Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Ptaki Macieja Szymańskiego

Świerszczak, brzęczka i strumieniówka

krogulec14

     Mam nadzieję, że dzisiejszy artykuł Macieja Szymańskiego rozjaśni nam nieco obraz... "trzech muszkieterów" z trzcinowisk:

     Gdy przyjrzymy się dokładniej tercetowi świerszczaków, do którego należą brzęczka, strumieniówka i tytułowy świerszczak, okaże się, że mamy do czynienia z jedną z bardziej tajemniczych ptasich rodzin. Sprawiają one problemy nie tylko obserwatorom i fotografom ptaków, ale również profesjonalnym badaczom. Niełatwo poddają się również ulubionemu zajęciu systematyków lubiących szufladkowanie świata. Do niedawna mówiło się, że świerszczaki to jedyni polscy przedstawiciele rodzaju Megalurus. Dzisiaj twierdzi się natomiast, że rodzaje Locustella i Megalurus to kuzyni, a nie bracia. Nie będziemy jednak wnikać w ich stopień pokrewieństwa i zajmiemy się wyłącznie naszym polskim świerszczakowym triem.

     Nawet niewprawne oko obserwatora ptaków zauważyłoby fizyczne podobieństwo wszystkich trzech gatunków. Są to małe, szarawo-beżowo-brązowawe ptaki różniące się nieznacznie tonem barwy i - przede wszystkim - odmiennymi wzorami na powierzchni pierzastej szaty. Do podobieństw należy zaliczyć przede wszystkim sylwetkę. Życzliwi piszą o świerszczakach, że są smukłe. To bez wątpienia eufemizm. Nie są bowiem wcale smuklejsze od innych ptaków ich wielkości. Mówiąc szczerze: są po prostu nieproporcjonalnie wydłużone. Tam gdzie u każdego innego, szanującego się gatunku, kończy się ptak i zaczyna jego ogon, u świerszczaków jeszcze nie widać końca ciała. Można rzec, że świerszczaki są takimi "ptasimi jamnikami". To jednak tylko pozory. Ich drobne ciałka kończą się tam gdzie trzeba, a wrażenie nieregulaminowej długości powstaje przez niebywale długie pokrywy podogonowe, które są niewiele tylko krótsze od samych piór ogona - sterówek.

Świerszczak

     Fachowcy twierdzą, że jeżeli zawiodą nas wszystkie inne cechy rozpoznawcze, ptak nie będzie miał zamiaru odezwać się, siądzie w takim miejscu i w takiej pozie, że nie zobaczymy wzoru na wierzchu ciała, ani na piersi, jedno spojrzenie... pod ogon - no cóż, czego nie robi się z chęci zaspokojenia ciekawości - pozwoli przynajmniej na odróżnienie świerszczaka od pozostałej dwójki. Przez środek każdego świerszczakowego piórka pod ogonem biegnie ciemna kreska.

     Potraktowawszy całą trójkę mędrca szkiełkiem i okiem (a zwłaszcza linijką) dowiemy się, że najdłuższa jest brzęczka - 14-15 cm. Świerszczak i strumieniówka mają po 13 cm. Z kolei strumieniówka ma najdłuższe skrzydła, o rozpiętości nawet do 22 cm. Brzęczka i świerszczak mają zazwyczaj około 20 cm. Świerszczak wyróżnia się natomiast tym, że jest najlżejszy (14 g) natomiast strumieniówka to już "waga ciężka" - nawet do 18 g.

     Innego rodzaju podobieństwo całej "świerszczącej" trójcy wychwyci nawet niewprawne ucho miłośnika ptasich treli, szczebiotów, pogwizdywań, kląskań... Z trudem można znaleźć inne polskie ptaki "śpiewające", które wydawałyby z siebie tak nieudolne - pożal się Boże - melodie. Świerszczak - najlepszy wokalista w tym tercecie - odzywa się głosem, który biegli entomolodzy mogliby uznać za rzępolenie pasikonika zielonego. Strumieniówka - to głos, który przypomina rzężenie elektrycznego transformatora w czasie deszczu lub usiłowanie uruchomienia silnika bez nalania paliwa do zbiornika. Brzęczkę natomiast z trudem odróżnimy od wędkarskiego kołowrotka holującego do brzegu ogryziony z przynęty haczyk. Nic zatem dziwnego, że ich naukowa, łacińska nazwa nawiązuje do szarańczy, której talent muzyczny rzeczywiście przypomina popisy całej trójki.

     Teoretycznie nie ma problemu, aby usłyszeć głosy wszystkich tych trzech gatunków w jednym miejscu. Miejsce to musiałoby jednak składać się z trzech odmiennych środowisk. Najsuchsze z nich (choć nie suche!) rozbrzmiewałoby głosem świerszczaka. Usłyszymy go na torfowiskach, zwłaszcza w strefie turzycowisk oraz na zaniedbanych wilgotnych ugorach i w młodnikach sosnowych na porębach, jeśli są porośnięte wysokimi trawami i turzycami. Aby go odszukać, należałoby przejrzeć miejsca wystające ponad morze traw. Na gałązce krzaka, pojedynczym - czasem suchym - badylu, możemy dostrzec niepozornego ptaszka z zadartą nieco ku górze główką. Mini-ruchów dziobka w czasie "śpiewu" oko ludzkie nie jest w stanie wychwycić. Świerszczak zazwyczaj nie siada na samym czubku swojej ulubionej gałązki, ale i tak wyraźnie odcina się od otaczającej zieleni. Powiększenie w lornetce spowoduje, że na grzbiecie "śpiewaka" dostrzeżemy wyraźny "lamparci" deseń. Jeżeli będziemy wystarczająco cierpliwi i ostrożnie zbliżymy się do miejsca, w którym widzieliśmy wcześniej śpiewającego ptaka, możemy go po chwili zobaczyć ponownie i już z bliska. Świerszczak ma bowiem kilka granicznych strażnic swojego terytorium i oblatuje/obśpiewuje je po kolei. Gdy wróci do pierwszej, a my jesteśmy w jej pobliżu, nie łudźmy się - natychmiast odkryje naszą obecność, co jednak nie do końca go speszy. Wbrew pozorom jest bowiem ptakiem dosyć ufnym, a ufa przede wszystkim w swoją niewidzialność w trawach. Podobnie jak oba pozostałe gatunki ma zwyczaj poruszać się na sposób mysi, szybko biegając po ziemi między trawami. Zaintrygowany potrafi natychmiast podbiec do obserwatora i obejrzeć go z odległości nawet pół metra. Spośród wszystkich trzech gatunków świerszczak może uchodzić za obszarnika. Zdarza się bowiem, że usiłuje bronić terytorium o powierzchni dwóch hektarów.

Brzęczka

     Bez większego kłopotu uda się nam zobaczyć brzęczkę. Wystarczy chwila cierpliwości i uwagi, aby w łanach trzcin wokół zbiorników wodnych wypatrzeć małego ptaka siedzącego na jednej z trzcin - wystającej ponad inne. Nieustający terkot i pionowa sylwetka pozwolą szybko wypatrzeć i oznaczyć gatunek. Ponadto - gdyby próbowała nas ogarnąć wątpliwość, którego ze świerszczaków widzimy, dobrą cechą rozpoznawczą brzęczki jest... brak dodatkowych cech rozpoznawczych: żadnych wzorków, deseni, rzucików, rysunków. Wsłuchując się w głos brzęczki możemy odnieść wrażenie, że terkocze raz głośniej, raz ciszej. W rzeczywistości jej "pieśń" jest niezmienna pod względem siły głosu. O urozmaiconym natężeniu przesądza kierunek, w którym brzęczka właśnie zwróciła główkę. Nieco tylko zaniepokojona naszą obecnością brzęczka nie rezygnuje ze "śpiewo-terkotu", a jedynie obniża swoją pozycję na trzcinie, przez co niknie wśród wiechci trzcinowych kwiatów.

     Najtrudniej pójdzie nam ze strumieniówką, jeżeli zdecydowała się zająć centralny punkt typowego dla niej środowiska. Strumieniówka lubi bowiem podmokłości występujące w wilgotnych lasach: olsach i łęgach topolowych i wierzbowych. Nie pogardzi również zalesionymi mokradłami oraz zadrzewieniami mad rzekami, strumieniami czy rowami. Nie pozostanie wówczas nic innego jak wypatrywać jej przez lornetkę lub lunetę. Nie będzie to jednak zbyt trudne, gdyż samo terytorium strumieniówki może zamknąć się w kole o promieniu 50 metrów. Gdy ją zlokalizujemy, naszym oczom ukaże się mały ptaszek o wrzecionowatym kształcie z charakterystycznym kreskowaniem szyi i piersi. W zamian za trudności z zobaczeniem, strumieniówkę najłatwiej usłyszymy. Głos ma bowiem tak donośny, że nie sposób przeoczyć jej rzężącego piłowania. Są wprawdzie tacy, którzy twierdzą, że strumieniówkę można pomylić z brzęczką, a jeszcze odważniejsi sugerują, że można nie odróżnić jej głosu od świerszczakowego. Włóżmy te opowieści między bajki. Jeśli znamy głosy naszej trójki choć trochę - o pomyłkę będzie niezwykle trudno.

     Ptasia decyzja o wyborze przez naszych bohaterów takiego, a nie innego miejsca zamieszkania może podpowiedzieć fotografującemu, na jakie warunki oświetleniowe należy się przygotować. Brzęczkę najczęściej zobaczymy oświetloną słońcem. Świerszczak narazi nas na zmienne i kontrastowe oświetlenie, gdyż raz skryje się w cieniu traw i liści, by za chwilę zaśpiewać z jasno oświetlonej gałązki. Strmieniówka z kolei, z rzadka tylko wychynie z cienia, by zaraz potem szybkim kłusem zniknąć w trawach lub gałęziach krzaka.

     Wszystkie trzy świerszczaki wracają ze swoich "ferii zimowych" dosyć późno. Pierwsza - w połowie kwietnia - pojawia się brzęczka. Ma też chyba najkrótszą drogę do pokonania, gdyż zimuje w północnej części Afryki, a część brzęczek zadowala się łagodną zimą na południu Hiszpanii. Zaraz po niej, w trzeciej dekadzie kwietnia, wraca ze wschodniej Afryki (niekiedy aż znad Zambezi) świerszczak. Dopiero w maju, wygrzana słońcem równikowej Afryki, melduje się po powrocie strumieniówka.


     Objąwszy w posiadanie swoje nowe włości i założywszy podstawową komórkę społeczną, każde z naszej trójki przystępuje do budowy gniazda. Świerszczak buduje je na ziemi w płytkim zagłębieniu, w kępie traw lub turzyc. Brzęczka z kolei wije swoje gniazdo w trzcinach, zawsze ponad ziemią - mniej więcej na wysokości 20 cm - zaraz przy samym brzegu stawu, jeziora, rzeki. Kompromisowo podchodzi do kwestii umiejscowienia gniazda strumieniówka. Nie robi jej większej różnicy czy gniazdo jest na ziemi, czy też ponad nią (do wysokości 30 cm).

     Cała trójka tylko nieznacznie różni się poglądami na preferowany model rodziny. Dla brzęczki ideałem jest 2 + 4-6, a dla świerszczaka 2 + 5-6. Najambitniejsza jest strumieniówka planując swoją rodzinkę na 2 + 5-7. Co ciekawe, tę największą gromadkę wysiaduje wyłącznie pani strumieniówkowa, podczas gdy brzęczka i świerszczak dzielą domowe obowiązki pomiędzy oboje rodziców. Świerszczak wyróżnia się natomiast tym, że swoje jaja ogrzewa przez 13-15 dni, podczas gdy obu pozostałym gatunkom wystarcza 11-12 dni.

     Wszyscy trzej nasi świerszczący bohaterowie są natomiast zgodni co do gustów pokarmowych. Zajadają się owadami, ich larwami oraz ślimakami i pajęczakami. Największą fantazją w ich chwytaniu wykazuje się świerszczak, który nie tylko poluje na swoją zdobycz zbierając ją z ziemi, traw, liści, lecz również nie waha się rzucić w powietrzną pogoń za odlatującym jedzonkiem.

     Ten krótki rzut oka na polskie świerszczaki pokazuje jak trudno o jednoznaczne oceny i jak łatwo zwodzą stereotypy. Czy bowiem nasi bohaterowie są bardzo podobni, czy jednak bardzo różni? Czy największy oznacza najcięższy? Czy najmniejszy ma najmniejsze terytorium? Czy największa liczba potomstwa zmusza do opieki oboje rodziców? Zaskakujące nieraz odpowiedzi na te i wiele innych pytań, które podsuwają świerszczak, brzęczka i strumieniówka świadczą wyłącznie o niezmierzonym bogactwie ptasiego świata i warto zadać sobie nieco trudu, aby go lepiej podejrzeć i poznać.

Tekst i zdjęcia Maciej Szymański   www.maciej-szymanski.pl

Radosny jak skowronek

krogulec14

W "Ptakach" prezentowałem skowronka. W galerii Macieja Szymańskiego ptak ten jest bardzo ciekawie zaprezentowany, więc... może spróbuję wywołać wiosnę? ;-) Wszak ze śpiewem tego ptaka mocno mi się kojarzy!

Radosny jak skowronek Skowronek to ptak wyjątkowy. Należy do elitarnej dwójki gatunków, które praktycznie każdy mieszkaniec naszego kraju rozpoznaje po śpiewie (drugim jest w moim przekonaniu kukułka - śpiewak przez małe "ś"). Co więcej, większość ludzi zna skowronka wyłącznie jako jego głos i co najwyżej jako małą skrzydlatą plamkę, którą wypatrzyli - nie bez trudu - na niebie.

Cóż zatem jest tak niezwykłego w skowrończym głosie? Zastanawiając się nad tym, na wszelki wypadek raz jeszcze przesłuchałem dostępne nagrania i... nic. Głos jak głos: piękna, skrząca się kaskada dźwięcznych dzwonków. O gustach nie zamierzam dyskutować, ale każdy chyba przyzna, że wskazałby inny ptasi głos, który nie tylko dorównuje urodą skowrończemu, a często przewyższa go. Pamiętamy czarne myśli jakie naszły Tuwimową słowikową, kiedy mąż spóźniał się do domu. Podejrzewała, że został napadnięty nie przez kogo innego, a właśnie przez skowronka i jego bandę skowroniątek, którzy przez zazdrość "srebrny głosik skradli".



O popularności skowronkowego przeboju przesądza zatem nie sama jakość melodii i tekstu, lecz okoliczności w jakich jest wykonywany. Lansując swoje piosenki skowronek wykorzystuje kilka przemyślanych socjotechnik. Po pierwsze zaczyna promocję już w czasie, gdy inni śpiewacy dopiero zastanawiają się, czy nadszedł czas, aby opuścić ciepłe kraje. Ludowe porzekadło głosi, że "święta Agnieszka (21 stycznia) wypuszcza skowronka z mieszka". Nad pustymi polami, gdzie nierzadko zalegają jeszcze płaty śniegu, w słoneczny dzień można już usłyszeć dźwięczną piosenkę. O tej porze roku mamy już zdecydowanie dość zimy i taki zwiastun wiosny bardzo dobrze odpowiada na naszą tęsknotę za wiosną.

Gdy już nadejdzie wiosna i codziennie o świcie rozbrzmiewają wspaniałe ptasie chóry, przeciętny mieszkaniec naszego kraju śpi snem sprawiedliwego. Gdy się wreszcie obudzi, najlepsi ptasi śpiewacy zajmują się codzienną krzątaniną, w której śpiew nie jest zajęciem pierwszoplanowym.



Nie dotyczy to jednak skowronka. Mocne promienie południowego słońca w niczym nie zakłócają jego dźwięczącej pieśni, którą wypełnia nasze uszy. Nie przez przypadek domorośli psycholodzy dzielą ludzi na "sowy" - ślęczących po nocach i niechętnych rannemu wstawaniu i "skowronki", którzy ożywają rano i działają wówczas, gdy słońce świeci na niebie.

Szekspirowski Romeo (ten od Julii) mówił wprawdzie o skowronku "to, ów czujny herold ranku", można jednak zakładać, że również Romeo po nocnych amorach nie zrywał się o rannej zorzy. Jeszcze jedną okolicznością umacniającą skowronka na pierwszym miejscu ptasiej listy przebojów jest fakt, że gdy wszyscy inni śpiewacy kończą sezon w czerwcu, skowronek (pospołu z trznadlem i pokląskwą - cóż za marna konkurencja) śpiewa nadal, nie przejmując się letnim skwarem.



Oddajmy jednak honor samej piosence. Gdyby we wszystkich wymienionych okolicznościach do naszych uszu dobiegało krakanie wrony, z pewnością nie odbieralibyśmy go z taką sympatią jak skowrończe dzwonki. Jest w nich bowiem coś, co nastraja nas bardzo optymistycznie do życia. "Radosny jak skowronek" stało się już stałym związkiem frazeologicznym. Ze zdziwieniem natomiast odkryłem, że "być w skowronkach" jako określenie radosnego uniesienia, to fraza całkiem młoda, która narodziła się dopiero po przeboju popularnego kiedyś zespołu Skaldowie "Cała jesteś w skowronkach". Widać jednak, że autor słów, Leszek Andrzej Moczulski, kojarzył skowronka z radością. Z całą pewnością nie przez przypadek.


Tekst i zdjęcia: Maciej Szymański   www.maciej-szymański.pl

Skowrończyk krótkopalcowy - mala ševa

krogulec14

Kilka dni temu w "Ptakach" wspomniałem o skowrończyku krótkopalcowym. Osobniki tego gatunku niezmiernie rzadko zaglądają do naszego kraju, więc nie miałbym nic o nich do opowiedzenia na Plamce. Za to znalazłem na stronie Macieja Szymańskiego ciekawą historię o tym ptaku:

Opowieść o tym jak doszło do naszej znajomości jest dla mnie nieco kłopotliwa..., ale co tam - opowiem. Na łonie wojwodińskiej natury zabawiałem się właśnie z dzierlatką... Na swoje usprawiedliwienie mogę powiedzieć, że to ona zaczepiła mnie, gdy przejeżdżałem w pobliżu samochodem. Przez moje gapiostwo w pewnej chwili dzierlatka wymknęła się... z pola widzenia obiektywu. Próbując ja odszukać przesunąłem obiektyw metr w lewo, metr w prawo i ponownie w wizjerze pojawił się skowronek... ale jakże odmieniony! Zamiast czubatej, ciemnej głowy w słonecznym świetle świeciła jasna, okrąglutka pyza. Okazało się, że w miejscu, które odwiedzałem już czwarta wiosnę, stał przede mną skowrończyk krótkopalcowy. Że jest to właśnie on nie miałem najmniejszych wątpliwości (co nie znaczy, że nie potwierdziłem mojego rozpoznania u "Jonssona", którego miałem ze sobą).

Pogoda w końcu kwietnia była niestała, ale generalnie już coraz lepsza (tego dnia rano padało). Rumieniąc się przyznaję, że bez wahania porzuciłem dzierlatkę i zająłem się nowym dla mnie gatunkiem. Doczytałem później, że jego populację szacuje się w Wojwodinie na 3-6 par (a w pozostałej części Serbii, na 20-40), chociaż tylko jeden człowiek twierdzi jakoby miał je widzieć w tych stronach. Namacalnych dowodów dotąd nie było, a zdjęcia, które pstrykał mój aparat okazały się pierwszymi fotografiami gatunku w Serbii. Powstanie nowych państw ma tę sympatyczną stronę, że człowiek może się przez chwile poczuć, jak - nie przymierzając Taczanowski, Dybowski, Przewalski czy inny Polak na emigracji lub zesłaniu - odkrywa i dokumentuje nowe gatunki.

Żeby jednak nie przedłużać, kilka refleksji z obserwacji: Skowrończyka krótkopalcowego nie byłbym w stanie pomylić ze znanymi mi: polnym, lerką, dzierlatką (nie mówiąc już o kalandrze). Zauważalna w terenie wielkość (nawet bez bezpośredniego porównania z innymi skowronkami) zdecydowanie uzasadnia serbska nazwę "mala ševa" (mała szewa) - czyli 'skowronek mały'. Ani przez chwilę dzierlatka i skowrończyk nie znalazły się obok siebie, ale po kolei znajdowały się w tym samym miejscu, które z kolei ja miałem okazję sfotografować bez przemieszczania się. Sporządziłem w związku z tym foto-zestawienie tak, żeby dało się porównać szczegóły terenu i wyrobić sobie opinię o wielkości obu ptaków (brzmi skomplikowanie? - zdjęcia od razu wyjaśnią istotę zabiegu).





Druga cecha, która nie pozwala mylić skowrończyka ze skowronkami to sylwetka. Skowronki określane są, jako ptaki krępe. W porównaniu ze skowrończykiem są one jednak wzorem smukłości. Ten maluszek jest całkiem porządnie upasionym chomikiem, z chomikowymi policzkami. Michał, mój syn, który nie miał okazji widzieć skowrończyka, zapytał mnie, czy potwierdzam uwagę zapisana przez Svenssona w tzw. Collinsię, zgodnie z którą skowrończyk jest miniaturką kalandry. Z całą odpowiedzialnością twierdzę, że albo mój skowrończyk był bardzo nietypowy, albo skandynawskie spojrzenie na ptaki południa Europy zbytnio zawierza preparatom i fotografiom, a nie obserwacjom terenowym (przekonałem się później w Czarnogórze spotykając kolejne skowrończyki, że to nie ja się myliłem).

Szukałem dobrego porównania, które oddałoby istotę różnicy sylwetek skowrończyka i kalandry. Nie znalazłem. Najbliższe byłoby chyba porównanie śnieguły napuszonej w mroźny dzień z kwiczołem. Małe krągłe i pękate wobec smukłego i eleganckiego. Ponadto w kalandrze widać moc i "drapieżność", a u skowrończyka przede wszystkim małego, spokojnego łasucha.

W trakcie całej obserwacji, a miałem okazje poprzyglądać się skowrończykowi z bliska dwa razy po ok. 30 min, ptak spokojnie żerował nie zwracając uwagi na towarzyszący mu samochód ze strzelającą migawką. Odezwał się tylko dwa razy króciutkim śpiewem. Zaproszenia do dialogu z odtwarzaczem nie przyjął, chociaż w pierwszej chwili przyjrzał mi się ze zdziwieniem, jakby pytając - "skąd znam te piosenkę i czemu tak źle wymawiam jej tekst".

Zdjęcia zamieszczone na stronie pozwalają każdemu nabrać wyobrażenia jak taki maluch wygląda. Uwzględniłem rożne oświetlenie (godzin prawie południowych i późno popołudniowych) oraz różne zachowania skowrończyka. Widać na zdjęciach, że dorosły ptak wiosną pałaszuje wszystko, co nawinie mu się pod dziob. Zjadał przede wszystkim podstawy słupków kwiatowych przekwitającej bałkańskiej iglicy (Erodium ciconium), ale nie gardził - a nawet wyraźnie się podniecał - sześcio- i ośmionogim pokarmem zwierzęcym. Poruszał się spokojnym dreptaniem, a przyczajał się, schylał i wyciągał sylwetkę wyłącznie przed gwałtownym przyspieszeniem, kiedy atakował owady (m.in. motyla widocznego na zdjęciach).

Każdy ptasiarz przeżywa miłe chwile mogąc dopisać do swojej życiowej listy zaobserwowanych ptaków nowy gatunek. Świadomość, że w Serbii sfotografowałem skowrończyka jako pierwszy wbiła mnie w niewypowiedzianą dumę, która powraca zawsze gdy spojrzę na tego sympatycznego pyzatego malucha.

Zdjęcia i tekst: Maciej Szymański   www.maciej-szymanski.pl

Mały biały duszek

krogulec14

      Gdy zapytamy przeciętnego Polaka, jakie ptaki - dziko żyjące w Polsce - jest w stanie wymienić, najpierw zobaczymy w jego oczach lekką panikę, a potem uspokojenie i usłyszymy: wróbel, bocian, jaskółka, kaczka, łabędź, gołąb, szpak, sikorka... Potem nadejdzie chwila zastanowienia. Mamy szansę usłyszeć jeszcze o orłach i jastrzębiach (o sokołach już rzadziej, chociaż każdy słyszał "W stepie szerokim, którego okiem, nawet sokolim nie zmierzysz...", o rybitwach zwanych mewami (i odwrotnie), o wronach i srokach: "Panie! ileż to ich teraz w miastach!", pewnie również o krukach (chociaż ankietowany nie będzie wiedział czym różnią się od gawrona, o którym zapomniał).

      Nie próbujmy podpowiadać nazwy raniuszek - nikt o "czymś" takim nie słyszał. To zaskakujące, że ptak, który występuje w całym kraju (do wysokości 1400 m npm. a w Szwajcarii nawet do 1800 m), miejscami jako gatunek średnio liczny i zdecydowanie prześliczny, jest zupełnie nieznany Polakom. Pewnym usprawiedliwieniem może być fakt, że raniuszek lubi zadrzewienia (najlepiej liściaste) o bogatym podszycie, gdzie zapuszczają się chyba tylko najbardziej zawzięci grzybiarze. Oni z kolei nie mają czasu by odrywać wzrok od ziemi, chyba że wybrali się na opieńki. Tym sposobem raniuszka przegapiają ci ostatni, potencjalni polscy obserwatorzy.

      Jeśli na chwilę oderwiemy się od naszej, polskiej ziemi, to szybko stracimy orientację gdzie takiego raniuszka szukać. Wprawdzie Anglicy i Niemcy podpowiedzieliby, że w miejscach podobnych jak w Polsce, najlepiej w podmokłej okolicy na obrzeżach lasów o bogatym podszycie, obfitujących w dęby, jesiony i klony. Natychmiast jednak zaprzeczą im belgijscy ornitolodzy, którzy zasugerują, żebyśmy wybrali się do parku, ogrodu lub na cmentarz, gdzie raniuszki zaanektowały dekoracyjne drzewa i kolczaste krzewy z "kultowym" ponoć wśród belgijskich raniuszków świerkiem sitkajskim (mam nadzieję, że nie jest to nazwa obraźliwa). Podobnego zdania są Szwajcarzy: "parki i ogrody!". Badacze z Rosji, z kolei nie są już tak ortodoksyjni, jeśli chodzi o liściastość raniuszkowego lasu. Twierdzą, że wprawdzie lepiej byłoby, gdyby las był jeśli nie liściasty, to przynajmniej mieszany, ale że w podszycie na obrzeżu lasu iglastego raniuszek też się wychowa na porządnego ptaka. Z kolei Hiszpanie usłyszawszy wszystkie te brednie zakrzykną: "tylko nasz las dębowy!"



      Przytłaczająca większość Polaków nie wie zatem, co traci! Wyobraźmy sobie bowiem mały, krąglutki kłębek bieluteńkiej waty o średnicy 5-6 cm, osadzony na długim (7-9 cm) patyczku. Do kłębka przymocowane są dwa okrągłe, połyskujące, czarniuteńkie paciorki - oczka i pośrodku jeszcze jeden trójkątny paciorek, nieco spłaszczony i zaostrzony. Razem tworzą na białym tle sympatyczny, zdziwiony uśmieszek. W ten nieskomplikowany sposób odmalowaliśmy sobie obraz raniuszka.

      Na południu Europy, ale również na południu Polski (pod koniec października miałem okazję sprawdzić to we Wrocławiu) obok naszego białego raniuszka możemy spotkać również raniuszka czarnobrewego. Jeśli spojrzeć na niego en face, to nieodparcie nasunie się nam skojarzenie z malutkim borsuczkiem, z jego białą mordką i dwoma czarnymi pasami zmierzającymi od nosa/dzioba w kierunku uszu. Raniuszek czarnobrewy, co można zobaczyć zarówno na zdjęciach pochodzących z Serbii (gdzie czerni jakby więcej), jak i z Wrocławia, to także bardzo piękne stworzenie, ale bądźmy szczerzy - czarne brwi odbierają jego obliczu nieco sympatycznej, dziecięcej naiwności.

      Kiedy nagle znajdziemy się w samym centrum stadka poruszającego się w totalnym bezładzie jeśli chodzi o kierunek ruchu każdej biało-srokatej kulki, pozycję mini-ciałka: wiszenie do góry nogami, na boku, na jednej nóżce, zawisanie na trzepoczących małych skrzydełkach koło gałązki ze smacznym pająkiem... zastanawiamy się, skąd się te sympatyczne istotki wzięły?!



      Nawet ci szczęśliwcy, którzy znają i spotykają raniuszki, widują je wyłącznie w postaci stada małych rozgadanych kulek na patyczkach, nagle i nieoczekiwanie opadających drzewo lub krzak, by po 2-3 minutach przypuścić "szturm" na kolejne - czasem bardzo odległe - drzewo, by po 2-3 minutach... i tak dalej... Raniuszki poza stadem widujemy bardzo rzadko. Ich stadna natura powoduje, że nawet w okresie lęgów o swoje terytoria walczą bardzo rzadko. Zdarzały się gniazda położone w odległości około 20 m jedno od drugiego - co i tak nie wywoływało konfliktów między sąsiadami. Wszystkowiedzący badacze zapewniają, że jeżeli dwaj raniuszkowie wzięli się za swoje krągłe łebki, to z pewnością nie poszło im o miedzę, lecz o babę. Potrafią się bowiem czubić o swoją oblubienicę również z dala od własnych domów, na terytorium jeszcze innej pary.

      Stadka raniuszków, które pojawiają się po zakończeniu drugich lęgów (najczęściej wyprowadzanych w czerwcu) składają się z rodziców i potomstwa, dzieci z wcześniejszego lęgu, oraz wszystkich dodatkowych dorosłych raniuszków, które przyczyniły się do sukcesu lęgu. Skład stada, które liczy od kilku do kilkunastu, rzadziej kilkudziesięciu, a zupełnie wyjątkowo do kilkuset pierzastych kulek, pozostaje stały do kolejnego sezonu lęgowego. Zmiany polegają na nieszczęśliwych ubytkach losowych.

      Stada zajmują "terytoria zimowe", których granic potrafią zdecydowanie bronić przed innymi, raniuszkowymi stadami, chociaż okazje do zwady nie są zbyt częste. Badacze usiłowali stwierdzić jak duże są poszczególne terytoria. Na razie doszli do wniosku, że im większe stado, tym większe terytorium. Zbadali natomiast gęstość jesiennego raniuszkowego "zaludnienia" lasu liściastego. Dla przykładu, w Anglii wynosiła 61 ptaków na km2 w październiku i 31 w marcu. Dla odmiany np. Japończycy naliczyli w zimie 30-140 raniuszków na km2



      Raniuszkowe pary są sobie wierne. Nie udało się jednak dotąd stwierdzić, czy gwarancja wierności jest bezterminowa, czy obejmuje wyłącznie okres lęgowy (zakładając, że jakaś losowa tragedia nie zabierze jednego z małżonków). Z pewnością natomiast warunki małżeństwa obejmują: wspólne wybudowanie gniazda, i wspólne wychowywanie młodych. Do wychowywania nie zalicza się okres 13-dniowego wysiadywania jajek. Ten "przywilej" przypada niemal wyłącznie pani raniuszkowej.

      Powszechnie znany jest sympatyczny obyczaj wspierania rodziców wychowujących młode przez inne raniuszki. Zjawisko to spotykamy u różnych zwierząt, choćby człekokształtnych. Każdy zapewne widział na szklanym ekranie sceny, kiedy wokół karmiącej mamy-małpy zbiera się - w kolejce - stado sióstr, czy ciotek, aby "pobawić się w mamę". Raniuszkowa pomoc rodzicom wygląda jednak zupełnie inaczej. Cierpliwi angielscy badacze obserwując kiedyś 11 gniazd raniuszków stwierdzili, że tylko w jednym z nich rodzice zostali pozostawieni samym sobie. W dziesięciu pozostałych byli wspierani przez inne raniuszki (jedna z rodzin miała 8-raniuszkową asystę). Co najciekawsze, wśród "opiekunek do dzieci", tylko bardzo nieliczne były samiczkami. Wszystkie pozostałe, "jedna w jedną", to chłopcy. Niemal wszyscy pomocnicy pochodzili z tego samego "terytorium zimowego" i wcześniej utracili własny lęg. Dzięki ich pomocy natomiast, lęgi we wspomaganych gniazdach udały się znakomicie.

      Praktyczni Anglicy tłumaczą sobie (i nam przy okazji), że te macierzyńskie zachowania niedoszłych ojców biorą się z jednej strony z dbałości o cały raniuszkowy ród, ale z drugiej są spowodowane faktem, że panowie raniuszkowie nie mogą pokazać się na innym "terytorium zimowym", gdyż zostaliby stamtąd bezlitośnie przepędzeni przez tamtejszych panów raniuszków. Inaczej jest z paniami. Po utracie lęgu mogą lecieć gdzie chcą i są przyjmowane z "otwartymi skrzydłami" również przez sąsiedzkie raniuszkowe klany, w których szybko znajdują nowych partnerów. Niedoszli ojcowie natomiast, nie doczekawszy się własnego potomstwa, są bez problemu akceptowani na swoim "terytorium zimowym" w roli dobrych wujków wspierających inne rodziny.



      Poza sezonem lęgowym raniuszki, podobnie jak wszystko co robią, również wypoczywają razem. Wszyscy członkowie najpierw rodzinki, a potem stada mają obyczaj odpoczywać na jednej poziomej, cienkiej - najlepiej ciernistej - gałązce/grzędzie na wysokości 1,5-5 m. Gdy usną, chowając, w czasie snu głowę w piórkach, ich miniaturowe puszysto-nastroszone ciałka tworzą wokół gałęzi jakby jasną mufkę. Im temperatura niższa, tym bardziej "szczelna" i krótka jest mufka. W czasie bardzo silnych mrozów raniuszki szukają jednak jeszcze cieplejszego kąta np. w norze w nadbrzeżnej skarpie, wśród korzeni drzew lub w "norce" pod śniegiem.

      Taki wspólny odpoczynek, w formie szaszłyka nanizanego na gałąź, raniuszki znają już od najmłodszych lat. "Raczkujące" poza gniazdem maluchy dobrze wiedzą, że zimną noc najlepiej spędzić razem. Gdy tylko wypatrzą odpowiednią - dobrze osłoniętą i bezpieczną - gałąź natychmiast zaczynają się na niej sadowić, intuicyjnie przepychając się do środka, gdzie bracia i siostry mogą ich ogrzać z dwóch stron. W swoich ptasich móżdżkach nie podejrzewają jeszcze, że wkrótce wykupienie miejscówki na środek gałązki będzie wymagało poniesienia znacznie wyższych kosztów, gdyż centralne miejsca zostaną zarezerwowane dla najważniejszych i najsilniejszych spośród rodzeństwa w stadzie. Co stanie się w trakcie wielkich mrozów z raniuszkami zajmującymi skrajne fotele?... Zostawmy ten temat, dzisiaj zajmujemy się sprawami sympatycznymi.

      Rodzice wychowujący gromadkę 8-12 pisklaków (może to być również 6-14) wypoczywają razem z nimi w gnieździe. Do czasu jednak. W miarę wzrostu maluchów, raniuszkowe gniazdo staje się coraz ciaśniejsze, aż w końcu zaczyna pękać w szwach - całkiem dosłownie. Przez jego ścianki zaczynają sterczeć zbyt liczne, za długie i coraz dłuższe ogonki patyczki. Trzeba bowiem wiedzieć, że raniuszkowe gniazdo to architektoniczne, lub jak kto woli, dziewiarskie cudeńko, powstałe bez jednej gałązki. Większość autorów piszących o raniuszkach próbuje rozstrzygnąć dylemat, które gniazdo świadczy o większym kunszcie: puszysta kula raniuszka, czy wiszący mieszek remiza. Na remiza przyjdzie jego czas, teraz skupmy się na raniuszku. Gniazdo kulistego stworka jest również kuliste. Gdybym miał porównać je do jakiegoś znanego wszystkim przedmiotu, sięgnąłbym po przykład - często opiewany na łamach prasy politycznej - moherowy beret. Na blisko miesiąc przed rozpoczęciem lęgów państwo raniuszkowie przystępują do budowy/tkania. Zbierają włosie, pajęczyny, mech, sierść i pióra, i formują z nich kulę, a raczej jajo wysokie na 16 cm o średnicy 10 cm. Środek wyściełają drobnymi, 2-4 cm piórkami. Nie zamierzam w tym miejscu sugerować, że ornitolodzy, to ludzie, którzy nie mają nic lepszego do roboty, ale proponuję nie powtarzać niewtajemniczonym, że niejeden z nich zajął się liczeniem ile piór potrzeba raniuszkowi, żeby komfortowo wymościć gniazdo. Anglikom wyszło, że średnio 1558 piórek (od 985 do 2084), Niemcom, którzy na razie policzyli tylko w dwóch gniazdach: 1682 i 2033. Przy powtarzaniu lęgów piórek w gniazdach jest mniej, bo mniej jest również czasu na ich zbieranie. Budowa trwa bowiem nie dłużej niż dwa tygodnie. Ponadto w czerwcu jest cieplej, więc taka gruba, puchowa pierzynka nie jest już potrzebna. Gdy kula jest już prawie gotowa, zostaje pieczołowicie i precyzyjnie ozdobiona na całej powierzchni szarymi strzępkami liszajów. Tak udekorowane kuliste gniazdo, przytulone do pnia brzozy, niknie z pola widzenia. Gorzej, gdy gniazdo zostało zbudowane na zielonym świerku... Raniuszki budują dwa typy gniazd. Typ pierwszy posadowiony jest na twardym fundamencie konaru drzewa. Gniazdo jest wówczas wciśnięte między konar, a pień. Drugi typ to gniazda "wiszące" - wciśnięte w końcowe gałązki drzew iglastych lub w kolczasty krzak. Tak naprawdę, krzak bardziej niż kolczasty, powinien być gęsty i niedostępny. Kolce to element, który natura dorzuca jako "bonus". Moje znajome gniazdo raniuszka (czarnobrewego w Belgradzie) zostało wciśnięte w pergolę prowadzącą do domu, w którym mieszkałem, pięknie i wonnie porośniętą glicynią.



      Gniazdo raniuszka jest z pewnością bardzo pracochłonne, elastyczne - powiększa się w miarę powiększania się rozmiarów raniuszątek, miłe dla oka - choć często niewidoczne, ale niestety, nie zawsze bezpieczne. Dobierają się do niego chętnie wszystkie "sierściuchy", które są w stanie wspiąć się do gniazda. Nie gardzą skromnym (8g - sztuka) posiłkiem również ptaki. Moja znajoma para raniuszków, nim doczekała się w glicynii gromadki drobiazgu, podtuczyła wcześniej sójkę, która bez trudu rozdarła gniazdo na topoli. Raniuszki często dopisują się do menu ptaków drapieżnych, a zwłaszcza krogulca czy jastrzębia. Można by rzec, że same się pchają im się do dziobów. Nieustraszone / nieroztropne maluchy dobrze wiedzą, że w lesie najłatwiej zebrać półtora tysiąca piór na gniazdo w miejscach, w których pióra występują masowo, a masowo występują tam, gdzie skrzydlaty drapieżnik wyskubuje je ze swoich ofiar. Raniuszki dobrze znają krogulca. Miałem okazję obserwować stadko tych malców, które - oczywiście wcześniej niż ja - dostrzegły krogulca skradającego się do nich na piechotę po poziomym konarze. Wśród gałęzi nagle zaczęły w różnych kierunkach śmigać małe, białe błyskawiczki, a gdy po chwili zniknęły, z najgęstszego krzaka dzikiej róży, gęsto porośniętego pnączami, zaczął rozlegać się głos odmienny od znanych mi wcześniej, charakterystycznych raniuszkowych "siorbnięć" i niecharakterystycznych, na poły sikorczych, poświstywań. Wszystkie raniuszki zaczęły jednocześnie odzywać się przeciągłymi, wibrującymi głosikami, tworząc chór przypominający jemiołuszkowe dzwonki, a tylko nieco mniej dźwięczny od nich.

      Tylko niespełna 20% lęgów kończy się wyprowadzeniem w świat gromadki raniuszątek o ciemnej, brązowej główce z szerokim białym pasem biegnącym przez jej wierzch oraz o wyraźnie krótszych ogonkach. Większość z nich ma wokół oka czerwoną, nagą otoczkę powieki (dorosłe żółtą), przez co wyglądają nieco jak zapłakane, głodne dzieci, które nie mogą doczekać się rodziców, mimo uporczywego i natarczywego wołania.

      Kiedy rodzice, albo któryś z wujków w końcu przyniesie np. piętnaste, albo trzydzieste śniadanie, raniuszkowe maluchy po raz kolejny "poczują smak" stawonogów. Na inne smakołyki przyjdzie bowiem czas dopiero gdy opuszczą gniazdo. Co wówczas zmieści się jeszcze w małym raniuszkowym dzióbku? Głównie stawonogi i owady, zwłaszcza pluskwiaki oraz jaja i larwy motyli. Niezmiernie rzadko trafiają do nich (w czasie cięższych zim) nasiona roślin, np. Węgrzy znaleźli nasiona tylko u 15 spośród 57 przebadanych raniuszków.



      Te maluchy zdobywają pokarm przede wszystkim w koronach i w szczelinach kory drzew, lecz również w krzewach, warstwie podszytu, a czasem - ale tylko wyjątkowo - na ziemi. Skrupulatni naukowcy obliczyli, że np. ponad połowa angielskich raniuszków (55%) najczęściej objada się na wysokości od 5 do 8 m, a mniejszość (41%) zatrzymuje się na poziomie 1-5 m. Jedzenie na wyższym poziomie zgłosili rosyjscy badacze z okolic Moskwy, ale tam - jak wiadomo - tory są szersze, a drzewa w lasach zamieszkiwanych przez raniuszki - wyższe i stąd różnice.

      W odróżnieniu od sikor, raniuszkom rzadko zdarza się przeglądać opadłe liście. Gdy myszkując wśród gałązek natrafią na przyczajonego pająka lub owada, błyskawicznie chwytają go swoim dzióbkiem i natychmiast połykają. Kiedy zbierają pokarm roślinny zdarza im się wisieć do góry nogami pod gałązką, trzymając się jej jedną nóżką, a w drugiej dzierżąc znalezione wcześniej nasionko.

      Badacze zaglądający do raniuszkowych dziobów zauważyli, że wiosną chętnie popijają sok brzozowy lub "syrop" klonowy wyciekający ze zranionych lub złamanych gałęzi.



      Nie ma chyba w Polsce drugiego ptaka, który wywoływałby tak jednoznacznie sympatyczne skojarzenia swoim wyglądem. Jeśli dodamy jego rozmowność, towarzyskość i brak lęku przed człowiekiem, to stanąwszy jesienią w zaroślach np. w pobliżu jakiejś podmokłej olszynki łatwo możemy zostać otoczeni przez te śliczne stworzenia. Wsłuchujmy się w odgłosy dobiegające najczęściej z koron okolicznych drzew i jeżeli usłyszymy charakterystyczne dźwięczne "siorbnięcia", rozejrzyjmy się dobrze i tym razem nie zmarnujmy okazji, żeby przyjrzeć się tym małym duszkom.

    Zdjęcia i tekst Maciej Szymański   www.maciejszymanski.pl

Pokrzywnica śpiewa bez sensu

krogulec14

W "Ptakach" przyszła kolej na pokrzywnicę. Myślę, że tego ptaszka doskonale przedstawi nam Maciek Szymański:

O pokrzywnicy wielu napisało już bardzo wiele. Ułatwiając sobie zatem pracę, odeślę czytelnika do prawdziwych fachowców, a żeby daleko nie szukać, polecę choćby duży, bogato udokumentowany i ilustrowany rozdział, który poświęcił pokrzywnicy Andrzej Kruszewicz w swoich "Ptakach Polski".


Życie pokrzywnicy poznano bardzo dobrze, a o jej obyczajach seksualnych krążą wręcz legendy, w których daremnie by szukać słowa "mono", a słowo "poli" odmieniane jest we wszystkich przypadkach i kombinacjach. Swoją - wątpliwej reputacji - sławę zawdzięcza plotkarskim, brytyjskim wyspiarzom, którzy mają pokrzywnicę "do wglądu" na co dzień i w dużych ilościach. To ciekawe, że ptak, który po prawdzie i u nas wcale nie jest aż tak rzadki, jak mogłoby się wydawać początkującemu obserwatorowi, w Wielkiej Brytanii zachowuje się zupełnie inaczej niż w Polsce. Jest tam ptakiem żyjącym wśród ludzi i niespecjalnie kryjącym się przed ludzkim wzrokiem. Polska nazwa "pokrzywnica" trafnie oddaje natomiast jej polskie przyzwyczajenia, gdyż w u nas, zamiast tak jak np. w Londynie wyszukiwać swojego pożywienia choćby na trawniku przystrzyżonym co do milimetra (może to kwestia niedostatku takich trawników? :), kryje się po chaszczach i krzakach. Przez takie obyczaje, mimo, że jest ptakiem średnio licznym, w wyliczankach zaobserwowanych gatunków, które obserwatorzy ptaków sporządzają po spędzeniu całego dnia w terenie, pokrzywnica pojawia się niezasłużenie rzadko.


Skryty tryb życia ptaka, którego barwy znakomicie gubią się w kontrastach oświetlonych plam i cieni liści, uzasadnia naszą "pokrzywnicoodporność" przynajmniej w połowie. Nie tłumaczy jednak wszystkiego. Pokrzywnica nie jest bowiem ptakiem cichym, który nie zwracałby uwagi swoim śpiewem. Łacińska nazwa gatunkowa bez wątpienia odwołuje się właśnie do głosu pokrzywnicy i właśnie w piosence kryje się druga połowa odpowiedzi na pytanie, dlaczego przeoczamy pokrzywnice. Słowo "modularis", tłumaczone na polski z perspektywy ornitologa, wiedzie nieco na manowce. We wspomnianych "Ptakach Polski" autor sugeruje, że modularis oznacza "modulowanie głosu, śpiewanie do taktu". W innych dziedzinach nauki przyjmuje się wiele innych definicji słowa "modularis", a w jednej z nich - pewnie nie najlepszej i niewiele mówiącej - "modularis" znaczy "złożony z zamiennych jednostek". Idąc tym tropem zrozumiemy, dlaczego tak trudno wyłowić głos pokrzywnicy spośród innych ptasich głosów. Wiele bowiem można "zarzucić" śpiewowi pokrzywnicy, ale nie melodyjność i rytmiczność. Wielu z nas, ucząc się rozpoznawać i zapamiętywać ptasie głosy, łączy je sobie w pamięci z jakimś charakterystycznym określeniem lub skojarzeniem. Głos kulczyka zapamiętałem (raz i chyba na zawsze), gdy jako początkujący "ptasi podglądacz", na wycieczce, którą prowadził Wielki Jerzy Gotzman dowiedziałem się, że kulczyk śpiewając "smaży jajecznicę". Właśnie tą metodą nauczyłem się również zapamiętywać głos pokrzywnicy. Szukając właściwego określenia lub skojarzenia z jej śpiewem, uświadomiłem sobie, że pokrzywnica "śpiewa bez sensu". Od tej pory, gdy słyszę ptaka, którego piosenka nie chce wpaść mi w ucho, a ściślej rzecz ujmując: wpada, ale nie trzyma się ucha, wiem, że słyszę pokrzywnicę śpiewającą bez sensu.


Tekst i zdjęcia: Maciej Szymański   www.maciej-szymanski.pl

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci