowiały, znaczy to, iż mógł w nocy spotkać się z Lilit.

Współcześni mieszkańcy Włoch nazywają sowę gufo. Wymawiają tę nazwę, Włosi najwierniej imitują wydawany przez ptaka niepokojący głos. Howl oznacza w języku angielskim wycie, owl to po angielsku sowa. Anglicy, zgodnie z naturą, nazwali ptaka wyjącego po nocach. Sowie wycie wzbudza strach. Może to jednak Lilit?

"Nie wiemy, co się zdarzy, ani kiedy to nastąpi, ale w zajeździe są sowy" - powiedziała mieszkanka Twin Peaks, miasteczka w którym agent Cooper próbował rozwikłać tajemnicę zniknięcia Laury Palmer. Kwestia ta została wypowiedziana w odcinku osiemnastym, tuż przed mistycznym koncertem we wspomnianym zajeździe. Piękny to był koncert, choćby dla niego warto obejrzeć ten odcinek. Sowa miała na sobie różową sukienkę.

Jeśli jeszcze ktoś wątpi w demoniczną naturę sowy, należy odwołać się do niektórych egipskich hieroglifów. Zaklęte są w nich znaczenia, według których sowa oznaczała śmierć, noc lub zimno. Starożytni niezmiennie traktowali jej pojawienie się jako zły omen. Wyjątkiem byli Ateńczycy, którzy wizerunkami sów zdobili monety, ale nie ma w tym nic dziwnego, zważywszy, że sowa była symbolem Ateny, patronki miasta i bogini mądrości.

Sowy oślepiane są blaskiem prawdziwego światła - twierdzili ojcowie Kościoła, czyniąc z niej w ten sposób ptaka heretyków. Ale sowa to także symbol kontemplacji. Mędrcy i pustelnicy poszukujący tajemnej wiedzy chętnie pracowali, mając blisko siebie wizerunki sów. Wielu z nich towarzyszą wypchane sowy, a niewielu żywe. Któż bowiem chciałby mieszkać pod jednym dachem z Lilit? Widziałem sowy w klasztorach i monastyrach, nigdy ich obecność w celach i zakamarkach budynków nie była przypadkowa. Znany mi prawosławny zakonnik Ilarion Mureszan z karpackiej Niculi nazywał swoją wypchaną sowę w języku rumuńskim: bufnica.

Upodobanie do ruin czyni z sowy ptaka poruszającego się na granicy świata rzeczywistego i zaświatów. Kwestia nieśmiertelności tych ptaków pozostaje otwarta i nie do końca wyjaśniona. Arabscy mędrcy uważali, że złe cechy przypisywane sowom pochodzą od złych zmarłych, wcielających się po śmierci w ptaka. Czyli to ludzie są źródłem zła, a nie sowy, które przez wcielenie się w nie dusze zmarłych stają się hermafrodytami. Zarzucają cechy ptasie, upodobniając się coraz bardziej do ludzi. Stąd ich niemal ludzka fizjonomia.

W kulturach północy sowią "twarz" nadaje się maskom używanym w praktykach magicznych. W jaskini w Trois Freres we Francji znajduje się, wśród innych malowideł skalnych, słynna postać paleolitycznego "Wielkiego Czarodzieja". Jest to mężczyzna z głową jelenia o wielkich rogach, uszach wilka, brodzie kozła i twarzy sowy. Tak opisał go Mircea Eliade w pierwszym tomie "Historii wierzeń i idei religijnych", a ja od lat wierzę mu z założenia.

W starożytnym Rzymie pilnowano, aby starannie oczyścić teren, na którym usiadła sowa. Jeśli uczyniła to wbrew Jowiszowi, na Kapitolu, dokładnie myto skalane miejsce wodą z siarką.

"Pogrzebowy puchacz trzykrotnie uczynił omen śmiercionośną pieśnią" - napisał Owidiusz w "Metamorfozach", w którego zesłańczym domu, w starożytnym Tomis, na terenie dzisiejszej Rumunii, gościłem wielokrotnie.

To, że puszczyk woła w kominie, gdy ktoś umrzeć ma w rodzinie, jest już polską ludową mądrością. W pohukiwaniu sowy zawsze doszukiwano się głosu złego.

Potrafi sowy odkrywać ludzkie sekrety. Zwłaszcza kobiety, mając położone na piersi serce sowy, nie są w stanie kłamać, mówią wyłącznie prawdę. Zapewne wymyśliła to jedna z nich, aby przekonać do swej prawdomówności naiwnego męża lub kochanka, a zrobiła to na tyle skutecznie, że sposób ten przez wieki popularny był w magicznych praktykach niemal w całej Europie. W XVII wieku zapisał jeden z polskich ziemian myśl wspaniałą: "Na kurcz, kto często cierpi, tedy sowę warzoną albo upieczoną miast kuropatwy zjeść", to jedyny znany mi przepis kulinarny na sowę, oczywiście nie licząc przepisów na grzyby zwane sowami.

Jak powiedziała mi moja córka, sowa bywała też listonoszem. Za przykład podała mi Hedwigę, śnieżną sowę Harry'ego Pottera z książki J.K. Rowling. Wiedzą o tym wszystkie dzieci, że w szkole magii w Hogwarcie można było sobie sowę wypożyczyć, jeżeli tylko ktoś nie posiadał jej na własność. Sowy służyły tam do roznoszenia wiadomości.

Wiele lat temu niemalże wszedłem na puchacza. Odpoczywał w bieszczadzkich dzikich krzewach nad Sanem. Przerwałem mu spoczynek i z przerażeniem spostrzegłem, jak rozchylają się przede mną skrzydła gigantycznego demona. Odfrunął, a ja przypomniałem sobie bajkę braci Grimm "Puchacz". Podobnie wielki puchacz sfrunął na stadion w Helsinkach, co wydaje się nieprawdopodobne, w trakcie meczu piłkarskiego Finlandia - Belgia. Było to 6 czerwca 2007 roku. Puchacz usiadł na bramce, a sędzia musiał przerwać mecz eliminacji Mistrzostw Europy na całe sześć minut! Finlandia pokonała Belgów 2:0 - puchacz, nazwany "Bubi", stał się odtąd... honorowym mieszkańcem Helsinek.

Bez wątpienia sowa w dzień odpoczywa bez ruchu pogrążona w letargu, tylko po to, aby w nocy oddać swoje ciało Lilit. Dowodem na to jest jej bezszelestny lot, wzbudzający ludzki strach, mimo, że jest bezszelestny. No i jeszcze jedno; opowiadająca o śmierci, piękna kobieta spotkana, o czym wspomniałem, na poznańskim Starym Rynku, mieszka pod jednym dachem z wypchaną sową. Mówi, że to przypadek."


Pójdźka, fot. Tomasz Skrupka   www.tomaszskorupka.pl

05:26, krogulec14 , 1
Link Komentarze (6) »
niedziela, 20 października 2013
Polyginia z poliandrią

Beatę Czyż, doktor ornitologii z Uniwersytetu Wrocławskiego, miałem przyjemność poznać na Zlocie Obywateli Rzeczpospolitej Ptasiej w Roku Remiza w Słońsku. Później wraz, z Izą i Tosią oraz Romkiem Mikuskiem, byłem z Nią na Betonce. No cóż, bycie ambasadorem Rzeczpospolitej Ptasiej czasem daje ciekawe profity...

Beata Czyż od 2002 roku prowadzi badania nad remizem w rezerwacie "Stawy Milickie". Wie o tym ptaku jak mało kto, toteż nie było dla nikogo zaskoczeniem, że została poproszona o prelekcję na jego temat. Temat miała wyborny, bo remiz jest ptakiem zaskakującym. Zadziwia nawet w zagadnieniu zachowań rodzicielskich. Tu pozwolę sobie na cytat z "Ptaków Doliny Baryczy - Remiz" autorstwa Beaty:

"... system rozrodczy tego gatunku jest unikalny i skomplikowany. O ile u większości ptaków mamy do czynienia z tzw. monogamią socjalną (ptaki łączą się w parę na okres lęgowy i wspólnie wychowują potomstwo), to u remiza występuje polyginia (samiec kojarzy się z więcej niż jedną samicą) i poliandria (samica kojarzy się z więcej niż jednym samcem). Opiekę nad jednym lęgiem sprawuje tylko jeden rodzic i może być to samica (najczęściej) lub samiec. Drugi rodzic opuszcza partnera, jeszcze zanim rozpocznie się wysiadywanie jaj i próbuje skojarzyć się ponownie. Ponad 30% gniazd jest opuszczonych przez oboje rodziców, jaja nie są wysiadywane i lęg jest stracony." 

Pomyśleć, że jeszcze przecież nie tak dawno o remizie pisano m.in. tak "samiec wije 1 - 3 gniazd i pozostawia je kolejno zbliżającym się samicom."

Jeszcze "ciekawsze" rzeczy pisał o remizie w "Ptakach krajowych" najlepszy XIX-wieczny polski ornitolog, jakim był Władysław Taczanowski:

"Samiec wspólnie nad robotą gniazda pracuje, a w czasie wysiadywania w godzinach południowych wyręcza samicę. Pisklęta zostają w gnieździe, dopóki całkowicie nie porosną. W kraju naszym zaczynają budowę gniazda w pierwszych dniach Kwietnia, a w końcu tego miesiąca lub na początku Maja samiczka nieść się zaczyna. Do końca Czerwca spotyka się ciągle niepokończone gniazda spóźnionych lęgów."

Jak widać praca ornitologów jest nieoceniona.Pikantne tajemnice ptaków prędzej czy później i tak wyjdą na jaw...


Remiz, fot. Mikołaj Stawowy   jakzobrazka.pl

Tagi: ptaki remiz
11:57, krogulec14 , 1
Link Dodaj komentarz »
sobota, 19 października 2013
Śpiewać każdy może
Z czterech muchołówek występujących w Polsce w mojej okolicy są na pewno dwie: szara i żałobna. Rozglądam się też za muchołówką małą.

Elegancka muchołówka żałobna pojawia się u nas na przełomie kwietnia i maja, a odlatuje już w sierpniu i we wrześniu. Zgodnie z tym co sugeruje pierwszy człon nazwy, ptak odżywia się przede wszystkim drobnymi owadami chwytanymi w locie. 

Doktor Kruszewicz w "Ptakach Polski" pozwala nam naukową nazwę ptaka "Ficedula hypoleuca" interpretować jako kogoś ufnego o białym spodzie.

Ta muchołówka lubi przebywać w koronach drzew, toteż aby ją dostrzec trzeba głowę zadzierać do góry. Nie jest trudna do wypatrzenia w zieleni liści, tak jak na przykład świstunka leśna, gdyż obecność jej zdradza wspomniany przed chwilą "biały spód", czyli brzuch.

Pamiętamy zapewne różne relacje męsko-damskie wśród ptaków. Jedna pani potrafi zbałamucić na raz kilku panów, to znowu jeden pan nic nie robi, tylko śpiewa. No, może poprawię to "nic" na "prawie nic". Czyli: jeden pan prawie nic nie robi, tylko śpiewa...

A później w każdym okolicznym gnieździe sporo jego piskląt... Jednak naprawdę "śpiewać każdy może" ;-)

Relacje wśród muchołówek żałobnych też przedstawiają się ciekawie. Panie przylatują z Afryki, gdy panowie mają już ustalone granice swoich rewirów. Największymi względami pań cieszą się najlepiej wybarwieni panowie. Pośpiech wśród pań w przylocie jest wskazany. Pierwsze z nich mogą wybierać, przebierać wśród chłopców do oporu. Następne będą miały wybór innego rodzaju. Wybrać słabo wybarwionego, a więc nie najlepszego "gatunkowo" samca, albo "wypożyczyć" na chwilę zapomnienia zajętego już, ale wspaniale wybarwionego. Co bardziej zapobiegliwe samiczki zaskakują znakomitą logiką. Za męża wybierają słabo wybarwionego samca, a na ojca tego lepiej. Ten pierwszy i tak będzie kochał pisklęta jak swoje.

O tempora, o mores, o muchołówki żałobne!


Muchołówka żałobna, fot. Cezary Korkosz   www.cezarykorkosz.pl 

piątek, 18 października 2013
Roztańczona w liściach

O piecuszku i pierwiosnku już opowiadałem. Trzecim gatunkiem ze świstunek jest liczna naszych lasach świstunka leśna. Jako, że jest nieco podobna do swoich krewnych, a sporo się wierci wśród gałązek, to zwykle fakt jej obecności zdradza mi śpiew. Ów śpiew ma, jak też i miał niebagatelne znaczenie przy nazwach ptaka: gajówką świstunką nazywał ją hrabia Tyzenhauz, gajośpiewem leśnym Wodzicki a gajośpiewem świstunką Piertuski.

Przyznaję, że mi melodyka jej śpiewu się podoba.

Bardzo podoba mi się łacińska nazwa ptaka "Phylloscopus trochilus. Według "Ptaków Polski" doktora Kruszewicza może ona oznaczać ptaka przeglądającego liście, który gwiżdże bądź syczy. Od syczenia istniała niegdyś nazwa ksykacz - ksykać, znaczyło syczeć. Osobiście skłaniałbym się, że ptak jednak gwiżdże. Jeśli zechcecie sami zinterpretować jej śpiew, to zapraszam Was do jego wysłuchania.

Świstunka w mojej okolicy, a zwłaszcza w dąbrowie też występuje licznie. Śpiewa nawet przy przelocie z gałęzi na gałąź. Czasami zlatuje ku ziemi. Jest mało płochliwa i pozwala się oglądać z kilku metrów.

Widząc ją zwykle tańczącą z liśćmi aż trudno jest mi uwierzyć, że "... gnieździ się zawsze na ziemi w miejscach suchych i najczęściej zarośniętych jagodzinami lub innemi, drobnemi towarzyskiemi roślinkami...""*

*Władysław Taczanowski - "Ptaki krajowe"


Świstunka leśna, foto. Piotr Górny   www.birdwatching.pl