Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Czyż czyż czy czyżby czyżyk? - Arkadiusz Szaraniec

krogulec14

Książek zwykle nie czytam tak solennie, od początku do końca, tylko najpierw „dziobię”, cup! zwykle gdzieś na chybił-trafił, gdzie się otworzy, a potem cup! w zupełnie innym miejscu. Jeśli smakuje tu i ówdzie, czasem jedno zdanie, czy akapit, łączę je w całość, zazwyczaj też nieregularnie. A potem powtarzam, już od okładki do ostatniej strony.

Dziobię teraz zbiór wywiadów „Czyżyk na drogę”. Świetny tytuł (choć w środku mało jest o ptakach), jakże trafny na cykl z motywem podróży w tle i podtekście, także tym najgłębszym. Teksty jak rzadko które nadają się do dziobania na wyrywki, smakowania poszczególnych zdań, potem całości. Wszyscy rozmówcy poszukują, podróżują, dążą, „nosi ich” , a przy tym umieją zauważyć wąską ścieżynkę, która wiedzie gdzieś w bok od utartego szlaku, i co najważniejsze – pójść właśnie tamtędy. Snują rozmowy o przyrodzie (taki jest podtytuł), ale – to jedyny wspólny mianownik - żaden z nich nie jest profesjonalnym przyrodnikiem z dyplomem renomowanej uczelni, choć stale mają do czynienia z naturą, krajobrazem, lasem, polem, łąkami, zagajnikami, strumykami, tym co rośnie, płynie, fruwa. To pasjonaci, co się czuje od razu, po pierwszym dziobnięciu. I po każdym następnym. Tylko taki ktoś może określić, że „widział staw z ognistobiałym łabędziem”, a łąkę nazwać „przepastną”.

 

Cup! „Nie ma dwóch jednakowych drzew”. No pewnie! Ale wszystkie ważne prawdy są proste i oczywiste, lecz dopiero w momencie, kiedy je ktoś powie lub zapisze (albo przypomni…) w najmniejszej liczbie słów, i w dobrym momencie. Cup! Co powiedział Odyseusz? „Jeszcze nigdy nie widziałem horyzontu, który by mnie nie wołał”. Cup! Muszę pojechać i zobaczyć tę magiczną Harbotkę. Co to i gdzie to jest? A dowiedzcie się sami. Cup! „Wróbel nie jest wcale szarym, ale kolorowym pięknym ptakiem”. No, tym mnie kupili od razu, dziobałem dalej, ale ratami, choć systematycznie, w tym nieprzewidywalnym i zaskakującym dla obserwatora, lecz precyzyjnym i logicznym rytmie, jak wróbel na miejskim chodniku czy czyżyk na gałęziach brzozy czy szyszeczkach olchy.

 

Sycące są te dziobnięcia, niektóre zapychają, karmią na długo, jak dobry wiersz (tak, „Czyżyk” to jest tomik poetycki, choć zapisany niby prozą), w ogóle warto je smakować jak monsieur Brillat Savarin, odkładać następne tak na deser, na podkurek, czy choćby na wczesne śniadanie z pierwszą kawą i potem chodzić cały dzień z mocnym pragnieniem i jeszcze mocniejszym postanowieniem, aby zobaczyć ten białowieski świerk, który ma 52 metry wysokości, albo z takim głupim pytaniem „czym były te drzewa zanim się stały kolosami” lub obrazem strzaskanych skrzypiec. Tak, „Czyżyk” także dręczy. Idylla dostrajania się do krajobrazu często pryska, prawda jest dotkliwa, razi oczy, uszy, kole w serce. Sielanki i bukoliki dobre są dla zasuszonych historyków literatury, nie dla ludzi drogi. Ale jest na to lekarstwo - o, dzięki Ci, Naturo, że są jeszcze na świecie ptaki, które jak śpiewają to na całe gardziołko, ile tylko mają pary w piersi i mocy w serduszku wielkości ziarnka grochu. Pierzaste drobiny (bo przecież najpiękniej śpiewają te najmniejsze ptaszyny) zachłystują się swoim oddechem i dźwiękiem jak zięba, której śpiew sam Samuel Beckett uznał za maksymalny przejaw tak nierozsądnej, bezsensownej, niczym nie umotywowanej, a prawdziwej i czystej radości życia. Jak to ujął mistrz Goethe? „Trwaj chwilo, chwilo jesteś piękna”.   

 

Ale w pewnym momencie wróciłem gdzie? A na początek. Na okładkę. Bardzo jest furkotliwa. Dwa czyżyki w ruchu jeden nad drugim, złapane podczas sprzeczki, zapewne krótkiej, bo to ptaki zwykle są ciche i zgodne, nawet trzymane w niewoli z innymi gatunkami. Na swoje nieszczęście, bo hodowcy ptaków z tego powodu zawsze „kochali” czyżyki – chwytali je i trzymali w malusieńkich klatkach, a one szybko dostosowywały się do niewoli i w dodatku pięknie śpiewały. Hodowcy kanarków też „lubią” czyżyki – ich krzyżówki z innymi kanarkami są mniejsze, a choć skromniej ubarwione pięknie śpiewają. Nie tak popisowo jak sławetni medalowi mistrzowie z Harzu, bo pół- i ćwierć-czyżyki nie występują, tylko stale nawołują, nucą i podśpiewują „pod dziobem”, raz głośniej, raz ciszej, jakby mimochodem, mimo woli, przy każdej okazji i bez niej – w ten sposób odzywają się w nich geny dzikich przodków. Taki jest czyż. Posiadł sympatię, jest maluśki, więc każdy używa nie naukowej nazwy lecz zdrobnienia – czyżyk. Czyż czyż nie jest piękny i wyjątkowy? Czyżby czyżyk posiadł jakiś sekret i umie cieszyć się życiem w każdych okolicznościach? Panie Beckett, trzeba było chodzić na spacer nie tylko do parku.

 

„Studiowałem” czyżyki w klatkach i na swobodzie. Podczas zimowego dokarmiania na dziesiątym piętrze betonowego wieżowca, lecz w pobliżu Puszczy Kampinoskiej pojawiały się przy moim karmniku. Schodziły z drogi spasionym i kłótliwym, a zaborczym i żarłocznym dzwońcom, były za pan brat z modraszkami i bogatkami, nie dawały okazji do pojedynków z wróblami, czarowały filigranowymi sylwetkami i cieniuchnym a radosnym, stałym popiskiwaniem w tym swoim jedynym niepowtarzalnym czyżykowym stylu. (Tylko modraszki czasem jak one tak cieniuchno stale popiskują przy myszkowaniu po różnych zakamarkach kory drzewa). A to ich upierzenie…Czyż czyż nie musi się maskować w leśnym migotliwym gąszczu, który jest zawsze w ruchu? Jak opisać głęboko oliwkową zieleń, zmieszaną z delikatną jakby szarością, przetykaną żółtymi cętkami na skrzydełkach, w sumie łagodną pstrokaciznę z tymi jaskrawymi a także ciemnymi plamkami, które dopiero podczas ruchu pokazują jaki to po prostu przepiękny ptak, fenomen naturalnej ergonomii, pełnej harmonii maleńkiego kształtu, siły i zręczności, a przy tym…charakteru. Czyżby czyżyk był taki czyżykowaty do cna z tego powodu, że stale musi pokonywać rozliczne trudności i cieszy się, kiedy przez chwilę jest mu trochę łatwiej…? Wiele się można nauczyć od czyżyka, podobnie jak od miejskiego wróbla, właściwie od każdego gatunku wziąć coś innego a ważnego. Także od najzwyczajniejszej w świecie trawy na miejskim, stale masakrowanym trawniku.  

 

Ale wracajmy do okładki. Lubię oglądać zdjęcia i poznawać ich przestrzeń pozakadrową. Jak, kiedy i gdzie powstały? To jest czasem cały serial, film akcji, thriller z elementami sitcomu, dramat z życia wyższych i niższych sfer, często farsa, kabaret, festiwal przerozmaitych kroków, min, póz. Zapytałem „reżysera&operatora” o obsadę i miejsce akcji, czyli Jerzego Samusika, autora całego cyklu zdjęć, z którego pochodzi kadr okładkowy. Odpowiedział od razu, zaczynając „od pieca”, a zdjęcia (w tym nagrodzone na konkursach) dopowiedziały o wiele więcej:

 

„Czyż to niepozorny mały ptaszek, znacznie mniejszy od wróbla czy sikorki bogatki i niewiele większy od mysikrólika lub zniczka - najmniejszych naszych ptaków. Dlatego bardziej pasuje do niego zdrobniała nazwa czyżyk niż ta oficjalna - czyż. Niełatwo też go zobaczyć, ale nie dlatego, że jest taki mały, lecz po temu, że zamieszkuje tylko lasy górskie i bory w północno-wschodnim regionie kraju. Swoje gniazdo buduje wysoko w koronie świerku lub jodły, trudno go więc go dostrzec nawet wtedy, gdy znajdziemy się w Tatrach albo Puszczy Augustowskiej.

Jedynie zimą, zwłaszcza pod jej koniec można obserwować te bardzo ładnie ubarwione ptaki. Wtedy bowiem całe stada pojawiają się w różnych częściach kraju, nawet w miejskich parkach i ogrodach, zwłaszcza tam, gdzie rosną brzozy i olchy, gdyż nasiona tych drzew są ich przysmakiem.

Jeżeli w ogrodzie postawimy karmnik dla ptaków i nasypiemy do niego wyłuskanych pestek słonecznika, czyżyki na pewno je odnajdą i będą do końca zimy przylatywać gromadnie, żeby się pożywić. Tak też zrobiłem w moim ogrodzie, w którym tuż przy domu rośnie stary orzech włoski. Na nim umieściłem karmnik i przez kuchenne okno mogłem do woli obserwować dzikie harce czyżyków, takie jak pokazane na załączonych zdjęciach.”

 

Rozmowa telefoniczna była o wiele dłuższa. Jerzy Samusik opowiada jak fotografuje – celnie, od razu tworzy OBRAZ, który uderza prawdą i urodą. Prawdą uchwyconego wyglądu i typowego zachowania gatunku, a przy tym jakością techniczną i estetyczną zdjęcia, wysmakowaną kompozycją. Tak, to prawda – na jego zdjęciach widać po stokroć, że fotografia to „sztuka chwili”. Nawet nie chwili tylko ułamka sekundy, bo tu jak na dłoni widać, że bez takich zdjęć, „zamrożonego ruchu” jesteśmy ślepi na urodę ptaków, dopiero przy pomocy techniki możemy smakować zwykle niewidzialną przez ludzie oko chwilę w pełni drobnego ułamka jej niezwykłej urody. Tak, to prawda, Samusik który naprawdę lubi czyżyki (oraz inne ptaki, a także swój dom w Białymstoku, oraz swój „Dom” czyli Podlasie - Krainę Narwi) ma pod oknem świetnych modeli, w dodatku licznych i chętnie pozujących, którzy już się w ogóle, nic a nic nie przejmują obecnością obserwatora. Ta sam zasada dotyczy też sztuki robienia fotograficznego portretu a także aktu. Bo jeśli model czuje zaufanie i czuje się bezpiecznie, jest wtedy naturalny. Tak, to co proste i naturalne, jest najtrudniejsze i najbardziej efektowne. Taki jest „Czyżyk na drogę”.

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

 Moje_obrazy_058

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

 Obraz_025

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

Obraz_040

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

Obraz_042

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

Obraz_132

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl  

Obraz_136

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl

Obraz_469

Fot. Jerzy Samusik samusik@pfo.pl 

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci