Menu

Plamka Mazurka

ptasie sprawy

Klangor i fanfary

krogulec14

Klangor i fanfary to oczywiście głosy wydawane przez żurawie. Taki sam tytuł nosi książka Lechosława Herza o prostym podtytule „Opowieści z Mazowsza”. Nazwisko Autora zna każdy, kto choć raz szukał czegoś na temat Puszczy Kampinoskiej. Jego znany przewodnik jest arcyrzadkim połączeniem teorii i historii z praktyką włóczykija, który dobrze zna smak kurzu, błota i śniegu kampinoskich ścieżek i zapach, jaki roztaczają podpuszczańskie pola i łąki o wschodach i zachodach słońca.
  Ale cóż mają żurawie oraz ich klangor i fanfary do całego tomu opowieści z Mazowsza, nie tylko o Puszczy, ale i o wielu innych zakątkach, szlakach tego regionu? Ano, bardzo wiele. Autor bardzo trafnie pisze, że „Na miano cudu zasługuje mazowiecka, podwarszawska przyroda”. Podziwia ją i opisuje od ponad pół wieku.
  Lechosław Herz dobrze zna ludzi, którzy opiekowali się pierwszymi kampinoskimi łosiami, sprowadzonymi do Puszczy w 1951 roku. Ale sam obserwuje (liczne już teraz) łosie, i rysie, i jelenie, i sarny oraz wiele innych ciekawych gatunków praktycznie u siebie, bo na podwórku i tuż za opłotkami ogradzającymi starą leśniczówkę, gdzie często pomieszkuje. Do jego sąsiadów, ba! bliskich przyjaciół należą także owe żurawie. Niegdyś bardzo rzadkie, teraz coraz liczniejsze. Na przedwiośniu z czujną tęsknotą wyczekuje ich pierwszego klangoru i z radością dzieli się tą wiadomością ze znajomymi prasiarzami.


  No i właśnie ta radość oglądania, przeżywania i chęć dzielenia się tymi doznaniami z innymi decyduje, że autor „Klangoru i fanfar” umie (i chyba lubi) zarażać swą pasją. Podczas niedawnych hucznych obchodów 50-lecia Kampinoskiego Parku Narodowego Wystąpienie Autora przewodnika po Puszczy spotkało się z żywiołową sympatią zebranych. Władze Parku cenią ten efekt - bo wszystkie artykuły Lechosława Herza, choć czasem lakoniczne i "tylko" poradnikowe (trasa, etapy, atrakcje, kilometry) składają się na ciekawą całość, która ma wierną i liczną publiczność.
  Ale przytoczę jeszcze inny przykład. Jakiś czas temu Lechosław Herz zabrał małego Adasia, wówczas szkolnego kolegę swojej siostrzenicy, na rozlewiska Narwi i Wkry – istny ptasi raj. To prawdziwa wiosenna „ptakostrada”, kłębią się tam stada przelatujących żurawi, wędrujących dzikich gęsi, żerują stada kaczek, łabędzi i dziesiątków innych bardzo rzadkich gatunków. Potem odbyła się nocna wprawa „na bobry” pod Skierniewicami oraz następne wycieczki i rozmowy. Teraz trochę większy Adam Wajrak nazywa Lechosława Herza „wujkiem” i „znakomitym przyrodnikiem” oraz uważa, że to on właśnie zadecydował o jego drodze życia.

”To nie ja, on sam się pchnął”…pisze Herz z uśmiechem i ma rację. „Adam Wajrak mógłby być tylko Adamem Wajrakiem” – tak napisałem kiedyś-kiedyś, w biogramie AW do festiwalu „Żubrowisko” w Białowieży i wciąż podtrzymuję ten może nielogicznie tautologiczny, ale jedyny słuszny osąd. To jest mój pogląd i ja go podzielam : )


  Ale wracając do mazowieckiej przyrody i książek Lechosława Herza winny być powitane triumfalnymi fanfarami tudzież obębnione na rynkach wszystkich miast, miasteczek i wsi, które tak pięknie, wnikliwie i z sercem, wracając po wielokroć w te same miejsca ten Autor ogląda opisuje. I także na łamach wszystkich przyrodniczych i podróżniczych stron, blogów, portali i wortali.
  Piszę w liczbie mnogiej „książek”, bo wraz z „Klangorem i fanfarami” ukazał się jako odrębna pozycja, ale tak naprawdę tworzący niejako drugi tom „Wardęga. Opowieści z pobocza drogi”. Kto jest ciekaw co oznacza ów tajemniczy wyraz w tytule „wardęga” niech sam sięgnie do pięknie wydanej pozycji. Uwaga – tu osobne gratulacje dla Andrzeja Bareckiego, który zakomponował poetyckie wręcz w swej wymowie okładki i całość oprawy graficznej obu książek (ze smakiem i z wyczuciem ich zawartości). Ich „key visual” – „kluczowy element wizualny” (by użyć terminologii ze świata reklamy) na obu obwolutach to zamknięte drewniane okiennice (czerwona i niebieska), które zachęcają, aby je zaraz otworzyć i wejść do opisywanej krainy. Magicznej a prawdziwej.
  Ale dlaczego polecam „Wardęgę” oraz „Klangor…” wszystkim przyrodnikom, ptakolubom, bird-watcherom, fotografom dzikiej przyrody wszelkiej maści a w szczególności zaś – plamkowiczom, którzy tworzą znacznie szersze i bardziej zróżnicowane wewnętrznie grono?


  Otóż Lechosław Herz niesłusznie się wzbrania przed określeniem „znakomitego przyrodnika”. Jest nim w każdym calu. To czujny obserwator otaczającego go świata, z bystrym okiem i wielkim sercem oraz cierpliwością. Wrażliwy na magię natury w każdym jej przejawie. Umie naśladować świst tatrzańskiej kozicy i wie, że na piasku zwyczajnej polnej drogi można wypatrzeć czarodziejskie zjawiska i najrzadsze gatunki. Zawsze jest ciekaw – a co tam czeka za tym nowym zakrętem? A co się zmieniło (lub - oby nie…) w znanych ulubionych zakątkach. I znowu wpada już to do Kamieńczyka nad Bugiem, już to nad Wisłę popod Czerwińsk i do Śladowa, już to do Łowicza, na jarmark, już to na wiosnę przemierzyć TĘ SAMĄ puszczańską drogę,ale co naście dni i zobaczyć jak w tym roku kwitnie czeremcha, jaskry na łąkach i łany kosaćców syberyjskich na kampinoskich mokradłach…?
  Namawiam nie tylko do lektury, ale przede wszystkim do tego, aby potraktować obydwa zbiory tych reportaży-eseików jako przewodnik terenowy (ale także duchowy), a przede wszystkim jako zachętę i inspirację do swojej własnej samodzielnej wardęgi (bo to słowo oznacza także wędrówkę…) po opisywanych miejscach i szlakach. Tych i wielu innych, także tych jeszcze nie opisanych przez nikogo, nowych i jeszcze nieznanych, a które na nas czekają. Bo do takiego odkrywania – stwarzania swojego świata Lechosław Herz namawia. No to - w drogę!
  PS A tak przy okazji – wpadliśmy wraz z Krzysztofem Merskim nad Wisłę, do Wilkowa i Secymina, na teren i w bliskie okolice dawnych wsi „olęderskich”. Pogoda wtedy dopisała, a jeszcze w nagrodę dostaliśmy jak na dłoni dwa ohary, polujące rybitwy, kołujące bieliki (są tu zawsze), a przepięknie wybarwiona hajstra, leniwie machając skrzydłami, zerwała się nam przed nosem i odfrunęła sobie ot, kilkadziesiąt metrów dalej, na brzeg starorzecza. Nie przeszkadzaliśmy jej więcej, przecież to ona jest u siebie.

 

Tekst: Arkadiusz Szaraniec, zdjęcia: Krzysztof Merski

Komentarze (12)

Dodaj komentarz
  • zawsze-kolorowo

    Mazowsze, Puszcza Kampinoska... Moje dzieciństwo. :-)

  • oksyd74

    Muszę przyznać, ze dałam się ponieść słowom Arka - oczami wyobraźni już wyruszyłam w drogę.... :)
    Pozdrawiam ciepło:)

  • adam.wajrak

    Bardzo mądry i dobry tekst o Wujku, który jest moim mistrzem! Dziękuję Arku!!!
    Adam Wajrak

  • akasza2

    A co się wydarzyło: Podczas niedawnych hucznych obchodów 50-lecia Kampinoskiego Parku Narodowego . ?

    Piękne zdjęcia.

  • krogulec14

    Zawsze kolorowo
    No to chyba warto będzie się za książką rozejrzeć :-)

  • krogulec14

    Ewo
    Po cichu przymierzam się do krótkiego wyjazdu na Mazowsze ;-)

  • krogulec14

    Adam
    Arek jest obecnie poza siecią. Tekst komentarza przekazałem Mu esemesem :-)

  • krogulec14

    Akaszo
    Nie wiem. Ale tutaj Arek odniósł się do 50 lat pracy autora "Klangoru i fanfar" Lechosława Herza :-)

  • 4nt

    Przepięknie - "do przeczytania i obejrzenia" - zanotowane! Jak ja żałuję, ze nie miałam takiego Wujka. Ale - nic straconego - teraz mam takich wspaniałych znajomych, że nadrabiam, nadrabiam...
    Swoją drogą - kiedy Arek wyda coś swojego? :)

  • krzysztof70-36

    Puszcza Kampinowska a w jej zasięgu Wilków wymieniany przez A. Szarańca, to miejsce zamieszkania moich dziadków (Wilków Nowy), który wielokrotnie odwiedzałem. Pozdrawiam.

  • krogulec14

    4nt
    To oczywista: taki Wujek to skarb :-)
    I to pytanie, czy A.W. bez Niego byłby A.W. :-)

  • krogulec14

    Krzysztofie
    Nie wiem czy tu akurat o ten Wilków chodzi, ale tak czy siak dziadkowie ciekawe strony zamieszkiwali :-)

Dodaj komentarz

© Plamka Mazurka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci