Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Ptaki Adama Wajraka

Duch Puszczy - puszczyk mszarny

krogulec14

Poniższy artykuł, którego autorem jest Adam Wajrak, swego czasu na blogu już prezentowałem. Jednak, przy Ptaku Wiosny 2014, którym jest puszczyk mszarny, nie mogło go tutaj i teraz zabraknąć.

Po przeczytaniu tego artykułu będziecie też mogli zrozumieć, dlaczego w styczniu 2004 roku nagle całą rodziną zakochaliśmy się w odległym , z naszego miejsca zamieszkania, puszczyku mszarnym. Sądzę, że Ci, którzy Ducha Puszczy nie znają, rozkochają się w tym puszczyku tak samo jak my:

 

Nisko na gałęzi, kilkanaście metrów przed nami, siedziało coś, co nawet w tak dziwnym lesie jak Puszcza Białowieska wyglądało jak z innej planety

Olbrzymia kupa pierza z wielką okrągłą głową. A w tej głowie para żółtych oczek. Jakieś dziwaczne pióra wokół dzioba, które wyglądały jak skrzyżowanie siwych wąsów z brodą. Ptak rozwinął skrzydła i jak wielki popielaty motyl bezszelestnie poleciał nisko, między drzewami. - Lata zupełnie jak duch - szepnął Sasza Rosner, niemiecki ornitolog, nasz dobry kolega. Miał rację - puszczyk mszarny przypomina ducha. 

Gdzie inspektor Zawadzki chadzał ze strzelbą? 

Co tu ukrywać, mam bzika na punkcie sów. I to od dzieciństwa. Może dlatego, że sowy, ze swymi wielkimi głowami i frontalnie osadzonymi oczami, są jakieś ludzkie. Oczywiście jedne mniej, inne bardziej. A największą głowę ma puszczyk mszarny, zwany też sową mszarną. Niedawno poprosiłem Piotrka Galickiego, kustosza muzeum Białowieskiego Parku Narodowego, żeby pomierzył głowy wypchanych dwóch puszczyków mszarnych. Miały około 16 cm szerokości i 14 cm wysokości. Dla porównania - moja twarz ma tylko 14-15 cm szerokości. Nie dość, że szlara, czyli sowia twarz, jest duża i okrągła, to jeszcze szalenie wyraźna. Pióra tworzą bardzo regularne pierścienie, które przy samych oczach są maleńkie, a potem się powiększają. Trochę to wygląda, jakby sowa miała podkrążone oczka. A w ogóle z tymi ni to wąsami, ni to brodą przypomina fantastycznego stwora z "Gwiezdnych wojen". 

Na pierwszy rzut oka jest równa puchaczowi - największej europejskiej sowie. Puszczyk mszarny ma około 65 cm wysokości, puchacz jakieś 3 cm więcej. Ale puchacz jest przynajmniej dwa razy cięższy od puszczyka mszarnego. Gdybyśmy oskubali mszarnego, zostałoby małe ciałko. Tyle ma piór i puchu. 

Ornitolodzy są ciekawi, czy puszczyki mszarne zakładają gniazda w Polsce. Być może. W białoruskiej części puszczy zakłada gniazda jedna lub dwie pary puszczyków mszarnych. Więc dlaczego nie miałyby robić tego także w polskiej części? Co kilka lat sowy mszarne są widywane w Polsce, oczywiście niemal wyłącznie w puszczy. 

10 kwietnia 1929 roku Józef Zawadzki, inspektor Lasów Państwowych, zastrzelił samicę puszczyka mszarnego, a w kilka tygodni później - również samca. Kolejnego ptaka zabił jeszcze rok później. Są do dzisiaj w zbiorach Muzeum Białowieskiego Parku Narodowego. To, że w odstępie trzech tygodni Zawadzki zastrzelił samicę i samca, wskazywałoby na to, że była to para. Istnieje adnotacja, że śmierć w osobie inspektora Zawadzkiego nawiedziła puszczyki gdzieś na wschód od Białowieży. Może inspektor Zawadzki nie chadzał zbyt daleko?



Prowokujemy nerwusa

- Ja bym nie szukał na wschód od Białowieży. Porozglądałbym się nad rzeką Leśną. Jeżeli jest w Polsce, to właśnie tam - mówi dr Wadim Sidorowicz z Instytutu Zoologii w Mińsku. Zajmuje się na Białorusi badaniem zwierząt wodno-błotnych i często widuje puszczyki mszarne żyjące na podmokłych terenach. Zna jak własną kieszeń polską część puszczy. 

To by się zgadzało. W maju 1987 roku kilka grup ornitologów widziało puszczyka polującego nad rzeką Leśną. A maj to przecież okres lęgowy. - Tam jest wszystko, czego one potrzebują. Otwarta dolina, gdzie mogą polować, i las, gdzie mogą wychować młode - mówi Wadim. Wadim zresztą też widział "brodatą sowę", jak nazywa puszczyka mszarnego, właśnie nad Leśną. 

Teoretycznie sprawdzenie tego jest łatwe. Sowy nie cierpią, gdy inne sowy wkraczają na ich terytorium. A największymi nerwusami, i to bardzo agresywnymi, są puszczyki. Wystarczy, że usłyszą konkurencję w pobliżu, i już się drą. Gdy obcy nie ustępuje, lecą sprawić mu manto. Aby się przekonać, gdzie występuje puszczyk, wystarczy magnetofon i kaseta z odpowiednim głosem, który rozeźli nerwusa. Takiego wkurzonego zwykłego puszczyka, mieszkańca lasów, ogrodów i miast, można usłyszeć przy bardzo dobrej wyżowej pogodzie nawet z odległości dwóch kilometrów. Z lokalizacją terytorium nie ma więc problemów.

Gorzej z puszczykiem mszarnym. - Słyszałem go w ogrodzie w Norymberdze, taki wielki, a głos ma słabiutki, tak sobie pod nosem pomrukuje - opowiada Karol Zub, pracownik Zakładu Badań Ssaków PAN i zapalony ornitolog, który miał chyba najwięcej spotkań z puszczykiem mszarnym, bo aż dwa. 

Fiński badacz sów Heimo Mikkola pisze, że zdarza się usłyszeć puszczyka mszarnego z 800 metrów, ale zwykle jego słabiutki głosik niesie nie dalej niż na pół kilometra. A w lesie tak gęstym jak Puszcza Białowieska może być jeszcze gorzej. Niezrażeni tym co jakiś czas udajemy się z Nurią w pewne miejsce nad Leśną i puszczamy głos terytorialny samca. To takie szybkie i miarowe buczenie: buu, buu, buu. Przeważnie nie słyszymy nic poza zwykłymi puszczykami, które drą się jak szalone, i gwizdaniem sóweczki. Ale pewnego jesiennego dnia cztery lata temu coś słabiutko dwa razy zabuczało. Było to anemiczne i niewyraźne, więc ani Nuria, ani ja nie damy sobie głowy uciąć, że na pewno był to głos puszczyka mszarnego. Ale na pewno był podobny. 

Może trzeba po prostu przeczesać Leśną? To rzeka arcydzika, zabagniona. Teoretycznie można wsiąść do kajaka, kanoe albo pontonu i po prostu popłynąć. Najlepiej wiosną, gdy jest wysoki poziom wody. Już kiedyś tego próbowałem. Na początku lat 90. razem z ówczesnym posłem zajmującym się ekologią Radosławem Gawlikiem przedziurawiliśmy łódkę już po kilometrze. Spływ trwał godzinę, a trzy razy dłużej usiłowaliśmy się wydobyć z zabagnionej doliny. Żeby spłynąć, trzeba przedzierać się przez tamy bobrowe i uważać na czyhające pod wodą gałęzie. Całej Leśnej nie pokonał chyba nikt poza Wadimem, ale on na bagnach czuje się jak łoś. 

Jedyne, co przyszło mi do głowy, to wyruszyć zimą. Bagna zamarzną, a koryto rzeki zamieni się w lodową autostradę. 

W grudniu 2002 roku, gdy temperatura spadła poniżej 20 stopni mrozu, Nuria, nasz przyjaciel Grześ Okołów i ja ruszyliśmy na narciarską ekspedycję. 

Leśna to dziwna rzeka, miejscami znika zupełnie, zamienia się w pokryte trzciną rozlewiska i nie sposób stwierdzić, którędy płynie główny nurt. Gdy płynie przez las, kluczy wśród zwalonych drzew, rozwidla się, pełna jest starorzeczy, zakoli i rozlewisk. Śladów człowieka tu nie widać, bo człowiek nie miał jak wtargnąć na tak niedostępne tereny. 

Idealne miejsce dla tajemniczego ptaka - myślałem sobie, ale znów nie trafiliśmy na najmniejszy ślad. 

Pomimo to pod koniec kwietnia 2003 roku znów pojechaliśmy nad Leśną z magnetofonem. Kilka razy puściliśmy głos samca. Długo nic się nie działo, a potem od ściany lasu dobiegł nas dziwaczny głos. Takie jakby delikatne krakanie - ka, ka ka... Ten głos przemieszczał się i był jakby coraz bliżej, a później ucichł. Najśmieszniejsze było jednak to, że dokładnie taki sam cichy głos słyszeliśmy również z naszego magnetofonu - w tle buczącego głosu samca. Co to u licha jest - ani ja, ani Nuria nie mieliśmy pojęcia. 

Może jakiś inny ptak się nagrał gdzieś w tle i tyle. To się przecież zdarza. Zdziwiliśmy się dopiero w domu, gdy zobaczyliśmy opis do naszej kasety. Pozycja, którą puszczaliśmy nad Leśną, była opisana tak: "Godowy głos samca, kłapanie dziobem oraz cichy głos samicy".

 

Uwaga, stracisz oko albo nogę

Jeżeli tam drze się jakaś samica, to może jest i gniazdo. No to trzeba się rozejrzeć za hełmem z osłoną na oczy. W Hajnówce nawet udało mi się znaleźć lekki kask robotnika leśnego, ze specjalnym daszkiem, który chroni oczy przed trocinami lecącymi spod piły. Mnie by zabezpieczał przed pazurami. 

Puszczyki mszarne nie lubią, gdy ktoś się zbliża do ich potomstwa. "Znam przynajmniej dwie osoby, które straciły oko po ataku sowy mszarnej, oraz jedną, która została przez tę sowę strącona z drzewa i złamała nogę" - pisze Mikkola. Samice stają się agresywne, gdy w gnieździe pojawiają się młode. Mikkola uważa, że agresja samic jest też związana z wysokością, na jakiej jest gniazdo. Puszczyki mszarne podobnie jak inne sowy nie budują własnych gniazd, tylko wykorzystują już istniejące konstrukcje. Lubią zajmować opuszczone gniazda myszołowa lub jastrzębia, ale nie gardzą też obłamanymi drzewami. Wystarczy, że na czubku sterczącego kikuta utworzy się zagłębienie nieco wypełnione próchnem - to już puszczykowi mszarnemu starczy. Czasem wykorzystuje też zagłębienia w ziemi. I jak się łatwo domyślić, im gniazdo niżej, tym sowia matka jest bardziej agresywna. 

Ale nie tylko. Jeżeli dany rok obfituje w gryzonie, a szczególnie w norniki, w których puszczyki mszarne najbardziej gustują, tym bardziej samica gotowa jest rzucić się z pazurami na intruza. To z ludzkiego punktu widzenia mało zrozumiałe, według nas agresywne są zwierzęta głodne. Ale sowa myśli inaczej. Dużo pokarmu to większa szansa, że wszystkie młode wyrosną na dorodne ptaki, więc tym bardziej warto ich bronić. Czasem, bardzo rzadko, atakują oboje rodzice. "Wtedy polecałbym odpowiednie ubranie i kask motocyklowy - mówi Mikkola - bo można dostać z różnych stron". 

Tak sobie to czytam i trochę martwię się o Genka Pugacewicza z Północnopodlaskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków, który bez żadnego kasku ani specjalnego ubrania wybrał się spenetrować tereny, gdzie odzywała się samica. No bo jeżeli ktoś ma znaleźć to pierwsze gniazdo puszczyka mszarnego w polskiej części puszczy, to może być to tylko Genek. Jemu niestraszne kilometry przez bagna i nikt nie ma takiego oka do ptaków jak on. Siedzimy jak na szpilkach. W końcu dzwoni. 

- Nie ma śladu po gnieździe. To musiała być jakaś młoda koczująca samica, która podnieciła się głosem waszego samca z magnetofonu - mówi - i to by się zgadzało z tym, co wyczytałem w białoruskich pracach. Im bardziej na zachód, tym mniej ptaków mających partnera.



Jest na Żebrach Żubra! 

W maju o wielkim puszczyku zupełnie zapomniałem. Pojechaliśmy do Warszawy odwiedzić przyjaciół. Siedzimy sobie razem w jakiejś chińskiej knajpce i zajadamy się specjałami, o które w puszczy raczej trudno. Ja sobie zamówiłem cielęcinę w pięciu smakach, za którą przepadam. Zadzwonił telefon. 

- Gdzie jesteś? - usłyszałem głos Karola Zuba. 

- W Warszawie. 

- No to żałuj, bo ja jestem właśnie na Żebrach Żubra i gapię się na puszczyka mszarnego. 

- Cooo? 

Życie jest naprawdę niesprawiedliwe. To my przeczesujemy dziką Leśną na nartach, ganiamy z magnetofonem, Genek łazi po chaszczach, a ta paskudna sowa pojawia się na Żebrach Żubra, najbardziej uczęszczanym szlaku w puszczy. Tam chodzą przecież szkolne wycieczki! Tak być nie może. Wkurzam się jeszcze bardziej, gdy Karol opowiada, że pierwsi puszczyka zobaczyli jacyś Anglicy, którzy może i pierwszy raz przyjechali do puszczy na ptaki. Przyjechali i od razu zobaczyli! 

Po jakimś czasie ptak przeniósł się do Rezerwatu Ścisłego, ale bynajmniej nie w jakieś miejsce odludne. Zainstalował się przy najbardziej uczęszczanych ścieżkach. Najczęściej widywany jest przy Wejściowej, to taka droga, którą przechodzą wszystkie wycieczki. Albo rezyduje na przylegającej do niej ornitologicznej powierzchni badawczej - a tam ciągle ktoś chodzi i kontroluje gniazda. 

Zastanawiam się, co on ma z tego ludzkiego towarzystwa. Co chwila ktoś do niego przychodzi i go filmuje, a on nic. Siedzi tylko i kręci tym swoim wielkim łbem albo czyści piórka. Puszczyki mszarne znane są z tego, że nie boją się ludzi, ale bez przesady. 

Albo ptak nienormalny, albo głodny i nie ma siły zwiewać, albo ludzie są mu do czegoś koniecznie potrzebni - myślę. Teoria głodu jest prawdopodobna. Słyszałem, że kiedyś kilkanaście puszczyków mszarnych zawitało do Helsinek. Zima była sroga i puszczyki były zdesperowane. Fiński ornitolog opowiadał mi, że siedziały tak na latarniach i płotach i kiwały się z głodu osłabione. 

- Trzeba było je dokarmiać martwymi myszami. A że martwych nie chciały jeść, to musieliśmy je przed nimi ciągać na sznurku, żeby myślały, że atakują coś żywego. Jak chcieliśmy któregoś złapać, to wystarczyło ciągnąć skarpetkę - mówił Fin. 

To, czy nasz puszczyk jest głodny, łatwo będzie sprawdzić. Mamy ze sobą trzy myszki, które poświęcimy, jeżeli ornitologicznej rzadkości burczy w żołądku. Pierwsza myszka ląduje na zwalonym drzewie, jakieś 10 metrów przed puszczykiem. Ten gapi się i nic. Nie widzi, nie słyszy? To niemożliwe. Te ptaki są świetnymi łowcami. Potrafią wypatrzyć zdobycz z odległości 200 metrów, a słuch mają jeszcze lepszy niż wzrok. W skandynawskich pracach można wyczytać, że normalką jest chwytanie przez nie gryzoni, których nie widać. Siedzi sobie taki nornik w śniegu, nad nim kilkanaście centymetrów puchu i lodowa warstewka na powierzchni. Ale wystarczy, że tylko się poruszy, że coś chrupnie, coś zaszeleści, i to puszczykowi mszarnemu wystarczy. Uderza z całą siłą, przebija się przez śnieg i po norniku. 

Nasza myszka schodzi z pnia i ginie w wiosennej gęstwinie leśnego runa. Wiemy, gdzie jest, bo widzimy, jak delikatnie poruszają się wierzchołki roślin. Dopiero wtedy ptaszysko zaczyna kręcić głową. Ułamek sekundy i już jest na ziemi. Myszka nawet nie pisnęła. Puszczyk wrócił z nią na swoją gałąź i połknął równie szybko jak złapał. Może zje następną? Kolejna myszka ląduje na pniu. Ale tym razem puszczyk ma ją w nosie. Myszki są już bezpieczne. Co on je? - zachodzimy w głowę. Gryzoni w lesie w tym roku prawie nie ma, więc na kolejne myszki powinien się rzucać jak szalony. Przecież nie najadł się jedną myszką, skoro dziennie taka sowa zjada około 150-160 g pokarmu, czyli od 6 do 10 myszek.

 

Na co puszczykowi ludzie?

Zagadka z dietą puszczyka wyjaśnia się wkrótce. W tydzień po naszym pierwszym spotkaniu chcę mu zrobić jeszcze parę zdjęć. Ale mija godzina, potem druga, kręcę się w kółko i nigdzie nie mogę wypatrzyć wielkiej popielatej kupy pierza. 

- Nie łaź, ale nasłuchuj. Jak usłyszysz, że kosy się denerwują, to on tam będzie - radzi mi Karol przez telefon. 

I ledwo skończyliśmy rozmawiać, usłyszałem wrzask. Nie tylko kosów, ale też sójek, które na widok każdego leśnego drapieżnika drą się, ile wlezie. Powolutku ruszyłem w tamtym kierunku. Puszczyk siedział niziutko, na małej suchej gałązce świerku, którą całą przykrył piórami. Siedział i kłapał dziobem, bo co chwila przylatywał kos albo sójka i atakowały go lotem nurkowym. Bach, i popielate pióra na wielkiej głowie były poczochrane. Widać puszczyk bardzo się im naraził, a narazić się mógł tylko jednym. Był niebezpieczny dla ich młodych. 

- Takie niezbyt dobrze latające młode kosy poruszają się głównie na piechotę. To wytłumaczenie, dlaczego puszczyk siedział tam, gdzie chodzili ludzie. Bo płoszyli młode ptaki - sądzi Patryk Rowniński ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. 

To by się zgadzało. Gryzonie są szalenie ruchliwe i łatwo je namierzyć, ale w lesie ich nie ma. Puszczyk więc przestawia się na ptaki. Te dorosłe trudno złapać. Młode też, bo siedzą bez ruchu, jak skamieniałe. Ruszają się dopiero gdy rodzice przylatują je karmić. Tylko że żaden rodzic nie będzie karmił młodych, gdy widzi w pobliżu takiego drapieżnika. Za to ludzie, chodząc po lesie, zmuszają je do ruchu. To wystarcza sowie, by namierzyć ofiarę.



Poleciał szukać karczowników

Pod koniec maja, gdy młode ptaki wyrosły, przybysz z wielką głową zniknął. Może wrócił na Białoruś? Nie wiem. Niestety, szansa na to, że kiedyś znajdę gniazdo, jest niewielka. Na Białorusi, jak twierdzi Wadim, puszczyki mszarne są tam, gdzie żyją karczowniki, spore nornikowate gryzonie. Mieszkają one na terenach podmokłych. Budują z roślin gniazda naziemne albo pływające. Jest to coś w rodzaju małego kopczyka, który wygląda jak miniżeremie. Taki karczownik, ważący od 60 do 120 g, to dla puszczyka mszarnego niebywała zdobycz. Karczownikami łatwiej wykarmić młode niż o wiele mniejszymi nornikami północnymi. Ale sowy mszarne nie są jedynymi amatorami karczowników. Uwielbia je zjadać norka amerykańska, sprowadzona do Europy w latach 30., która w ciągu ostatnich 20 lat rozpleniła się niebywale. I to prawdopodobnie ona jest odpowiedzialna za to, że często spotykane na początku lat 90. karczowniki stały się już rzadkością w puszczy i nie tylko. Na Białorusi, jak twierdzi Wadim, karczownikom udaje się przetrwać tylko na bagnach, które nie są pocięte rzeczkami. Norka poluje wzdłuż ich brzegów. Im gęstsza sieć rzeczek, tym mniej karczowników i tym mniejsza szansa na znalezienie gniazda puszczyka. Niestety, w polskiej części puszczy bagna są wąskie i zawsze jest jakaś rzeczka. Szkoda, bo już upatrzyłem sobie fajny pomarańczowy kask z osłoną na oczy.

Tekst i fotografie: Adam Wajrak

Żal jerzyka, żal

krogulec14

Bez tego wspaniałego opowiadania trudno byłoby mówić o "obchodach jerzyka" na plamce. "Żal jerzyka, żal" jest wspaniałym opowiadaniem, którego autorem jest, oczywiście, Adam Wajrak. Tytuł, przyznaję, mnie zmylił jak rzadko jaki. Z każdym akapitem oczekiwałem jakiegoś nieszczęścia, a tu proszę, czekała na człowieka taka miła niespodzianka ;-)

Warto zaznaczyć, że pomagający Adamowi, w opiece nad Grubaskiem, Jerzy Desselberger jest sekretarzem Polskiej Komisji Faunistycznej. Przy takiej opiece (Nuria, Adam i pan Jerzy) jerzyk spać mógł spokojnie. Nie miało prawa nic mu się stać :-)

Adamowi pozwolę sobie podziękować za bardzo szybkie przysłanie zdjęcia jerzyka "kukającego" z pudełka. Brak jej na pewno byłby bardzo widoczny.

"Żal jerzyka, żal" pochodzi oczywiście z "Kuny za kaloryferem".

Jerzyk przybył do nas tego samego lata co bociany. Nazwaliśmy go Grubasek, bo prawie przez miesiąc nic nie robił, tylko jadł, pił, spał i tył. Rósł za to jak na drożdżach.

Dostaliśmy go od Helenki Jędrzejewskiej. Z początku o żadnym imieniu nie było mowy, bo był w fatalnym stanie. Helenka z tatą odebrała go kunie, która wyciągnęła malucha z gniazda, ale następnego dnia Helenka znów znalazła go w ogródku. Dawała mu muchy, ale jerzyk słabł w oczach, no bo ile much może nałapać człowiek.

Nie byłem pewien, czym żywić młodego jerzyka. Ptaki te większość czasu spędzają  w powietrzu. Bez latania żyć nie mogą, lecz żeby latać, muszą mieć odpowiednio rozwinięte lotki, czyli pióra skrzydeł i ogona. Bez nich nie ma mowy o zdobywaniu pożywienia. Jerzyk potrafi nawet spać w trakcie lotu. Polują na wielkich wysokościach, zwykle między poziomem pięciuset metrów a półtora kilometra. Lot to ich życie.

Trzeba więc jerzyka odpowiednio karmić. Brak któregoś ze składników może się momentalnie odbić na wzroście lotek i jerzyk nigdy nie wzbije się w powietrze. Wychować takiego ptaszka, aby latał potrafi tylko jeden człowiek w Polsce - Jerzy Desselberger, ornitolog. Miał za sobą setki różnych ptasich wychowanków, w tym grubo ponad setkę jerzyków; nie to co ja - zaledwie kilkanaście. Trudno więc się dziwić, że nie widziałem żadnych szans na wychowanie znajdy.

- Chodź, Paul, idziemy skrócić cierpienia ptaszkowi - powiedziałem znajomemu Holendrowi, który miał doświadczenie w hodowli zwierząt, bo pracował w kilku ogrodach zoologicznych.

Zobaczył jerzyka i przyznał mi rację. - Nie otwiera oczu, a to oznacza, że jest bardzo odwodniony. Raczej nic nie da się zrobić - stwierdził i już mieliśmy ukatrupić biedaka, gdy nagle zrobiło mi się go bardzo żal...

Jakby tego było mało, po stronie jerzyka opowiedziała się Nuria. Postanowiłem, że spróbuję go wychować, choć to, że się uda, było równie nieprawdopodobne jak lądowanie UFO w Białowieży.

Ratujemy przez telefon

Wszystko wskazywało, że być może zdołamy pokonać odwodnienie organizmu i ptaszek mógł nawet być fizycznie zdrów, ale szanse by jego lotki  wyrosły tak jak trzeba, były marne. W takim wypadku i tak trzeba będzie go uśpić. Jedyna nadzieja była w Jerzym Desselbergerze. Ale on był w Warszawie, a my - w Białowieży.

Nigdy nie wychowywałem jerzyka przez telefon, ale spróbujemy - powiedział Jerzy. I od razu rozpoczął rozpytywać, ile nasz podopieczny waży i jaką ma długość skrzydeł. Wyszło, że skrzydła mają około dwunastu centymetrów, a jerzyk waży mniej niż trzydzieści gramów.

- Niedobrze - powiedział Desselberger. - Za mało waży. Trzeba w niego pakować kluseczki. Dwadzieścia kluseczek mojej mieszanki, do tego trzy kluseczki z białka jaka i dwie z żółtka. Razem to dwadzieścia pięć kluseczek. I to wszystko trzy razy dziennie.

Mieszanka Desselbergera to prawdziwy wynalazek. Niebywale prosta i skuteczna. Robi się ją z sera, glukozy, mąki kukurydzianej, mąki ryżowej i witamin. Wszystko to miesza się w odpowiednich proporcjach w zależności od gatunku ptaka i jeżeli nie jest on specjalnie chory, to nie ma takiego gatunku, który by się na niej nie wychował.

Tyle, że poza serem i mąką kukurydzianą w Białowieży nie można było dostać pozostałych składników. Glukozę zdobyłem tylko dlatego, że dobrze był w nią zaopatrzony lekarz weterynarii i specjalista od żubrów doktor Zbigniew Krasiński z Białowieskiego Parku Narodowego. Ale o mące ryżowej już nie było mowy. "No cóż - pomyślałem - jerzyk obejdzie się bez jednego składnika".

Karmienie okazało się sztuką nie lada. Jerzyki mają olbrzymie paszcze. Rodzice karmią młode, wkładając głowę do wielkiej gardzieli młodego i zwracając złowiony wcześniej pokarm.

- Kiedy są głodne, powinny chwytać palec - instruował pan Jerzy. Z początku nasz maluch ani myślał tego robić, z trudem otwieraliśmy mu dziób wykałaczką, pakowaliśmy kluseczki z mieszanki i strzykawką wlewaliśmy wodę. Jak najwięcej, bo lepiej, żeby ptak dostał zbyt wiele płynów, niż był odwodniony.

O rany, kryzys mija

Po trzech dniach jerzyk otworzył jedno oko, a później drugie. Kryzys odwodnienia minął. Z naszych pomiarów wciąż jednak wynikało, że lotki skrzydeł ani drgnęły. Na dodatek jedno ze skrzydeł było o kilka milimetrów krótsze od drugiego. Dobrze wiedziałem, że te milimetry oznaczają dla ptaka latać albo nie latać, czyli dla naszego jerzyka być albo nie być.

Smutny jak nie wiem co zadzwoniłem do Jerzego Desselbergera z pytaniem, jak jerzyka uśpić. Podał mi nazwę leku usypiającego. - Ale na to jeszcze mamy czas - zaznaczył. - Niech mi pan powie, które lotki są najdłuższe.

Spojrzałem na ptaszka. Najdłuższe były pierwsze, pierwszorzędowe lotki. - To niedobrze - mówił specjalista. - Najsilniejsze powinny być te drugie w kolejności. Ale może jeszcze się to wyrówna. Niech je, ile może, nawet nieco więcej, niż mówiłem - pocieszał.


Na zmianę z Nurią tuczyliśmy więc malucha. Karmiliśmy nawet cztery razy dziennie. Pomogło i po tygodniu jerzyk był już całkiem gruby, ważył czterdzieści parę gramów. Zaczynał chwytać palec, a na dodatek domagał się jedzenia, cichutko świergotając.

Czasami wyglądał przez dziurkę w pudełku, sprawdzają, czy to już czas karmienia. Co kilka godzin wyjmowaliśmy go z pudełka i na stole w kuchni napychaliśmy kluseczkami. Po paru kulkach napinał się i robił kupę, a kiedy dochodziliśmy do dwudziestu klusek, zaczynał, świergoląc, opierać się i chował głowę pod siebie. Po dwudziestu kilku kluskach zamykał oczy i zasypiał.

- Takie jest jego zadanie: jeść, spać i robić kupę, ale jeszcze trzeba go trochę podciągnąć. Na wylocie powinien mieć około czterdziestu ośmiu gramów - tłumaczył Desselberger.

Przy karmieniu właśnie nazwaliśmy żarłoka Grubaskiem. To znaczy nazwała go tak Nuria, mówiąc do jerzyka "Gordito", co po hiszpańsku znaczy właśnie "Grubasek".

Pewnego dnia przy mierzeniu skrzydeł krzyknęliśmy z radości. Lotki, o które baliśmy się najbardziej, zaczęły rosnąć! Pudełko Grubaska było pełne osłonek z lotek, które bardzo przypominały ludzki łupież.

Coraz ładniejszy robił się także jego ogonek, wcięty jak u jaskółki, choć naprawdę powinno się mówić, że to jaskółki mają ogonki wcięte jak u jerzyków, bo jerzyki są o wiele starszą grupą ptaków niż jaskółki. Całe podobieństwo bierze się stąd, że i jaskółki, i jerzyki polują w locie na owady. To ptaki przestrzeni powietrznych. Z tym, że jaskółki nie są takimi mistrzami latania jak jerzyki.

Start z płaskiego

- A co będzie, jak Grubasek nie poleci? Będziemy go trzymać, prawda? - martwiła się Nuria.

- Tak, jakoś to będzie - odpowiadałem, choć dobrze wiedziałem, że będzie to dla jerzyka wegetacja.

- Poleci - pocieszaliśmy się więc z Nurią, choć baliśmy się momentu, kiedy Grubasek będzie musiał się wzbić w powietrze. Może nie będzie umiał, może się okaże, że nasze zabiegi na nic, i ptaszek runie na ziemię jak kamień.

A czas płynął nieubłaganie. Grubasek powinien nas opuścić w końcu sierpnia. Jerzyki przylatują do Polski w maju, a odlatują w sierpniu. Choć - jak twierdzi Jerzy Desselberger - mogą opuszczać nasz kraj jeszcze we wrześniu. Są to ptaki typowo letnie. Ornitologiczne lato zaczyna się wraz z ich przylotem i kończy z odlotem. Wszystko dlatego, że do łowów potrzebują dobrej pogody. Wszelkie jej załamania starają się omijać lub przeczekiwać uwieszone ścian domów, skał lub drzew.

Potrafią zapadać w coś w rodzaju hibernacji. Pisklęta jerzyków, kiedy ich rodzice ze względu na złą pogodę nie mogą im dostarczyć pokarmu, redukują temperaturę ciała i przemianę materii. Być może ta umiejętność uratowała naszego Grubaska przed śmiercią z głodu.

O talencie jerzyków do latania krąży wiele mitów. W różnych ornitologicznych pracach na ich temat można znaleźć, że ptaki te są tak przystosowane do latania, że kiedy z jakichś powodów wylądują na płaskim gruncie, nie są w stanie wzbić się w powietrze. Sam zresztą, przyznaję, pisałem o tym. Teoria ta opiera się na założeniu, że jerzyki mają za długie skrzydła w stosunku do reszty ciała, a za słabe kończyny, i po prostu nie umieją się odbić od matki ziemi.

- Cała ta teoria nie ma nic wspólnego z prawdą. Jerzyki oczywiście nigdy nie powinny spadać na ziemię, to jest sprzeczne z ich naturą, ale jeżeli się to zdarzy, zdrowe ptaki mogą wystartować. U niektórych osobników kończyny są na tyle mocne, że mogą podskoczyć. Z moich doświadczeń wynika, że jerzykom wystarcza jedna trzecia pełnego zamachu skrzydłami, aby wzbić się w powietrze - protestował jednak Jerzy Desselberger.

Według niego mit, że jerzyk nie może poderwać się z płaskiego gruntu, wziął się stąd, że gdy ptak ten znajdzie się na ziemi, to albo jest osłabiony, albo ma uszkodzone lotki. - Dla jerzyka ta sytuacja jest nienormalna i nawet zdrowy ptak potrzebuje chwili namysłu, aby wpaść na pomysł, jak się oderwać od ziemi - wyjaśniał mi.

Około 16 sierpnia Grubasek zaczął tracić apetyt. Trzeba się było naprawdę namęczyć, by go nakarmić. Kluseczki zaczął wypluwać i przestał się dopraszać o jedzenie. Przy karmieniach kląłem jak szewc, ale nadal pakowałem w niego kluseczki.

- Zbliża się moment wylotu - wyjaśnił przez telefon mój mistrz. - Teraz musicie precyzyjnie mierzyć lotki, tak aby wiedzieć dokładnie, kiedy przestaną rosnąć. Kiedy wzrost ustanie, będzie to znak, żeby ptaka wypuścić.

18 sierpnia nie odnotowaliśmy już żadnego wzrostu. Najdłuższa lotka, tzw. druga lotka pierwszorzędowa, zatrzymała się na długości szesnastu centymetrów i dziewięciu milimetrów.


Jerzyk wzbija się w powietrze

20 sierpnia była piękna pogoda.

- Dobra, albo teraz, albo nigdy - oznajmiłem Nurii i Declanowi, naszemu koledze z Irlandii (nie bocianowi przecież), i wyjąłem Grubaska z pudełka. Wzięliśmy drabinę i poszliśmy za stodołę, za którą rozciągają się białowieskie pola. Stanąłem na najwyższym szczeblu drabiny z jerzykiem w ręce. Czułem, jak mnie i jemu wali serce. Nuria z Declanem oddalili się nieco, aby w razie upadku ubezpieczać ptaszka.

Nawet nie pamiętam dokładnie momentu, kiedy z rozmachem wyrzuciłem go w powietrze, ale pamiętam bardzo dobrze, jak Grubasek, nieudolnie machając skrzydłami, spadał niby kamień na ziemię. Pamiętam też dokładnie przerażoną twarz Nurii, gdy spadał w jej pobliżu. Wszystko trwało sekundy. I nagle stał się cud. Jakiś metr nad ziemią Grubasek przestał machać byle jak i zamachał skrzydełkami jak prawdziwy jerzyk. Momentalnie wzbił się w powietrze i wzleciał nad pola.

Leciał, pracując szybko skrzydełkami, jakby przestraszony nowym doznaniem. Tak zrobił kilka kółek nad naszymi głowami. Potem spróbował, jak się szybuje, i nagle, przynajmniej my to tak odebraliśmy, poczuł, że latanie to jest to, co jerzyki lubią najbardziej. Już całkiem pewnie zatoczył dwa kółka, wzbił się naprawdę wysoko i zniknął za horyzontem żegnany naszymi okrzykami.

- Będzie królem jerzyków - zawyrokował Declan.

- Udało się, nasz jerzyk pięknie poleciał - relacjonowałem panu Desselbergerowi.

- Wiem, jaka to radość puścić takiego ptaszka i widzieć, jak leci. Wspaniałe uczucie. Ile ważył? Czterdzieści siedem gramów? To ma zapas na parę dni - mówił pan Desselberger. - teraz ptak, jak zaprogramowany, będzie się starał wypatrzyć ciemne punkciki w powietrzu. Jeżeli będą blisko, to znaczy, że są to owady, a jeżeli daleko, to będzie to grupa jerzyków lub jaskółek, co oznacza, że i tam są owady. A potem jerzyk powoli zacznie się kierować na południe.

Trzy dni później pojechaliśmy do Warszawy. Nad blokami przelatywał jerzyk.

- To na pewno Grubasek - zawyrokowała Nuria.

- Na pewno - odpowiedziałem, choć mógł to być jakikolwiek jerzyk.

Wróciliśmy do Białowieży. Od wylotu jerzyka mijały dni, a Nuria i ja wciąż łapaliśmy się na tym, że słyszeliśmy jego świergolenie. Pudełko, w którym mieszkał, też jeszcze stało w swoim miejscu pełne zeschniętych kup. Nikt nie kwapił się do wywalenia go do śmieci. Nie wiedzieć czemu, bo w sumie Grubasek to był ptaszek, który tylko jadł, pił, spał, robił kupę, aż w końcu poleciał.

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci