Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Opowieści Arkadiusza Szarańca

Kochała żaby

krogulec14

Nie umiem czytać książek o Simonie Kossak. Powinny się ukazywać, ale nawet album Lecha Wilczka „Spotkanie z...” przeglądam z pewnym trudem. Otwieram jakby ukradkiem, odczytuję kilka stron, oglądam kilka zdjęć i – odkładam. Wracam do nich znowu po jakimś czasie, ale zwykle małymi ratami. Doceniam starania autorów i edytorów, aby ocalić od zapomnienia, co robiła i jaka była, ale ...no, właśnie ten czas przeszły. Dlatego zaczynam od krótkiej migawki w czasie teraźniejszym.

Białowieża, prawie dwadzieścia lat temu. Kończy się międzynarodowy festiwal przyrodniczy, już obraduje jury, w którym bierze udział profesor Simona Kossak. Trwają jakieś rozmowy kuluarowe, wychodzę z jasno oświetlonego, zatłoczonego budynku i po kilkunastu minutach jestem w Puszczy. Jest chłodny październik, głęboka czarna noc i właśnie zaczynają ryczeć lwy.

To znaczy odzywają się pierwsze byki jelenie na rykowisku, ale ich pierwsze, próbne stęknięcia i głuche krótkie porykiwania sprawiają wrażenie kompletnie totalnie nie-jelenie. W ciemności jakby osaczają człowieka, trudno ustalić skąd się rozlegają – dudniące ciężkie głosy nie rozchodzą się lekko w powietrzu we wszystkie strony, tylko się toczą nisko tuż przy po ziemi - zupełnie jak ryk lwa, który kiedyś słyszałem w zoo. Leżał sobie leniwie, a potem kilka razy stęknął, wreszcie ryknął krótko raz i drugi, jakby od niechcenia, a jego głos najpierw usłyszałem, ale potem kiedy wrócił z echem po dłuższej chwili odczułem fizycznie, gdzieś tam w środku. Tak samo teraz kiedy idę przez Puszczę słyszę-czuję te pierwsze porykujące, nawołujące się i grożące sobie byki. „Eee..to jaaa! Tuuu jestem! - Słyyyy-szę...! Czeee-kaj no bratku już idę do ciebie...Chooodź, chooodź - TUUU jestem!...”.

Idę piaszczystą drogą w kierunku Dziedzinki, prawie nic nie widzę, czuję tylko ubitą, ale nierówną, nawierzchnię, czasem potykam się o głębszą koleinę i wchodzę w błoto, brodzę przez kałuże. Nagle w tej ciszy i ciemności pojawia się nowy odgłos – warkot samochodu, a w ciemność nocy wbijają się dwie smugi reflektorów, które tańczą we wszystkie strony, ślizgają się po mokrej kolumnadzie drzew i odbijają w błocie i kałużach. Mały, jasny „maluch” wyje i rzęzi, skacze jak żaba po koleinach, wydaje się, że zaraz wpadnie na pobliskie drzewo, ale wyrabia dzielnie na każdej nierówności i zakręcie, czasem wpada w kolejne bajoro czy dół, grzęźnie w nim na chwilę, ale zaraz się wydrapuje i pędzi znowu dalej, takim rwanymi susami, a z niezwykłą, triumfalną jakby swobodą i prędkością na prostszych odcinkach. Simona wyskoczyła z obrad i pędzi na Dziedzinkę – nakarmić jakiegoś oseska, jak zwykle kilka razy na dobę.

Minęły cztery godziny i znowu musi być pipetka, smoczek, pinceta w robocie, bo Ono jest GŁODNE! Mnóstwo miała takich lokatorów, pacjentów i podopiecznych... Była wśród nich nawet samica puchacza. Śmiertelne kiedyś przeraziła VIPa z ministerstwa, który zaproszony na Dziedzinkę – a nie każdy dostępował takiego zaszczytu - zasiadł sobie wygodnie w fotelu a „wypchane ptaszysko” zasyczało mu wprost do ucha, kłapnęło dziobem i chłopnęło głośno wielkimi skrzydłami. Ta puchaczyca ze wszystkich sił pragnęła zostać matką, Simona z niezmąconą cierpliwością pozwalała jej wybierać i okupywać różne upatrzone miejsca w interiorze leśniczówki, np. sieni i tamże wysiadywać jaja – ale niezalężone. Wiedziała, że puchaczęta z wdrukowanym takim obrazem człowieka i nawyków nie dadzą sobie rady w Puszczy.

Pupile Simony to temat na odrębną sagę. Wspaniale ją opowiadają przeróżne wspomnienia, spisane opowieści, przytaczane w książkach relacje, ale absolutnie niezastąpione są przy tym magiczne fotografie Lecha Wilczka. Słusznie trafiają na okładki książek, jak choćby ta Simony z łanią „czoło w czoło”. Jest też świetna seria ujęć z Koraskiem. Wielkie kruczysko, które potrafiło skutecznie zatruć życie wielu ludziom np. przy wyrębie drewna (kradł jedyny długopis nadzorcy i rozbierał powoli na jego oczach), albo nagle zwalić współgospodarza Dziedzinki wraz z rowerem do rowu (a siadał mu na głowie podczas jazdy!) – z niezwykłą atencją, wręcz czołobitnością traktował Simonę. Delikatnie ujmował w czubek dzioba jeden z rudych warkoczyków Pani Profesor – zupełnie jak paź z rewerencją niosący tren sukni swej królowej.

A trzeba przyznać obiektywnie, że to był istny gałgan, ten Korasek – kiedyś zepsuł całe metry cennej taśmy samemu Włodzimierzowi Puchalskiemu. Wielki filmowiec podczas wizyty na Dziedzince chciał zainscenizować rabunek gniazda kaczki krzyżówki przez kruka. Był akurat pod ręką, a jaja kacze zastąpiono jajami kur zielononóżek. To był ukochany rarytas Koraska, ale cwane kruczysko z jakiegoś względu nie chciało potulnie spełnić oczekiwań i zagrać w filmie. Przy każdym dublu wybierał jaja, ale zachodził coraz to z innej zupełnie strony, niż to przewidział reżyser i operator w jednej osobie. Puchalski podkładał nową przynętę, zmieniał ustawienie kamery..., ale nie przechytrzył Koraska.

Czy ktoś mógłby wymyślić wcześniej taki obraz uchwycony na zdjęciu tuż przed bramą Dziedzinki? Oto piękna, bardzo śnieżna, kopna zima - Simona wraca z zakupami, a tuż za nią...rudel saren, idą za nią trop w trop. Upalne lato – podrośnięty czarny bocian, młodziak, który ledwie co stracił biały puch też jej towarzyszy, chodzi za nią krok w krok, a kiedy tylko może przytula się do opiekunki, błogo przymykając przy tym oczy. Dwa łoszaki piją mleko z butelek trzymanych „stereo”pod pachami (jak podrosły musiały przy tym klękać). Młody ryś wtula się w Simonę, jak w matkę, a potem „poluje” na nią – jak błyskawica wypada spoza drzewa, gdzie czatował drżąc z niecierpliwości a następnie atakuje od tyłu nogę, wczepiając się wszystkimi ostrymi pazurami i zębami, stulając uszy z pędzelkami przy samej czaszce! Simona na podłodze, a na jej posłaniu pokotem rozwalają się zwierzęta. Każdy normalny śpi ze swoim psem, ale żeby wpuszczać do łóżka monstrualnego dzika?

Na pewno do szczególnie traktowanych ulubieńców Simony należały żaby.

Jedna z nich połączyła Simonę Kossak i Lecha Wilczka, który był pierwszym i przez pewien czas jedynym lokatorem Dziedzinki i z tego też powodu niechętnie się zapatrywał na jakiegoś tam intruza, którego mu siłą narzuciły władze Parku.

Oto prawdziwa scena sprzed lat: Lech Wilczek jako „prawowity a jedyny” Dziedzic na Dziedzince i niby legalny, ale jednak jej „dziki lokator” - Simona stoją po obu stronach płotu, czyli każdy na „swoim” i rozmawiają. Konwersacja jest oficjalna w tonie, nie klei się, ale nagle jedno z rozmówców mówi:

- O, żaba!..

- Gdzie, gdzie?!! - z ożywieniem zareagowało drugie.

No i płot graniczny dość szybko okazał się zupełnie niepotrzebny. Nie rozdzielał też zajmowanej pospołu leśniczówki (choć podzielonej na dwie równe części), ani też „kopii” (bo lepszej od oryginału) Tajemniczego Ogrodu na Dziedzince. Gościł on wielu ludzi, w tym wszystkich dyrektorów Białowieskiego Parku Narodowego, ale i rzecz jasna jeszcze więcej zwierząt. Niektóre z nich były przygarniane, przynoszone, leczone, potem wypuszczane. Inne same przybywały, z własnej woli – na własne skrzydło, łapę lub raciczkę, na dłuższą lub krótszą chwilę.

Wskakiwał tu i buszował żubr samotnik, pojawiały się i żerowały jelenie, zalatywały na ożywczą kąpiel i do wodopoju a zimą do karmnika wszystkie ptaki. Gnieździły gdzie się popadło, jedna pliszka uwiła gniazdo na traktorze i właściciel nie mógł zeń korzystać aż do końca sezonu lęgowego. Ale za to pan pliszek dotrzymywał mu towarzystwa przy wszystkich pracach polowych. Pewna dzika łania co rok tu przybywała, na kilka dni, bo upatrzyła sobie w ogrodzie zaciszny zakątek, gdzie w spokoju mogła urodzić kolejny cud świata - nakrapiane maleństwo. Jak nabierało sił, razem z mamą wychodziło na cieniuchnych badylkach przez bramę tej kliniki położniczej.

W centralnej jego części ogrodu była - i w dalszym ciągu jest, ale teraz smętnie opuszczona - obszerna sadzawka. Jej lokatorkami były także ukochane przez gospodarzy żaby. Składały skrzek, siadywały na liściach wodnych roślin i grały swoje rzechotliwe koncerty symfoniczne. Wystąpiły także w filmie dokumentalnym o życiu żab, który Simona Kossak nakręciła podczas kilku sezonów, aby skompletować wszystkie stadia rozwoju, jak i sztandarowe zachowania gatunkowe ulubionych stworzeń. Główna bohaterka przechodziła więc wszystkie koleje żabiego losu, poczynając rzecz jasna od stadium skrzeku, potem jako jedna z chmary kijanek, następnie mała żabka, wreszcie dorosła bohaterka wspaniale rozhukanych - ale tak do zapamiętania - wiosennych bachanaliów godów i w finale jako współproducentka przeobfitej wodnej chmury skrzeku.

Pełen cykl tej biografii zamknął się w chwytnej paszczy zaskrońca – a miotającej się rozpaczliwie żabie i widzom dzięki montażowi filmowemu całe jej życie w nagłym skrócie „przelatuje przed oczami”.Widzowie zrazu obojętnie, potem z rosnącą fascynacją oglądają krótki film i w końcu z autentycznym współczuciem reagują na tragiczny finał.

Kiedyś tam, lata temu z pewną oziębłością i brakiem uwagi traktowałem wszystkie ranae, ale w końcu dojrzałem - także po tych opowieściach – i pilnie zważam, by nie rozdeptać żadnej z maciupenieczkich żabek skaczących po długich szmaragdowych źdźbłach leśnych traw czy też w poprzek ścieżek, biegnących gdzieś nad byle stawem czy oczkiem. Nie zważając na wymowne pukanie w czoło przenoszę małe i duże ropuchy z jednej strony jezdni czy chodnika na drugą, ratuję je spod stóp czy wprost z rąk różnych osób dorosłych i dzieci, z paszcz psów czy różnych miejskich i wiejskich przydrożnych pułapek bez wyjścia, spod zbyt wysokich krawężników, poboczy drogi czy podsadzam przez podmurówki płotów.

Ta żabiomania jest również po części zasługą Joanny, siostrzenicy Simony. Chyba jako jedyna mieszkanka Puszczy przez dłuższy czas była właścicielką całego ensemble'u oswojonych żab. Goście przyjmowani na Podcerkwi (to leśniczówka na wzór Dziedzinki głęboko schowana w lesie) podczas upalnego lata byli wożeni dla ochłody nad pobliskie małe niby-jeziorko, no, większą kałużę, powstałą u podnóża małej skarpy ze zbierającej się deszczówki (a więc woda była ciepła i przeczysta, jak podłoże i powietrze). Jakież było moje zdziwienie, kiedy przy pierwszej wizycie na stopę wgramoliła mi się dorodna zielono-złota żaba i zaczęła mi patrzyć w oczy z wyraźnym oczekiwaniem.

Tajemnica szybko się wyjaśniła – miejscowe żaby były zawsze dokarmiane przez gości Joanny i wszystkich plażowiczów traktowały nie jak intruzów tylko jak „przyjaciół domu” a w dodatku przybywających z dobrym prowiantem. W dobrym tonie bowiem było wśród „podcerkwiaków” chwytanie much oraz bąków i dokarmianie nimi lokatorek sadzawki.

Nie było to wcale takie łatwe. Co prawda idealną wręcz pułapką były szyby i wnętrza rozgrzanych aut, ale...żaby jedzą tylko ruszające się owady! Na podtykane im pod szerokie pyski owady klapnięte na śmierć patrzyły z niemym osłupieniem, bez śladu najmniejszego zainteresowania w ślepiach. Trzeba je było „oszukiwać”, ruszać złapanymi ofiarami, lub też doskonalić sztukę pacania owadów z wyczuciem, do stadium ciężkiego kalectwa a nie klepania na śmierć. Fascynował mnie ten błyskawiczny jak u kobry, nie do uchwycenia ludzkim okiem ni obiektywem aparatu ów żabi ruch-odruch otwierania pyszczka i żarłocznego chwytania oraz łykania przynęty. Czasem myliły się i próbowały połknąć czubek palca, ale po chwili rezygnowały i patrzyły na mnie z wyraźnym zawodem i jakby niesmakiem.

Dawno ich nie odwiedzałem, nie wiem co u nich słychać, ale trzymam za nie kciuki. Stanowczo za sucho było wszędzie wokoło, by trafił tam jakiś zaskroniec, ale wszędobylski czarny bocian... W każdym razie teraz z żałością i smutkiem patrzę na wysuszone do cna, rozpłaszczone na wielkomiejskim asfalcie„negatywy” żab, które nie zdążyły zbiec spod kół samochodów.

Tekst: Arkadiusz Szaraniec

__b_9788365282705.jpg

3 mrówki i 30 lat

krogulec14

"Zawsze żałowałem, że nie mogę tak normalnie, na co dzień słuchać radiowych gawęd Simony Kossak. Były emitowane tylko w Radiu Białystok i innych regionalnych rozgłośniach. Dlatego z radością przywitałem wieść, że będą wydane drukiem, w formie książki i również na płytach. „Dlaczego w trawie piszczy?” – tytuł jest idealnie trafny, bo Simona Kossak o każdym najmniejszym źdźble, kwiatku i zwierzaku potrafiła snuć pasjonującą, zapadającą w pamięć i w serce opowieść. Szkoda, że nakład był minimalny wobec zainteresowania ludzi w całej Polsce, nie tylko na Podlasiu.
Mógłby się ktoś zastanawiać jaki jest cel i skuteczność takich radiowych pogadanek, które przecież „idą w powietrze”. Mógłby też ktoś twierdzić, że po audycji radiowej – szczególnie tak krótkiej - nie zostaje żaden istotny, materialny ślad. I że dlatego trzeba było wydać ten zestaw książka + płyty.
Nieprawda. Książka i płyty są rzeczywiście bardzo potrzebne, bo teraz można do tych prostych a magicznych opowieści sięgnąć w każdej chwili, nie trzeba czekać na ich emisję. A siła osobowości Simony Kossak i siła radia – prostego a jak mocnego przekazu, docierającego do ludzi o wiele łatwiej i wygodniej niż telewizja czy prasa – spowodowały, że każdy znał ten głos, słuchał go z przyjemnością i uwagą. Nie sposób przecenić – i docenić! – jak wiele dobrego uczyniła Pani Profesor przy pomocy tak niby prostych i zwyczajnych opowieści.
Simona Kossak wszędzie, przy każdej okazji reagowała na temat ochrony natury z taką samą pasją i zaangażowaniem. W tych sprawach nigdy nie szła na kompromis. Była prawdziwą „rogatą duszą”, ale o rozległej wiedzy i bogatej, żywej wyobraźni.
Pamiętam bardzo dobrze, jak otwierając białowieski festiwal mówiła, że do badania świata otaczającej nas natury konieczne jest łączenie „wiedzy i wrażliwości”. Znajomości zdobyczy nowoczesnej nauki i ...zwyczajnej miłości do tego, co żywe. Obydwa, tak odległe, nawet pozornie sprzeczne elementy są i zawsze będą niezbędne, aby stworzyć naprawdę głębokie, twórcze i co najważniejsze odpowiedzialne podejście do świata natury. Bo sama oschła, scholastyczna, papierowa „bardzo naukowa” wiedza sprowadza ludzi na manowce ślepego poczucia wyższości wobec badanego świata. Z kolei zbyt czułostkowe podejście, pełne „miłości do natury” jest równie niewłaściwe i zamyka drogę do lepszego rozumienia Natury.
Podczas ostatniego pożegnania Profesor Simony Kossak w Porytem (w 2007 roku), jeden z wielu obecnych tam leśników, już podczas przygotowań do odjazdu, tak jakby mimochodem w przypadkowej chwili ciszy w ogólnym zamieszaniu, opowiedział mi pewne zdarzenie sprzed lat:
- Byłem wtedy uczniem w białowieskim technikum leśnym. W ramach praktyk oczyszczaliśmy teren podwórka z resztek wyciętych kiedyś drzew i krzaków. Kiedy rąbałem siekierą jakiś rozlatujący się już pniak, tuż przy płocie wraz kawałkiem próchna wypadły z niego jakieś mrówki, które odruchowo rozdeptałem. Wtedy usłyszałem: - Dlaczego to zrobiłeś?... (Potem się dowiedziałem, że to była Simona Kossak, wtedy jej nie znałem) Wzruszyłem ramionami i odpowiedziałem jej lekceważąco: - A tam, jakieś robaki!...
W odpowiedzi usłyszałem opowieść o tym, co mrówki robią w lesie, jak są mądre, potrzebne, pracowite i niezbędne. Bez żadnych wyrzutów czy upominania. To było kilka minut, nie dłużej. Prosta opowieść, niby nic więcej...Opowiedziała, odwróciła się i poszła. Od tego czasu – a już trzydzieści lat pracuję w lesie – nigdy świadomie nie nadepnąłem na żadną mrówkę...
Leśnik umilkł, popatrzył dłużej przed siebie i po chwili dorzucił: - Kto by pamiętał …trzy mrówki po trzydziestu latach."

Tekst: Arkadiusz Szaraniec

-

Poprosiłem Arkadiusza Szarańca aby napisał coś o "Sadze Puszczy Białowieskiej" Simony Kossak. Mało kto jak Arkadiusz siedzi w tym temacie, więc wiedziałem, że ewentualny tekst może być przedni. I taki jest. Jednak zanim go opublikuję (10 listopada), to zapraszam do małej powtórki. Jakkolwiek tekst ten był już pod innym tytułem publikowany, to znakomicie wprowadzi Was do "Kochała żaby".

Simona Kossak, fot. Andrzej Sidor

Dzikie Mazowsze?

krogulec14

Zbliżają się święta i w związku z tym zareklamuję kilka książek. Na pierwszy "ogień" pójdzie trzecia część z cyklu Lechosława Herza "Podróże po Mazowszu" opowiedziana pięknym piórem Arkadiusza Szarańca. Zaprasza:

-

"Już kiedyś pisałem na „Plamce” o Lechosławie Herzu, jego pasji odkrywania-studiowania dzikiej przyrody, krajobrazu i ludzi, małej i wielkiej historii Mazowsza, jak również o opowieściach, jakie Autor spisuje po tych wędrówkach. Właśnie ukazała się trzecia część tych znakomitych gawęd-reportaży-esejów-wspomnień (bo trudno je określić jednym słowem...) zatytułowana tak po prostu:„Podróże po Mazowszu”. Ja podróżuję po tej książce tam i z powrotem (jak i po poprzednich), i wciąż nie mogę się jej naczytać ani nasmakować. Nie sposób się oderwać, ani też tak tak od razu przeczytać od deski do deski.

 
Tylko okładka jest barwna (a jakże mazowiecka...), w środku znajdziemy jedynie małe czarno-białe fotografie (w sumie 16) oraz czarne literki na jasnokremowym papierze. Ale już po pierwszych zdaniach czuje się smak i zapach powietrza, wody, lasu, powiew wiatru na twarzy, oraz wędruje wraz z autorem „polną drogą, leśnym duktem, wiejską steczką, miejskim traktem”. Każdy rozdział to inna wędrówka, a raczej seria wypadów, rajdów, odwiedzin, ponawiana po wielokroć, lecz jakby jedna „wardęga”, dokonywana na przestrzeni kilkudziesięciu lat w te same okolice, ale jak w soczewce skupiona na kilku zaledwie stronicach. Autor rzuca – często w jednym akapicie, jak rasowy poeta „imażynista” – pojedynczy obraz, który się koniecznie chce zaraz samemu zobaczyć na własne oczy.

 

Polecałem już tę książkę bardzo różnym pasjonatom ...A to „ludziom Wisły”, którzy znajdą u Herza nie tylko piękny rozdzialik o flisach i żegludze po królowej polskich rzek, ale też świetne nastrojowe opisy nadwiślańskich miast, krajobrazów, pradawnych szlaków... A to amatorom starej architektury drewnianej – Autor powiedzie ich w różne zapomniane zakątki i pokaże modrzewiowy kościół w Gąsiorowie („jeden z najbardziej fascynujących wiejskich zabytków mazowieckich”), albo najpiękniejszą nadwiślańską kapliczkę (nie zdradzę gdzie stoi, bo sam tam jeszcze nie byłem!), czy XVIII-wieczny spichlerz gontem krytym... A to tropicielom „wielokulturowej historii Mazowsza”, którzy potem jak po sznurku odnajdą świadectwa pracy osadników „olęderskich”, jak też przeczytają pięknie opisany „sztetł” małych żydowskich miasteczek.

 
Jeśli ktoś kocha stare wielkie drzewa, dowie się gdzie na Mazowszu rosną dęby iście królewskie (wielkie jak owe białowieskie), pomnikowy jesion Mocarzem zwany, przeogromna sosna, która była punktem orientacyjnym dla kartografów, czy lipy z barciami „wydzianymi” ponad dwa wieki wcześniej.

 

Na tym nie koniec, albowiem Autor zawsze dorzuci od siebie tak niby od niechcenia takie szczegóły, że czytelnik chciałby to wszystko natychmiast zobaczyć na własne oczy. A jeśli już tam kiedyś był – to pragnie znowu obejrzeć te miejsca, ale z nową wiedzą. Bo więcej wiedzieć, to więcej widzieć, zrozumieć i poczuć. To nie jest proza krajoznawcza, turystyczna, tylko – magiczna.

 

Ale jak zachęcić czytelników „Plamki mazurka”, czyli w przeważającej części amatorów i fotografów dzikiej natury, aby sięgnęli do tej oraz innych książek Lechosława Herza? Przecież oni sami dobrze wiedzą, gdzie jest Puszcza Kampinoska, a także Kozienicka, Biała, Zielona, gdzie Wisła tworzy enklawy, często tuż za rogatkami stolicy, a tętniące najrzadszymi gatunkami i stadami nieprzeliczonego ptactwa zupełnie jak Amazonia. No, mogą nie wiedzieć, gdzie płyną maleńkie, dzikie a czyste rzeczki jak Pulewna, Kostrzyń, Grabina, Ślepota, Długa, Gawroniec, Witówka, struga Zimna Woda czy niewidzialna Maćkowa Woda (która czasem znika, ale potem tworzy małe wodospady), ale od czegóż mapy? Wielu fotografów dzikiej przyrody w Polsce i na Mazowszu dobrze wie gdzie i co można sfocić.

Ale bacznych czytelników „Podróży po Mazowszu” Autor weźmie za rękę i zaprowadzi tam, gdzie gniazdują i żerują nasze herbowe bieliki i orliki krzykliwe, tajemnicze trzmielojady, powietrzni akrobaci – błotniaki, gdzie gromadnie dudki pohukują i kwilą czajki, śmigają kuliki, rycyki, derkają derkacze...a także gdzie mszary nieprzebyte, gdzie torfowiska wysokie, sosnowe bory bagienne... Pokaże też oazy, gdzie latają trzeple zielone (konia z rzędem...), gdzie arcyrzadkie motyle (jak przeplatka aurinia, modraszek telejus, niestrzępek głogowiec, kraśnik pięcioplamek), gdzie rośnie ponad 700 gatunków roślin naczyniowych, a wśród nich kukułka, stoplamek, siódmopalecznik i nasięźrzał.

 
Bo są takie miejsca na Mazowszu, które profanom wydaje się płaskie i nudne, a to przecież magiczna kraina, lecz nie każdy umie odnaleźć i dostrzec jej uroki i tajemnice.

Taki pilny najpierw czytelnik a potem wędrowiec jako jeden z nielicznych szczęśliwców zobaczy z bliska, na własne oczy prawdziwe rodzime mazowieckie torfowiska wysokie, murawy napiaskowe, turzycowiska, trzcinowiska, łozowiska i mechowiska, a jak mu będzie szczęście sprzyjać to się nie utopi, a nawet traszkę grzebieniastą zobaczy, lub taki rarytas botaniczny jak brzoza niska, żywy zabytek epoki lodowcowej! Albo przejdzie bory, grądy, olsy, łęgi czyli przemierzy „miniaturę Puszczy Kampinoskiej”, ale z dala od granic Kampinoskiego Parku Narodowego. Po drodze zdobędzie szczyt a to Sępiej a to Niedźwiedziej Góry, wpadnie w Czarci Dół, zobaczy też gdzie stały karczmy Sodoma, Pohulanka, albo Łapigrosz, gajówka Na Siedmiu Morgach, odpocznie w cieniu wież średniowiecznego Czerska, lub na wzgórzu, gdzie mieszkali neolityczni łowcy reniferów, ale teraz z widokiem na Pałac Kultury i Nauki. Lechosław Herz jest z historią za pan brat, tą wielką i małą, bo wie jak Norwid (bohater jednego z eseików), że "przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej" i dlatego umie dostrzec znacznie więcej i lepiej niż inni, ci pospieszni wędrowcy.

 

Na początku XX wieku fotografowie do zdjęć plenerowych stosowali specjalny obiektyw „triplet”, który zawierał aż trzy odmiennie wyszlifowane soczewki. Nakładanie się trzech różnych „widm” dawało niezmiernie ciekawy efekt. Niedawno miałem okazję podziwiać zdjęcia wiekowego LASU wykonane tą starą nieznaną już techniką. Po prostu zapierają dech w piersi, bo tysiące subtelnie różniących się, przenikających i nakładających na siebie odcieni szarości (nie ostrej czerni i bieli) tworzą obraz o magicznej wręcz głębi perspektywy, o niezwykle wiernie odtworzonym migotliwym światłocieniu, jaki panuje wewnątrz wielkiego lasu.

 

Lechosław Herz w swoich opisach stosuje właśnie taką zmienną perspektywę, nakładające się i przenikające kadry i sceny, które w rezultacie tworzą wyjątkową całość. Zwykle wraz z Autorem oglądamy najpierw z daleka jakieś krajobrazy, miejsca, miejscowości, szlaki, przemierzamy wielkie, płaskie, niby monotonne mazowieckie przestrzenie. Następnie jakby powoli, niespiesznie, krok za krokiem zbliżamy się do celu wędrówki, oglądamy drzewa, rozpoznajemy ich kształt liści i wzór na korze, zaglądamy też przez bramy pałaców, w okna dworów i chat, poznajemy też ludzi, zaglądamy w ich twarze, słuchamy opowieści...aż wreszcie nasza uwaga skupia się na tak najdrobniejszych detalach, jak kształt liści, wiemy jak pachnie deptany, wilgotny mech, słyszymy „trusk” czyli szelest podszytu, potem brodzimy przez kwitnące łanami przylaszczki lub żółte jak małe słońca kaczeńce...

 
Kto wie jak wygląda ginący unikat - sasanka otwarta i gdzie ją jeszcze można zobaczyć na Mazowszu? Jeśli ktoś ciekawy, niech otworzy tę książkę a potem...
 
Tekst: Arkadiusz Szaraniec.
 
-
 
I jak Wam się spodobała recenzja "Podróży po Mazowszu"? Bo ja czytając zwiedziłem ciekawy kościół w Gąsiorowie, byłem nad Maćkową Wodą. Nie ukrywam, że trzeple zielone mnie zaskoczyły swoim wyglądem, nieco inaczej je sobie wyobrażałem. A wspomniany przez Arkadiusza Szarańca tekst na Plamce mazurka" to "Klangor i fanfary".
 
beznazwy

Zielona Biblioteka - Jerzyki nad Olsztynem

krogulec14

"Nie mógłbym sobie wyobrazić olsztyńskiej starówki latem bez jerzyków. Mało kto zwraca na nie uwagę, bo śmigają po niebie wysoko nad głowami ludzi, gdzieś pod chmurami. Ich ostry krótki świergot co chwila odbija się echem o mury zamku i znika odbijany przez mury kamieniczek w ciasnych uliczkach. Ten odgłos także znika w gwarze, jaki tworzy różnobarwny hałaśliwy tłum. Gdyby zniknął wraz z ptakami chyba też nikt nie zwróciłby uwagi. Tak samo nikt nie powiązałby innego zjawiska z faktem nagłego zniknięcia stada jerzyków. Mówię o pladze komarów i meszek, która by nagle spadła na całe miasto.

Każdy jerzyk zjada , a raczej połyka w codziennym pędzie ponad 20 000 owadów. Pamiętając o tym podczas najbliższego spaceru po Starym Mieście zatrzymajmy się na moment i popatrzmy w niebo. Spróbujmy - choć przez chwilę - policzyć te zawsze ruchome czarne sylwetki. Niełatwe to zadanie, a raczej zupełnie niemożliwe. Nawet nie ma sensu się starać, aby ludzkie oko objęło na jeden raz wszystkie poruszające z niezwykłą szybkością ptaki. Latają we wszystkie strony, ale stale powracają, toczą kręgi i robią nagłe błyskawiczne zwroty.

Ale zabawmy się w taką tabliczkę mnożenia wrażenia, której wynik każdy człowiek może jednak objąć swoją wyobraźnią - każdy jerzyk to wielkie stado owadów, które spadłoby na naszą ludzką skórę.

Jak się rzekło każdy jerzyk to wielki owadożerca. Musi, bo inaczej umarłby z głodu. Pochłania tego pokarmu jeszcze więcej, kiedy karmi swoje pisklęta. One też muszą dużo jeść. Kiedy przychodzą słotne i chłodne dni zapadają w dziwny stan uśpienia, w jakim potrafią trwać nawet i kilka dni. Co wtedy robią rodzice? Lecą całkiem niedaleko (jak dla jerzyków), bo nad Morze Śródziemne. Tam się najadają aż po samo gardło, aż po kąciki szerokiego dzioba - i powracają do swoich dzieci. I bardzo często wtedy zastają swoje pisklęta żywcem zamurowane. Słyszą ich słabnące piski i nic nie mogą zrobić.

Takie rzeczy robimy jerzykom (a także i kawkom, i sikorkom, i jaskółkom) my - "ludzie".

 

Arkadiusz Szaraniec, tekst pochodzi z Miejskiej Biblioteki w Olsztynie

Jerzyk, fot. Mateusz Matysiak   www.mateuszmatysiak.pl

Mazurek to wieśniak

krogulec14

Tak wiele mazurka różni od wróbla, a ludzie wciąż z uporem mylą te ptaki! Traktują jako jeden gatunek. A przecież tylko mazurek ma tak piękną czarną plamkę na podgardlu! Świeci z daleka jak latarnia - i taką właśnie odgrywa rolę jako wspólny znak rozpoznawczy, bo posiadają go samce i samiczki. Wróbel miejski nie-mazurek stosuje bardzo wyraźny dymorfizm płciowy - samiczki są szare, a panowie... Nie mają jednego uniformu. Szeregowe wróble niewiele się różnią od szarych pań, a coraz wyższe szarże mają coraz bardziej pstrokate i wyraziste upierzenie. Mazurki są bardziej demokratyczne. Nie potrzebują owych czarnych krawatów, czapeczek, wyrazistych a przeróżnych "orderów i epoletów" na dumnie wypiętych, puchatych piersiach. 

Mazurki razem, całym często bardzo licznym stadem, żerują na wielkich skupiskach polnych chwastów. Cała hałastra leci i nagle rozćwierkaną chmarą spada na takie żerowisko, żerują ile sił w dziobach bez zwracania uwagi kto pierwszy...Wróble w takich przypadkach skrupulatnie przestrzegają hierarchii. "Pułkownik" nie musi się stroszyć, ani groźnie ćwierkać - sam jego widok wystarczy, by szeregowe wróblaki pierzchały w milczeniu na boki. Sęk w tym, że tak liczne stadka przestają już istnieć...

Wróble i mazurki czasem się spotykają, a nawet gniazdują tuż obok siebie. Nie dochodzi pomiędzy nimi do konfliktów. Gniazda mają różne, zupełnie inaczej zbudowane. Mazurek bardziej porządne, a wróbel... Od razu wiadomo, kiedy zajmie jakąś budkę, bo długie źdźbła trawy sterczą z otworu na wszystkie strony. Sąsiedzi nie mieszają się do swoich spraw. Kłótnie należą do rzadkości i o dziwo, pomimo wyraźnego pokrewieństwa i podobieństwa, nie dochodzi też pomiędzy nimi do mezaliansów.

Mają co prawda mazurki i wróble podobny język-ćwierkanie i wygląd (poza herbową mazurkową plamką), ale zupełnie inne obyczaje godowe - tak to nazwijmy "body&wings language". Mowa ciała - użycie skrzydełek, a zwłaszcza dziobów podczas zalotów, pomimo nawet bardzo dobrych chęci z obu stron, wyklucza bardziej zaawansowany "dialog". To, co Pani Wróblowa uważa za ostateczną zachętę, zupełnie zbija z tropu Pana Mazurka - bo po jego długich i głośnych staraniach, nagle bierze go obcesem dziobem za łeb. Amant-mazurek stula wtedy dziób na amen i kładzie skrzydełka po sobie, przechodzi mu cały zapał, a Ona zupełnie jest zbita z tropu...Ano, kiedyś drogi ewolucyjne tych gatunków rozeszły się i matka natura pilnuje, by się znów nie spotkały. Widocznie ma w tym jakiś cel, mało czytelny dla ludzi, ale oczywisty dla Niej.

Arkadiusz Szaraniec, tekst pochodzi z Miejskiej Biblioteki w Olsztynie.

PS. Dyrektor szamotulskiego Muzeum Zamku Górków, pan Michał Kruszona, obiecał zagadać starostę szamotulskiego powiatu o... sponsoring Plamki. Na swój sposób ma rację: 100% opisanych w tejże "Plamce mazurka" ptaków występuje w tym rejonie.

Wspomniana Kasia Skakuj zrobiła piękną okładkę. Oboje z Piórko jesteśmy nią, czyli okładką, zachwyceni! :-)

Mazurek, fot Radosław Zeler   www.radoslawzeler.com

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci